Nadmi
- Kraj:Polska
- : Język.:deutsch
- : Utworzony.: 06-10-15
- : Ostatnie Logowanie.: 04-04-25
: Opis.: ESA ogłasza plany uruchomienia Moonlight, satnav gwiazdozbiór księżycowej orbity Wysłany przez Cabe Atwell w Automatyka przemysłowa w dniu 25 maja 2021 20:23:00 Misja Moonlight polega na użyciu satelity Lunar Pathfinder do rozszerzania sygnałów nawigacji satelitarnej na Księżyc. Po raz pierwszy usłyszałem pomysł nawigacji na Księżycu był z mangi Uchuu Kyoudai (Space Brothers). W historii dwie postacie wpadają do krateru podczas jazdy po Księżycu. Nie mieli pojęcia, że tam jest! Jedna postać zginęła, druga ledwo przeżyła.. ale jego brat opracował księżycowy GPS / system nawigacji kiedyś po. Myślałem, że to niesamowity pomysł na powrót ludzi na Księżyc. Uwaga boczna: Uchuu Kyoudai jest wielką mangą i anime, a teraz jest również filmem akcji na żywo. Jest przesiąknięty realizmem zastania astronautą. Chwalony przez JAXA. Jeśli uważasz, że wymyślanie rozwiązań problemów opartych na wspólnej przestrzeni brzmi ekscytująco i przyjemnie, to jest twój show. Oczywiście, myślę, że tak. Historia trwa! To powiedział: ESA rozpoczęła rozwój Moonlight, gwiazdozbioru satelity na księżycowej orbicie, która zapewnia usługi nawigacji i telekomunikacji dla astronautów księżycowych. Jeśli plany się powiodą, system może działać pod koniec 2020 roku, kilka lat po misji NASA Artemis 3 w pobliżu bieguna południowego Księżyca. ESA uważa, że Moonlight sprawia, że jest bardziej dostępny i przystępny cenowo dla gospodarki księżycowej, aby rozkwitać. "Posiadanie sieci nawigacji i telekomunikacji do przekazywania tego, czego uczymy się na Księżycu z powrotem na Ziemię będzie kluczem do zrównoważonego rozwoju przyszłych misji", Elodie Viau, dyrektor ESA telekomunikacji i zintegrowanych aplikacji, powiedział na konferencji prasowej. "Można sobie wyobrazić astronomów tworzących obserwatoria po drugiej stronie Księżyca. A jak wszyscy przyzwyczailiśmy się do wirtualnych spotkań, kto wie? Moglibyśmy robić Skypea na Księżycu." Na początek ESA przyznała umowy dwóm europejskim konsorcjom przemysłowym na półtora roku badania nad tym projektem i na opracowanie innowacji, którą ESA wybiera. W obecnej formie misja księżycowa wykorzystuje sieć dużych ziemskich anten kosmicznych do monitorowania i lokalizowania orbitera lub lądownika. Jednak technika ta jest często czasochłonne i kosztowne. "Chodzi o to, że może to być jeden z projektów, które podejmujemy do rady państw członkowskich ESA w 2022 r. i zaproponować do wdrożenia," David Parker, dyrektor ESA człowieka i robotyki badań, powiedział na konferencji prasowej. "Jeśli to była droga naprzód, projekt mógłby rozpocząć pełną parą na początku 2023 r., aby zapewnić swoją działalność w ciągu czterech lub pięciu lat." Dokładne pozycjonowanie nie jest porównywalne z tym, co zapewnia Ziemia, która wynosi od 0,3 do 3 mil. Dla porównania, amerykański GPS znajduje się między 1 a 16 stóp. Ponadto lądowniki muszą zamontować 40-kilogramowy podsystem nawigacyjny, który przetwarza dane i mierzy odległość dla bezpiecznego lądowania. Satelita nawigacji księżycowej oznacza, że księżycowy musi nosić tylko odbiornik i wysokościomierz. ESA chce zacząć od skorzystania z orbitujących wokół Ziemi satelitów nawigacyjnych. Obecnie trzy inne globalne systemy nawigacji satelitarnej (GNSS), europejski Galileo, rosyjski Glonass i chiński Beidon mogą dostarczać dane pojazdom księżycowym. Misja Lunar Pathfinder ma na celu przetestowanie odbiornika GNSS na orbicie księżyca. Opracowany przez brytyjską technologię satelitarną Surrey Satellite Technology (SSTL), satelita ma wystartować w 2024 roku. SSTL prowadzi jedno z konsorcjów do stworzenia nowej propozycji konstelacji. Drugi z Włoch Telespaznio prowadzi. "Sygnały te są wysyłane przez satelity na Ziemię, ale także ominąć Ziemię i iść dalej w przestrzeń kosmiczną", powiedział Verhoef. "Możemy połączyć użycie tych sygnałów w odbiorniku w celu określenia położenia pojazdu na Księżycu." Plan zakłada, że w gwiazdozbiorze Księżycowej nawigacji będą mieć trzy lub cztery satelity. W celu poprawy komunikacji można dodać więcej satelitów. Tymczasem sektor prywatny, który sprzedaje usługi klientom i agencji, ma działać konstelacji. xY3rHHWgMjE ESA announces plans to launch Moonlight, the satnav constellation of the lunar orbit Posted by Cabe Atwell in Industrial Automation on May 25 2021 20:23:00 Moonlight's mission is to use the Lunar Pathfinder satellite to extend satellite navigation signals to the Moon. The first time I heard the idea of navigating on the moon was from the Uchuu Kyoudai (Space Brothers) manga. In the story, two characters fall into a crater while driving on the moon. They had no idea it was there! One character died, the other barely survived .. but his brother developed a lunar GPS / navigation system sometime after. I thought it was an amazing idea for humans to return to the moon. Side note: Uchuu Kyoudai is a great manga and anime, and is now also a live action movie. He is steeped in the realism of becoming an astronaut. Praised by JAXA. If you found it exciting and fun to come up with solutions to problems based on a shared space, this is your show. Of course I think so. The story continues! It said: ESA has begun development of Moonlight, the constellation of a satellite in lunar orbit that provides navigation and telecommunications services to lunar astronauts. If the plans are successful, the system could be operational in late 2020, several years after NASA's Artemis 3 mission near the Moon's south pole. ESA believes Moonlight makes it more accessible and affordable for the lunar economy to thrive. "Having a navigation and telecommunications network to transmit what we learn on the moon back to Earth will be key to the sustainable development of future missions," Elodie Viau, ESA's director of telecommunications and integrated applications, said at a press conference. "You can imagine astronomers setting up observatories on the other side of the moon. And as we all got used to virtual meetings, who knows? We could do Skype on the moon." To start with, ESA awarded contracts to two European industrial consortia for a year and a half to research this project and to develop the innovation that ESA selects. As it stands, the lunar mission uses a network of large terrestrial space antennas to monitor and locate an orbiter or lander. However, this technique is often time consuming and costly. "The idea is that this could be one of the projects we are taking to the ESA Member State Council in 2022 and proposing for implementation," David Parker, ESA's director of human and robotics research, said at a press conference. "If that was the way forward, the project could start in full swing in early 2023 to be operational within four or five years." Accurate positioning is not comparable to what the Earth provides, which is 0.3 to 3 miles. By comparison, the American GPS is between 1 and 16 feet. In addition, landers must install a 40 kg navigation subsystem that processes data and measures distance for a safe landing. A lunar navigation satellite means that the lunar only needs to carry a receiver and altimeter. ESA wants to start with the use of Earth-orbiting navigation satellites. Currently, three other global navigation satellite systems (GNSS), the European Galileo, the Russian Glonass and the Chinese Beidon, can provide data to lunar vehicles. The Lunar Pathfinder mission aims to test the GNSS receiver in orbit of the moon. Developed by British satellite technology Surrey Satellite Technology (SSTL), the satellite is expected to be launched in 2024. SSTL is leading one consortium to create a new constellation proposal. The second from Italy, Telespaznio, is in the lead. "These signals are sent by satellites to Earth, but also bypass Earth and go further into space," said Verhoef. "We can combine the use of these signals in the receiver to determine the vehicle's position on the moon." The plan assumes that they will have three or four satellites in the constellation of Lunar Navigation. More satellites can be added to improve communication. Meanwhile, the private sector, which sells services to clients and agencies, is expected to run a constellation.
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: Dlaczego nieoczekiwany mion był największą niespodzianką w historii fizyki cząstek Nauka nigdy nie była taka sama po spotkaniu "cząstki, która żyła". Na początku lat 30., było tylko kilka znanych podstawowych cząstek, które składały się na Wszechświat. Jeśli podzieliliśmy materię i promieniowanie, które zaobserwowaliśmy i z którymi wchodziliśmy w interakcje z najmniejszymi możliwymi komponentami, na które moglibyśmy je rozbić w tym czasie, istniały tylko dodatnio naładowane jądra atomowe (w tym proton), elektrony, które je okrążyły, i foton. To stanowiło znane elementy, ale było kilka anomalii, które nie do końca się ustawiały. Cięższe pierwiastki również miały więcej ładunku, ale argon i potas były wyjątkiem: argon miał tylko ładunek +18 jednostek, ale masę ~40 jednostek masy atomowej, podczas gdy potas miał ładunek +19 jednostek, ale masę ~39 jednostek. W 1932 roku zajęło się tym odkryciem neutronu. Niektóre rodzaje rozpadu radioaktywnego - rozpady beta - wydawały się nie oszczędzać energii i pędu, co doprowadziło do hipotezy Pauliego z 1930 roku o neutrinie, które nie zostałyby odkryte przez kolejne 26 lat. Równanie Diraca przewidywało stany energii ujemnej, które odpowiadały odpowiednikom antymaterii dla cząstek takich jak elektron: pozyton. Mimo to, nic nie mogło przygotować fizyków do odkrycia mionu: niestabilnej cząstki z tym samym ładunkiem, ale setki razy masy, elektronu. Oto jak to zaskoczenie naprawdę włączyć fizyki na głowie. Ładunek elektryczny na elektroskopie, w zależności od tego, co go ładujesz i jak reagują metalowe liście folii wewnątrz. Jeśli liście pozostaną naładowane, dwa liście folii odeprzeć. Jeśli liście są nienaładowane, po prostu spadną. Niezwykłe jest to, że elektrooskopy, nawet jeśli są umieszczone w próżni, będą rozładowywać się w czasie. Powód, dla którego nie było oczywiste, ale jest ze względu na promienie kosmiczne. (BOOMERIA WYRÓŻNIENIEM FIZYKI STRONY) Historia zaczyna się w 1912 roku, kiedy przygód fizyk Victor Hess miał genialny pomysł, aby zabrać ze sobą detektor cząstek na lot balonem na gorące powietrze. Można się zastanawiać, jaka byłaby motywacja do tego, i to pochodzi z mało prawdopodobnego źródła: elektroskopu (powyżej). Elektroskop to tylko dwa cienkie kawałki przewodzenia, metalowa folia, połączona z przewodnikiem i uszczelniona wewnątrz próżni bezpowietrznej. Jeśli naładujesz elektrozakres, dodatni lub ujemny, podobnie naładowane kawałki folii odpychają się nawzajem, podczas gdy jeśli go uziemisz, stanie się neutralny i wróci do pozycji nienaładowanej. Ale tutaj było dziwne: jeśli zostawiłeś elektroskop sam, nawet w dość doskonałej próżni, nadal rozładowywał się w czasie. Bez względu na to, jak dobrze wykonałeś próżnię - nawet jeśli umieściłeś wokół niej osłonę ołowiu - elektrooskop nadal się rozładowywał. Co więcej, jeśli przeprowadziłeś ten eksperyment na wyższych i wyższych wysokościach, rozładował się szybciej. To właśnie tam Hess wpadł na swój wielki pomysł, wyobrażając sobie, że promieniowanie wysokoenergetyczne, zarówno o dużej mocy przenikliwej, jak i pozaziemskim, było winowajcą. Zabierając balon na ogrzane powietrze na duże wysokości, znacznie wyższe niż można by osiągnąć po prostu spacerując, spacerując lub jeżdżąc w dowolne miejsce, naukowiec Victor Hess był w stanie użyć detektora, aby zademonstrować istnienie i ujawnić składniki promieniowania kosmicznego. Pod wieloma względami te wczesne ekspedycje, datowane na rok 1912, oznaczały narodziny astrofizyki promieniowania kosmicznego. (AMERYKAŃSKIE TOWARZYSTWO FIZYCZNE) Jeśli przez ziemską atmosferę przemieszczają się naładowane cząstki kosmiczne, mogą one z czasem pomóc zneutralizować ten ładunek, ponieważ przeciwnie naładowane cząstki byłyby przyciągane do elektrody, a podobne ładunki byłyby przez nią odpychane. Hess wyobrażał sobie, że istnieje bardzo realne „zoo” cząstek przemykających w przestrzeni kosmicznej i że im bliżej krawędzi ziemskiej atmosfery (tj. na wyższe wysokości wszedł), tym większe prawdopodobieństwo, że będzie obserwował te cząstki bezpośrednio. Hess skonstruował komorę detekcyjną, która zawierała pole magnetyczne, tak aby wszelkie naładowane cząstki zakrzywiały się w jej obecności. Na podstawie kierunku i krzywizny dowolnych śladów cząstek, które pojawiły się w detektorze, mógł zrekonstruować prędkość cząstki, a także jej stosunek ładunku do masy. Najwcześniejsze wysiłki Hessa natychmiast się opłaciły, gdy zaczął odkrywać cząstki w wielkiej obfitości, tworząc w ten sposób naukę o astrofizyce promieniowania kosmicznego. Ustalono, że pierwszy wykryty mion, wraz z innymi cząstkami promieniowania kosmicznego, ma taki sam ładunek jak elektron, ale jest setki razy cięższy ze względu na prędkość i promień krzywizny. Mion był pierwszą z cięższych generacji cząstek, które zostały odkryte, sięgającą lat 30. XX wieku. (PAUL KUNZE, W Z. PHYS. 83 (1933)) W tych wczesnych promieniach kosmicznych zaobserwowano wiele protonów i elektronów, a później w ten sposób odkryto również pierwsze cząstki antymaterii. Ale wielka niespodzianka przyszła w 1933 roku, kiedy Paul Kunze pracował z promieniami kosmicznymi i znalazł cząstkę, która nie do końca pasowała. Miał taki sam ładunek jak elektron, ale jednocześnie był zbyt ciężki, aby być elektronem, a jednocześnie był zbyt lekki, aby być antyprotonem. Wyglądało to tak, jakby pojawił się nowy rodzaj naładowanej cząstki o masie pośredniej między innymi znanymi cząstkami, która nagle oznajmiła: „Hej, niespodzianka, ja istnieję!” Im wyżej szliśmy, tym więcej promieni kosmicznych zaobserwowaliśmy. Na najwyższych wysokościach przytłaczającą większość promieni kosmicznych stanowiły neutrony, elektrony i protony, podczas gdy tylko niewielka część z nich to miony. Jednak w miarę jak detektory stawały się coraz bardziej czułe, zaczęły być w stanie wykrywać te promienie kosmiczne na niższych wysokościach, nawet bliżej poziomu morza. Dziś za około 100 dolarów i przy użyciu gotowych materiałów można zbudować własną komorę chmurową i wykrywać w domu miony promieniowania kosmicznego — najliczniejszą cząstkę promieniowania kosmicznego na poziomie morza. Ścieżka w kształcie litery V w centrum obrazu powstaje w wyniku rozpadu mionu na elektron i dwa neutrina. Wysokoenergetyczny tor z załamaniem jest dowodem rozpadu cząstek w powietrzu. Poprzez zderzenia pozytonów i elektronów o określonej, przestrajalnej energii, pary mion-antymion mogą być produkowane do woli. Energia niezbędna do wytworzenia pary mion/antymion z wysokoenergetycznych pozytonów zderzających się z elektronami w spoczynku jest prawie identyczna jak energia z zderzeń elektron/pozyton niezbędna do wytworzenia bozonu Z. (SZKOCKI ROAD SHOW NAUKI I TECHNOLOGII) W ciągu następnych kilku lat naukowcy ciężko pracowali nad wykryciem tych mionów nie podczas eksperymentów na dużych wysokościach, ale w celu obserwacji ich w laboratorium naziemnym. Teoretycznie były one wytwarzane przez to, co nazywamy deszczem promieni kosmicznych: gdzie cząstki z kosmosu uderzają w górną warstwę atmosfery. Kiedy tak się dzieje, oddziaływania szybko poruszających się cząstek kosmicznych, które uderzają w stacjonarne cząstki atmosferyczne, wytwarzają wiele nowych cząstek i antycząstek, z których najczęstszym produktem jest krótkotrwała, niestabilna cząstka znana jako pion. Naładowane piony żyją tylko przez nanosekundy, rozpadając się między innymi na miony. Te miony również żyją krótko, ale znacznie dłużej niż pion. Ze średnim czasem życia 2,2 mikrosekundy są najdłużej żyjącą niestabilną cząstką, z wyjątkiem neutronu, którego średni czas życia wynosi około 15 minut! Teoretycznie nie tylko te deszcze kosmiczne powinny je wytwarzać, ale każde zderzenie cząstek, które miały wystarczającą energię do wytworzenia pionów, powinno również dać miony, które moglibyśmy badać w laboratorium. Mion w naszych detektorach wygląda tak samo jak elektrony, z wyjątkiem tego, że ma masę 206 razy większą od masy elektronu. Deszcz promieni kosmicznych i niektóre z możliwych interakcji. Zauważ, że jeśli naładowany pion (po lewej) uderzy w jądro przed rozpadem, wytwarza deszcz, ale jeśli rozpadnie się jako pierwszy (po prawej), wytwarza mion, który będzie miał szansę dotarcia do powierzchni. Wiele cząstek „córek” wytwarzanych przez promieniowanie kosmiczne zawiera neutrony, które mogą przekształcać azot-14 w węgiel-14. (KONRAD BERNLÖHR Z INSTYTUTU MAX-PLANCK W HEIDELBERGU) W 1936, Carl Anderson i Seth Neddermeyer byli w stanie wyraźnie zidentyfikować populacje zarówno ujemnie, jak i dodatnio naładowanych mionów z promieniowania kosmicznego, co wskazuje na istnienie mionów i antymionów, tak jak w przyrodzie znajdowały się elektrony i antyelektrony (pozytony). . W następnym roku, 1937, zespół naukowców z J.C. Street i E.C. Stevenson niezależnie potwierdził to odkrycie w komorze mgłowej. Miony były nie tylko prawdziwe, ale stosunkowo powszechne. W rzeczywistości, jeśli wyciągniesz rękę i skierujesz ją tak, aby była zwrócona w górę, w kierunku nieba, około jeden mion (lub antymion) przejdzie przez twoją rękę z każdą upływającą sekundą. Na poziomie morza 90% wszystkich cząstek promieniowania kosmicznego docierających do powierzchni Ziemi to miony, a większość stanowią neutrony i elektrony. Zanim jeszcze odkryliśmy mezony, które są złożonymi kombinacjami kwark-antykwark, egzotyczne, ciężkie, niestabilne bariony (będące kombinacjami trzech kwarków, jak protony i neutrony) lub kwarki leżące u podstaw materii, odkryliśmy mion: ciężki , niestabilny kuzyn elektronu. Przewiduje się, że cząstki i antycząstki Modelu Standardowego istnieją jako konsekwencja praw fizyki. Chociaż przedstawiamy kwarki, antykwarki i gluony jako posiadające kolory lub antykolory, jest to tylko analogia. Faktyczna nauka jest jeszcze bardziej fascynująca. Zwróć uwagę, że cząstki pojawiają się w trzech generacjach lub kopiach, przy czym tylko pierwsza generacja daje początek stabilnym cząsteczkom. (E. SIEGEL / POZA GALAKTYKĄ) Gdy tylko fizyk I. I. Rabi, który sam zdobyłby Nagrodę Nobla za odkrycie magnetycznego rezonansu jądrowego (dziś powszechnie stosowanego w technologii MRI), dowiedział się o mionie, zażartował w słynnym żargonie: „kto to zamówił?” Przy tak niewielu znanych wówczas cząstkach, dodanie tego dziwnego kuzyna elektronu – ciężkiego, niestabilnego i krótkożyjącego – wydawało się zjawiskiem natury, które wymykało się wyjaśnieniom. Dziesiątki lat dzieliły nas od odkrycia natury materii i struktury Modelu Standardowego, ale mion był naszą pierwszą wskazówką, że istnieje nie tylko więcej cząstek czekających na odkrycie, ale że cząstki pojawiły się w wielu pokoleniach. Pierwsza generacja cząstek to cząstki stabilne, składające się z kwarków górnego i dolnego, elektronu i neutrina elektronowego oraz ich odpowiedników z antymaterii. Dziś znamy jeszcze dwie generacje: drugą generację, która ma kwarki powabne i dziwne z mionami i neutrinami mionowymi, oraz trzecią generację, która ma górne i dolne kwarki z cząsteczkami neutrin tau i tau oraz ich analogiczne odpowiedniki z antymaterii . Przy wystarczająco wysokich energiach i prędkościach względność staje się istotna, pozwalając przetrwać o wiele więcej mionów niż bez efektu dylatacji czasu. W obecnej postaci około 25% mionów powstałych w górnej atmosferze dociera do Ziemi. Bez teorii względności ta liczba byłaby czymś w rodzaju 1 na 1⁰²⁰. (FRISCH/SMITH, AM J. OF PHYS. 31 (5): 342-355 (1963) / WIKIMEDIA COMMONS UŻYTKOWNIK D.H) Mion jednak nie tylko zapowiadał wszystkie te nowe odkrycia, ale także dał ekscytującą i sprzeczną z intuicją demonstrację względności Einsteina. Miony, które powstają w wyniku zderzeń promieniowania kosmicznego, pochodzą średnio na wysokości 100 kilometrów. Jednak średni czas życia mionu wynosi tylko 2,2 mikrosekundy. Jeśli mion poruszał się bardzo blisko prędkości światła przy 300 000 km/s, można trochę policzyć, mnożąc tę prędkość przez czas życia mionu, aby stwierdzić, że powinien przebyć około 660 metrów przed rozpadem. Ale miony docierają do powierzchni Ziemi, pokonując 100 kilometrów i wciąż nie ulegając rozkładowi! Jak to jest możliwe? Bez teorii względności nie byłoby. Jednak teoria względności niesie ze sobą zjawisko dylatacji czasu, dzięki czemu cząstki poruszające się z prędkością bliską prędkości światła doświadczają wolniejszego upływu czasu niż w przypadku obserwatorów w spoczynku. Bez dylatacji czasu nigdy byśmy nie odkryli tych kosmicznych mionów i nie bylibyśmy w stanie zobaczyć ich w naszych ziemskich komorach chmurowych, chyba że stworzyliśmy je z akceleratorów cząstek. Einstein, mimo że o tym nie wiedział, pomógł nam odkryć tę fundamentalnie nową formę materii. Wcześniejszy plan projektowy (obecnie nieistniejący) pełnowymiarowego zderzacza mionowo-antymionowego w Fermilab, źródło drugiego najpotężniejszego akceleratora cząstek na świecie za LHC w CERN. Miony mogą osiągać energie porównywalne z protonami, ale z czystymi sygnałami zderzenia i całą energią skoncentrowaną w jednym punkcie, jak elektrony. To naprawdę może być najlepsze z obu światów. (FERMILAB) Patrząc w przyszłość, możliwość kontrolowania i manipulowania tymi mionami może doprowadzić do postępów w eksperymentalnej fizyce cząstek elementarnych, z którymi nie może się równać żaden inny typ zderzacza. Kiedy budujesz akcelerator cząstek, istnieją tylko trzy czynniki, które określają, jak energetyczne są twoje zderzenia: jak duży jest twój pierścionek, z większymi obwodami osiągającymi wyższe energie, jak silne są twoje pola magnetyczne zginaj naładowane cząstki, a silniejsze magnesy prowadzą do wyższych energii, i stosunek ładunku do masy twojej cząstki, przy niskich masach prowadzących do promieniowania synchrotronowego i ograniczonej energii, a duże masy nie mają tego problemu. Ten trzeci czynnik jest powodem, dla którego używamy protonów zamiast elektronów w akceleratorach, takich jak Wielki Zderzacz Hadronów w CERN, ale jest to wada: protony są cząstkami złożonymi i tylko niewielka część ich całkowitej energii nawija się w kwarku lub gluonie, który zderza się z inne. Ale mion nie ma tej wady, a także nie jest ograniczony przez promieniowanie synchrotronowe, tak jak elektrony, ze względu na znacznie większą masę. Jeśli opanujemy akceleratory mionowe, być może otworzymy kolejną granicę w eksperymentalnej fizyce cząstek. Elektromagnes Muon g-2 w Fermilab, gotowy do odbioru wiązki cząstek mionowych. Eksperyment ten rozpoczął się w 2017 roku i miał zbierać dane przez łącznie 3 lata, znacznie zmniejszając niepewność. Chociaż można osiągnąć w sumie istotność 5 sigma, obliczenia teoretyczne muszą uwzględniać każdy możliwy efekt i oddziaływanie materii, aby zapewnić, że mierzymy solidną różnicę między teorią a eksperymentem w dipolowym momencie magnetycznym mionu. (REIDAR HAHN / FERMILAB) Dziś możemy spojrzeć wstecz na odkrycie mionu jako osobliwego, z naszymi balonami na gorące powietrze i prymitywnymi detektorami odsłaniającymi te wyjątkowo wygięte ślady cząstek. Ale sam mion nadal stanowi dziedzictwo odkryć naukowych. Od jego mocy w ilustrowaniu wpływu dylatacji czasu na obserwowaną żywotność cząstki do jej potencjału, aby doprowadzić do zasadniczo nowego, doskonałego typu akceleratora cząstek, mion jest czymś więcej niż tylko hałasem tła w niektórych z naszych najbardziej wrażliwych, podziemnych eksperymentów poszukujących najrzadszych interakcji cząstek wszystkich. Nawet dzisiaj eksperyment mający na celu zmierzenie magnetycznego momentu dipolowego mionu może być kluczem, który w końcu zabierze nas do zrozumienia fizyki poza modelem standardowym. Mimo to, kiedy niespodziewanie ogłosił swoje istnienie w 1930 roku, to było naprawdę zaskoczeniem. Przez całą historię wcześniej nikt nie wyobrażał sobie, że natura zrobi wiele kopii podstawowych cząstek, które leżą u podstaw naszej rzeczywistości, i że wszystkie te cząstki będą niestabilne przed rozpadem. Mion jest pierwszym, najlżejszym i najdłużej żyjącym z tych wszystkich cząstek. Kiedy myślisz o mionie, zapamiętaj go jako pierwszą cząstkę "generacji 2", jaką kiedykolwiek odkryto, i pierwszą wskazówkę, jaką kiedykolwiek dostaliśmy na temat prawdziwej natury modelu standardowego. Zaczyna się od huku jest napisany przez Ethan Siegel,Ph.D., autor Beyond The Galaxyi Treknology: The Science of Star Trek z Tricorders do Warp Drive. Why the unexpected muon was the biggest surprise in the history of particle physics Learning has never been the same after meeting the "particle that lived". In the early 1930s, there were only a few known basic particles that made up the universe. If we split the matter and radiation that we observed and interacted with with the smallest possible components into which we could break them down at that time, there were only positively charged atomic nuclei (including a proton), the electrons that circled them, and a photon. These were familiar elements, but there were a few anomalies that didn't quite align. The heavier elements also had more charge, but argon and potassium were the exception: argon only had a charge of +18 units but a mass of ~ 40 atomic mass units, while potassium had a charge of +19 units but a mass of ~ 39 units. In 1932, they dealt with this discovery of the neutron. Certain types of radioactive decay - beta decays - did not seem to save energy and momentum, leading to the 1930 Pauli neutrino hypothesis that would not have been discovered for another 26 years. The Dirac equation predicted negative energy states that corresponded to the antimatter counterparts for particles such as the electron: positron. Still, nothing could have prepared physicists to discover a muon: an unstable particle with the same charge but hundreds of times the mass of an electron. Here's how that surprise really turn physics on your head. Electric charge on the electroscope, depending on what you charge it and how the metal leaves of the foil inside react. If the leaves remain charged, repel the two leaves of the foil. If the leaves are uncharged, they will simply fall off. It is remarkable that the electro scopes, even if placed in a vacuum, will discharge over time. The reason it wasn't obvious but is because of the cosmic rays. (BOOMERIA HIGHLIGHTS PHYSICS OF THE PAGE) The story begins in 1912, when the adventurous physicist Victor Hess had the brilliant idea to take a particle detector with him on a hot air balloon flight. You might wonder what the motivation for this would be, and that comes from an unlikely source: the electroscope (above). The electroscope is just two thin pieces of conduction, a metal foil, bonded to a conductor and sealed inside an airless vacuum. If you charge the electromagnetic range, positive or negative, the similarly charged pieces of foil repel each other, while if you ground it, it becomes neutral and returns to the uncharged position. But here it was weird: if you left the electroscope alone, even in a fairly perfect vacuum, it still discharged over time. No matter how well you vacuumed - even if you placed a lead shield around it - the electrooscope continued to discharge. Moreover, if you ran this experiment at higher and higher altitudes, it discharged faster. It was there that Hess had his big idea, imagining that high-energy radiation, both high penetrating power and extraterrestrial, was the culprit. By taking a hot air balloon up to high altitudes, far higher than could be achieved by simply walking, hiking, or driving to any location, scientist Victor Hess was able to use a detector to demonstrate the existence and reveal the components of cosmic rays. In many ways, these early expeditions, dating back to 1912, marked the birth of cosmic ray astrophysics. (AMERICAN PHYSICAL SOCIETY) If there are charged cosmic particles zipping through Earth’s atmosphere, they could help neutralize this charge over time, as the oppositely-charged particles would be attracted to the electrode and the like-charges would be repelled by it. Hess imagined that there was a very real “zoo” of particles zipping around through space, and that the closer he got to the edge of Earth’s atmosphere (i.e., the higher altitudes he went to), the more likely he’d be to observe these particles directly. Hess constructed a detection chamber that contained a magnetic field, so that any charged particles would curve in its presence. Based on the direction and curvature of any particle tracks that appeared in the detector, he could reconstruct what the velocity of the particle was as well as its charge-to-mass ratio. Hess’s earliest efforts immediately paid off, as he began discovering particles in great abundance, founding the science of cosmic ray astrophysics in the process. The first muon ever detected, along with other cosmic ray particles, was determined to be the same charge as the electron, but hundreds of times heavier, due to its speed and radius of curvature. The muon was the first of the heavier generations of particles to be discovered, dating all the way back to the 1930s. (PAUL KUNZE, IN Z. PHYS. 83 (1933)) Many protons and electrons were seen in these early cosmic rays, and later on, the first antimatter particles were discovered this way as well. But the big surprise came in 1933, when Paul Kunze was working with cosmic rays and found a particle that didn’t quite fit. It had the same charge as an electron, but was simultaneously far too heavy to be an electron while also being far too light to be an antiproton. It was as though there was some new type of charged particle, of an intermediate mass between the other known particles, that suddenly announced, “hey, surprise, I exist!” The higher in altitude we went, the more cosmic rays we observed. At the highest altitudes, the overwhelming majority of cosmic rays were neutrons and electrons and protons, while only a small fraction of them were muons. However, as detectors got more and more sensitive, they started to be able to detect these cosmic rays at lower altitudes, even closer to sea level. Today, for about $100 and with off-the-shelf materials, you can build your own cloud chamber and detect cosmic ray muons — the most abundant cosmic ray particle at sea level — at home. The V-shaped track in the center of the image arises from a muon decaying to an electron and two neutrinos. The high-energy track with a kink in it is evidence of a mid-air particle decay. By colliding positrons and electrons at a specific, tunable energy, muon-antimuon pairs could be produced at will. The necessary energy for making a muon/antimuon pair from high-energy positrons colliding with electrons at rest is almost identical to the energy from electron/positron collisions necessary to create a Z-boson. (THE SCOTTISH SCIENCE & TECHNOLOGY ROADSHOW) Over the next few years, scientists worked hard to detect these muons not from high-altitude experiments, but to observe them in a terrestrial laboratory. In theory, they were being produced by what we call cosmic ray showers: where particles from space hit the upper atmosphere. When this occurs, interactions from the fast-moving cosmic particles that strike the stationary atmospheric particles produce lots of new particles-and-antiparticles, with the most common product being a short-lived, unstable particle known as a pion. The charged pions live only for nanoseconds, decaying into muons, among other particles. These muons are also short-lived, but much longer-lived than the pion. With a mean lifetime of 2.2 microseconds, they’re the longest-lived unstable particle except for the neutron, which has a mean lifetime of around 15 minutes! In theory, not only should these cosmic ray showers produce them, but any collision of particles that had enough energy to produce pions should also yield muons that we could study in a lab. The muon, in our detectors, look just like electrons do, except they have 206 times the electron’s mass. Cosmic ray shower and some of the possible interactions. Note that if a charged pion (left) strikes a nucleus before it decays, it produces a shower, but if it decays first (right), it produces a muon that will have a chance to reach the surface. Many of the ‘daughter’ particles produced by cosmic rays include neutrons, which can convert nitrogen-14 into carbon-14. (KONRAD BERNLÖHR OF THE MAX-PLANCK-INSTITUTE AT HEIDELBERG) In 1936, Carl Anderson and Seth Neddermeyer were able to distinctly identify populations of both negatively and positively charged muons from cosmic rays, an indication that there were muons and anti-muons, just as there were electrons and anti-electrons (positrons) found in nature. The next year, 1937, saw the scientist team of J.C. Street and E.C. Stevenson independently confirm that discovery in a cloud chamber. Muons were not only real, but relatively common. In fact, if you hold out your hand and point your palm so that it faces up, towards the sky, approximately one muon (or anti-muon) will pass through your hand with each second that goes by. At sea level, 90% of all the cosmic ray particles reaching Earth’s surface are muons, with neutrons and electrons making up most of the rest. Before we had even discovered mesons, which are composite quark-antiquark combinations, exotic, heavy, unstable baryons (which are combinations of three quarks, like protons and neutrons), or the quarks that underlie matter, we had discovered the muon: the heavy, unstable cousin of the electron. The particles and antiparticles of the Standard Model are predicted to exist as a consequence of the laws of physics. Although we depict quarks, antiquarks and gluons as having colors or anticolors, this is only an analogy. The actual science is even more fascinating. Note how the particles come in three generations, or copies, with only the first generation giving rise to stable particles. (E. SIEGEL / BEYOND THE GALAXY) As soon as the physicist I. I. Rabi, who himself would win the Nobel Prize for the discovery of nuclear magnetic resonance (today used ubiquitously in MRI technology), learned about the muon, he famously quipped, “who ordered that?” With so few particles known at the time, adding this strange cousin of the electron — heavy, unstable, and short-lived — seemed like a phenomenon of nature that defied explanation. We were decades away from uncovering the nature of matter and the structure of the Standard Model, but the muon was our very first clue that there were not only more particles out there waiting to be discovered, but that particles came in multiple generations. The first-generation of particles are the stable ones, consisting of the up and down quarks, the electron and the electron neutrino, and their antimatter counterparts. Today, we know of two more generations: the second-generation, which has charm and strange quarks with muons and muon neutrinos, and the third-generation, which has top and bottom quarks with tau and tau neutrino particles, plus their analogous antimatter counterparts. At high enough energies and velocities, relativity becomes important, allowing many more muons to survive than would without the effects of time dilation. As it stands, approximately 25% of the muons created in the upper atmosphere reach the Earth. Without relativity, that number would be something like 1-in-1⁰²⁰. (FRISCH/SMITH, AM. J. OF PHYS. 31 (5): 342–355 (1963) / WIKIMEDIA COMMONS USER D.H) The muon, however, didn’t merely foreshadow all of these new discoveries, but it also yielded an exciting and counterintuitive demonstration of Einstein’s relativity. The muons that get created from cosmic ray collisions, on average, originate at an altitude of 100 kilometers. However, the mean lifetime of a muon is only 2.2 microseconds. If a muon moved extremely close to the speed of light at 300,000 km/s, you can do a little math, multiplying that speed by the muon’s lifetime, to find that they should travel about 660 meters before decaying. But muons arrive at Earth’s surface, journeying 100 kilometers and still not decaying! How is this possible? Without relativity, it wouldn’t be. But relativity brings along the phenomenon of time dilation, enabling particles that move close to the speed of light to experience time passing more slowly than they do for observers at rest. Without time dilation, we would never have discovered these cosmic muons, and we wouldn’t be able to see them in our terrestrial cloud chambers, not unless we created them from particle accelerators. Einstein, despite not knowing it, helped us discover this fundamentally new form of matter. An earlier design plan (now defunct) for a full-scale muon-antimuon collider at Fermilab, the source of the world’s second-most powerful particle accelerator behind the LHC at CERN. Muons could achieve energies comparable to protons, but with clean collision signals and all the energy concentrated into one point, like electrons. It truly could be the best of both worlds. (FERMILAB) Looking ahead, being able to control and manipulate these muons just might lead to advances in experimental particle physics that no other type of collider can match. When you build a particle accelerator, there are only three factors that determine how energetic your collisions are: how big your ring is, with larger circumference rings achieving higher energies, how strong your magnetic fields that bend your charged particles are, with stronger magnets leading to higher energies, and the charge-to-mass ratio of your particle, with low masses leading to synchrotron radiation and a limiting energy, and high masses not having that problem. That third factor is why we use protons instead of electrons in accelerators like the Large Hadron Collider at CERN, but there’s a drawback: protons are composite particles, and only a tiny fraction of its total energy winds up in a quark or gluon that collides with another. But the muon doesn’t suffer from that drawback, and it also isn’t limited by synchrotron radiation like electrons are, due to its much heavier mass. If we can master muon accelerators, we just might unlock the next frontier in experimental particle physics. The Muon g-2 electromagnet at Fermilab, ready to receive a beam of muon particles. This experiment began in 2017 and was slated to take data for a total of 3 years, reducing the uncertainties significantly. While a total of 5-sigma significance may be reached, the theoretical calculations must account for every effect and interaction of matter that’s possible in order to ensure we’re measuring a robust difference between theory and experiment in the muon’s magnetic dipole moment. (REIDAR HAHN / FERMILAB) Today we can look back at the muon's discovery as peculiar, with our hot air balloons and primitive detectors revealing these extremely bent particle tracks. But the muon itself is still a legacy of scientific discoveries. From its power to illustrate the effect of time dilation on the observed particle lifetime to its potential to lead to a fundamentally new, excellent type of particle accelerator, the muon is more than just background noise in some of our most sensitive underground experiments looking for the rarest particle interactions of all. Even today, an experiment to measure the magnetic dipole moment of a muon may be the key that will eventually take us to understanding physics beyond the Standard Model. Even so, when he unexpectedly announced his existence in 1930, it was really a surprise. Throughout history, no one had imagined that nature would make multiple copies of the fundamental particles that underlie our reality, and that all of these particles would be unstable before decaying. The muon is the first, lightest, and longest-lived of all these particles. When you think of a muon, remember it as the first "generation 2" particle ever discovered and the first clue we ever got about the true nature of the Standard Model. It Begins With A Bang is written by Ethan Siegel, Ph.D., author of Beyond The Galaxyi Treknology: The Science of Star Trek from Tricorders to Warp Drive.
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: Wojna bogów opisana w Mahabharacie Wydaje nam się, że stworzyliśmy cywilizację, której nigdy wcześniej świat nie widział. Wiemy, że na Ziemi istniały cywilizacje, które zaginęły, ale ogólnie uznajemy je za prymitywne. Nic bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że to nasza cywilizacja jest prymitywna w porównaniu z zaawansowanym rozwojem cywilizacji minionych. Bitwa pod Kurkushetrą Bitwa pod Kurkuszetra Foto: Wikimedia Wedy to święte księgi hinduizmu – najstarsza grupa religijnych tekstów sanskryckich, które stanowiły całość ówczesnej wiedzy człowieka o świecie ludzi i bogów. Objętością Wedy przewyższają Biblię kilkakrotnie, ale nie sama objętość jest najważniejsza. Jak wiemy z notki Kłamstwa Kościoła, Biblia na potrzeby imperializmu Kościoła modyfikowana była niezliczoną ilość razy do tego stopnia, że dziś zwykłemu śmiertelnikowi trudno dotrzeć do oryginalnego źródła. Wedy pod tym względem są wyjątkowe – na początku przekazywano informacje ustnie z pokolenia na pokolenie, a od czasu, kiedy Wedy zapisano w archaicznej formie sanskrytu, istnieje kategoryczny wręcz zakaz modyfikowania tekstów wedyjskich. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, dlaczego to takie istotne. Wszystkie starożytne pisma z każdego zakątka świata należy traktować nie jako świętość religijną, ale jako zapis wydarzeń rozgrywających się na danym etapie dziejów. Co nam przedstawiają Wedy pod tym względem, wiedząc, że opisywane w nich wydarzenia sięgają tysięcy lat wstecz? Koncentrując się na wydarzeniach opisanych tylko w kilku częściach, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu... Nuklearna wojna bogów Przesada? W rzeczy samej, ale w innym kierunku. Znamy efekty użycia broni jądrowej. Broni używanych przez zwaśnione strony tysiące lat temu są dla nas jeszcze nieosiągalne, gdyż w pismach wedyjskich znajdujemy wzmianki nie tylko o samej broni, lecz także technologii, która pozwalała prowadzić gwiezdne wojny, w dosłownym tego słowa znaczeniu. "Drona przywołał Arjunę i rzekł: Przyjmij ode mnie tę niezwyciężoną broń zwaną Brahmasira. Ale musisz przyrzec, że nigdy nie użyjesz jej przeciw człowiekowi, gdyż jeślibyś tak uczynił, mógłbyś zniszczyć świat. Jeśli jakikolwiek wróg, który nie jest człowiekiem zaatakuje cię, możesz użyć tej broni do walki z nim". Zastanawiający tu jest fakt, kim był wróg, który nie był człowiekiem? Czyżby człowiek był tylko naocznym świadkiem wydarzeń bliżej nieokreślonej wojny międzyplanetarnej? Ogólnie wszystkie religie nadużywają słowa Bóg lub bogowie, ale trzeba tu zaznaczyć wyraźnie, iż każda religia i każdy człowiek tak naprawdę inaczej interpretuje owe słowa. Dla jednych Bóg jest stworzycielem świata, dla innych stworzycielem człowieka. Według eposu o Atra-hasisie rasa ludzka została stworzona po to, aby służyć bogom i uwolnić ich od pracy. Może więc bogowie byli istotami z krwi i kości jak dzieło ich stworzenia – człowiek? Temat równie ciekawy, ale i wymagający oddzielnej notki. W Mahabharacie czytamy dalej: Adwattan dokładnie wycelował, po czym wypuścił lśniący pocisk, buchający ogniem. Grad ognistych strzał spadł na wrogich Pandawów. Zapadł zmrok, a z nieba posypał się deszcz meteorów. Zerwały się ryczące wichry. Chmury spiętrzyły się aż do nieba i zesłały deszcz pyłu i kamieni. Słońce zawirowało na firmamencie, a ziemia zadrżała pod żarem boskiej broni. Słonie stanęły w płomieniach, woda w rzece zawrzała, zabijając wszelkie żywe istoty. Wiele z nich zamieniało się w popiół. Zwierzęta padały na ziemię w agonii. Niebo miotało ogniste błyskawice. Żołnierzy wroga ogarnęły płomienie. Po obu stronach spadały na ziemię tysiące latających maszyn wojennych. Gurkha wystrzelił ze swojej latającej vimana jeden pocisk o sile wszechświata, niszcząc trzy miasta Wrisznich i Andaków. Wtedy wzbił się ogromny słup dymu i ognia, promieniejąc jak tysiące słońc. Ten jeden posłaniec śmierci spopielił całą rasę Wrisznich i Andaków. Spalone ciała ludzi były nie do poznania. Wypadały im włosy i paznokcie. Zbielałe ptaki spadały z nieba. Wojownicy, którzy zdołali przeżyć, wskakiwali do rzek, aby się obmyć z niewidzialnej trucizny niosącej śmierć. Czy powyższy opis możemy uznać za fantazję starożytnych mieszkańców Ziemi? Zapewne tak, gdybyśmy treść Mahabharaty rozważali przed rokiem 1945. Wówczas nie znaliśmy skutków użycia broni jądrowej, skażenia radioaktywnego, bólu i cierpienia po użyciu takiej broni, co nas mogło wtedy usprawiedliwiać. Ludzie, którzy przeżyli zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki opisywali tamtejszą scenerię identycznie znaczeniowo, lecz z użyciem innego słownictwa. Starożytni nazywali rzeczy po imieniu, ale tak, jak to rozumieli. Wzorem Boga nie gram w kości i nie wierzę w przypadki. Podobieństwa widzi każdy, ale za wszelką cenę bronimy się uznać, że tysiące lat przed nami istniała cywilizacja, która sięgnęła szczytu cywilizacji do tego stopnia, że zgromadzony arsenał wojenny posłużył do samozagłady. W Indiach, gdzie miała odbywać się opisana w Mahabharacie nuklearna wojna bogów, można znaleźć zgliszcza budowli, które dosłownie uległy stopieniu. Znane jest dziś starożytne miasto Mohendżo Daro (Wzgórze Umarłych), które również w dużej części uległo nie tyle spaleniu, ile stopnieniu. Liczniki Geigera wskazały, że teren wokół Mohendżo Daro jest bardziej napromieniowany, niż Hiroszima. Znajdowane szczątki ludzkie świadczą o tym, że zwłoki nie zostały pochowane w tradycyjny sposób, ale śmierć dosięgła ich nagle. David W. Davenport, współautor książki "Atomowa zagłada 2000 lat p.n.e.", na podstawie stopionej na szkło gliny stwierdził, że większość budynków została spalona w temperaturze powyżej 5 tys. stopni Celsjusza. Czy potrzeba nam więcej dowodów? Być może... "Indie oczywiście od dawna mają bombę atomową oraz różne środki do jej przenoszenia. Indyjski projekt jest bardziej zaawansowany, niż była swego czasu amerykańska budowy broni nuklearnej, gdyż obejmuje antygrawitację, techniki niewidzialności i inne technologie, przy czym najbardziej zdumiewające jest źródło tej wiedzy. Są nimi bowiem hinduskie poematy religijne i opowieści, takie jak Mahabharata, Ramajana i ogólnie Wedy. Dane zaś są pozyskiwane przez uczonych biegłych w sanskrycie i duchownych hinduistycznych, którzy wspomagają zespół ekspertów wojskowo-technicznych". Dr John Kettler Może jednak Sodoma również została zniszczona bronią nuklearną? Ślady są, ale udajemy, że ich nie widzimy. J. Robert Oppenheimer – ojciec bomby atomowej nigdy nie udawał, że inspiracje czerpał z pism wedyjskich. A czego dokonał? Po przeprowadzeniu udanego testu jądrowego Oppenheimer wypowiedział zdanie, zaczerpnięte ze świętej księgi hinduskiej Bhagawadgita: Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów. The war of the gods described in the Mahabharata We think we have created a civilization the world has never seen before. We know there have been lost civilizations on Earth, but we generally consider them primitive. Nothing could be more wrong. It turns out that our civilization is primitive in comparison with the advanced development of past civilizations. Battle of Kurkushetra Battle of Kurkuszetra Photo: Wikimedia The Vedas are the holy books of Hinduism - the oldest group of Sanskrit religious texts, which constituted the entirety of man's knowledge of the world of people and gods at that time. The volume of the Vedas exceeds the Bible several times, but it is not the volume alone that is most important. As we know from the note on The Lies of the Church, the Bible has been modified countless times for the purposes of the imperialism of the Church to such an extent that today it is difficult for an ordinary mortal to find the original source. The Vedas are unique in this respect - in the beginning, information was passed on orally from generation to generation, and since the Vedas were written in the archaic form of Sanskrit, there is a categorical prohibition on modifying the Vedic texts. You do not need to explain to anyone why it is so important. All ancient writings from every corner of the world should be considered not as religious holiness, but as a record of events taking place at a given stage of history. What do the Vedas present to us in this regard, knowing that the events they describe go back thousands of years? Concentrating on the events described in only a few parts, let's not be afraid to call a spade a spade ... Nuclear war of the gods Exaggeration? Indeed, but in a different direction. We know the effects of using nuclear weapons. The weapons used by the feuding parties thousands of years ago are still unavailable to us, because in the Vedic scriptures we find not only the weapon itself, but also the technology that allowed us to wage star wars, in the literal sense of the word. "The drone summoned Arjuna and said: Receive from me this invincible weapon called Brahmasira. But you must promise that you will never use it against man, for if you did, you could destroy the world. If any enemy that is not human attacks you, you can use this weapon to fight him. The puzzling fact here is who was the enemy that was not human? Is man just an eyewitness to the events of an undefined interplanetary war? In general, all religions misuse the word God or gods, but it must be clearly stated here that each religion and each person interprets these words differently. For some, God is the creator of the world, for others the creator of man. According to the epic of Atra-hasis, the human race was created to serve the gods and free them from their work. So maybe the gods were creatures of flesh and blood like their creation - man? An equally interesting topic, but also requiring a separate note. In the Mahabharata we read further: Adwattan took careful aim, then released a glistening projectile, bursting with fire. A shower of fiery arrows fell upon the enemy Pandavas. Dusk fell and a meteor shower rained down from the sky. Roaring winds rose. The clouds piled up to the sky and sent a shower of dust and stones. The sun swirled in the firmament and the earth trembled under the heat of the divine weapons. The elephants burst into flames, the water in the river boiled, killing all living things. Many of them turned to ash. The animals fell to the ground in agony. The sky flashed fiery lightning. The enemy soldiers were engulfed in flames. Thousands of flying war machines fell to the ground on both sides. Gurkha fired one universe-force missile from his flying vimana, destroying the three Vishni and Andak cities. Then a huge pillar of smoke and fire rose, shining like thousands of suns. This one messenger of death incinerated the entire race of Vishni and Andakas. The burned bodies of people were unrecognizable. Their hair and nails were falling out. White birds were falling from the sky. Warriors who managed to survive jumped into rivers to wash themselves of the invisible poison that brought death. Can the above description be considered a fantasy of the ancient inhabitants of the Earth? Probably so, if we had considered the content of the Mahabharata before 1945. At that time, we did not know the consequences of the use of nuclear weapons, radioactive contamination, pain and suffering after using such weapons, which could justify us at that time. People who survived the destruction of Hiroshima and Nagasaki described the scenery there with the same meaning but with different vocabulary. The ancients called things by spade as they understood it. Like God, I don't play dice and I don't believe in coincidences. Everyone can see the similarities, but at all costs we defend ourselves to recognize that thousands of years before us there was a civilization that reached the peak of civilization to such an extent that the accumulated war arsenal was used to self-annihilate. In India, where the nuclear war of the gods described in the Mahabharata was to take place, you can find ruins of buildings that literally did not melt. Today the ancient city of Mohenjo Daro (Hill of the Dead) is known, which was also largely not so much burnt but melted. Geiger counters indicate that the area around Mohenjo Daro is more irradiated than Hiroshima. The human remains that were found testify that the bodies were not buried in the traditional way, but that death reached them suddenly. David W. Davenport, co-author of the book "Atomic Destruction 2000 BC", based on the clay fused to glass that most of the buildings were burnt at temperatures above 5,000 BC. degrees Celsius. Do we need more evidence? Perhaps... "India, of course, has had an atomic bomb for a long time and various means of carrying it. The Indian project is more advanced than the American nuclear-building project in its time, as it involves anti-gravity, invisibility techniques and other technologies, the source of this knowledge being the most astonishing. They are. for they are Hindu religious poems and stories such as the Mahabharata, Ramayana and the Vedas in general. The data is obtained by Sanskrit scholars and Hindu clergymen who are assisted by a team of military-technical experts. " Dr. John Kettler But maybe Sodom was also destroyed with nuclear weapons? There are traces, but we pretend not to see them. J. Robert Oppenheimer - the father of the atomic bomb never pretended to be inspired by the Vedic scriptures. What has he done? After a successful nuclear test, Oppenheimer uttered a sentence taken from the Hindu holy book of the Bhagavad Gita: The brightness of a thousand suns blazing in the sky reflects the power of His might. Now I have become Death, destroyer of worlds. VIMANAS - ANCIENT AIRPLANES
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: Odkrycie Masowego Grobu 215 dzieci pierwszego narodu Kanady rzuca światło na niewygodne prawdy. Artykuł dosyć długi, ale proszę przeczytać do końca. Chciałam skrócić, ale nie widzę rzeczy, które mogłabym pominąć. Brzydkie prawdy, które niektórzy woleli trzymać w ciemności, zostały wyciągnięte na światło dzienne, gdy w tym miesiącu w Kamloops BC odkryto masowy grób 215 dzieci za pomocą radaru penetrującego ziemię. Kontrowersyjne znalezisko wstrząsnęło całą społecznością światową i zaowocowało oficjalnymi wezwaniami ekspertów ONZ ds. praw człowieka, aby zarówno ONZ, jak i Stolica Apostolska podjęły dochodzenia w sprawie tych i innych okrucieństw popełnionych przez rząd kanadyjski, którego kontrolowana przez Kościół Katolicki Federalna Szkoła Mieszkaniowa przeprowadziła śledztwo. 150 000 dzieci Rdzennych w 130 szkołach w latach 1831-1970. Wiele z tych dzieci zostało bezdusznie wyrwanych ze swoich domów i pozbawionych możliwości mówienia w ich ojczystych językach, spotykania się z rodziną lub praktykowania swoich zwyczajów w ramach wielopokoleniowego programu asymilacji, mającego na celu złamanie „kultury dzikusów”, jak to zostało szczegółowo opisane przez "ojca założyciela" Kanady i arcyrasiste John A. Macdonald. Eksperci ONZ ds. praw człowieka wezwali 4 czerwca do pełnego wdrożenia wszystkich zaleceń Komisji Prawdy i Pojednania (TRC) dotyczący ludobójstwa kulturowego popełnionego na rdzennych narodach Kanady przez rząd federalny i katolików. Podczas siedmioletniego badania przeprowadzonego przez komisję ujawniono, że było 3200 potwierdzonych przypadków zgonów dzieci (jednak nie istnieją żadne dane o przyczynach zgonów), podczas gdy były przewodniczący TRC Murray Sinclair doszedł do wniosku, że rzeczywista liczba jest bliższa 6000. Wśród ich obszernych wywiadów ze społecznościami Rdzennych Narodów Komisja znalazła dziesiątki tysięcy doniesień o torturach, przemocy seksualnej i innych przestępstwach popełnianych przez nadzorców systemu szkół rezydenckich. Jest to oczywiście żenujące dla narodu, który przyzwyczaił się do sygnalizowania „oświeconych” cnót, często jako pierwszy potępiający rzekome przypadki usankcjonowanego przez rząd ludobójstwa i łamania praw człowieka wobec narodów takich jak Libia, Syria i ostatnio Chiny. Konsekwencje kanadyjskiego liberalnego, obłudnego potępienia złego zachowania innych narodów wobec ich grup mniejszościowych zaowocowały poparciem Kanady dla aktów wojny, takich jak sankcje, rozpowszechniania dezinformacji, która często ignoruje rolę zachodnich agencji wywiadowczych w sercu wielu operacje – zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie – i doprowadziły nawet do bezpośredniego bombardowania narodów z powrotem do epoki kamienia łupanego z pełnym poparciem liberalnych imperialistów w kanadyjskiej strukturze władzy. Kiedy takie wzorce liberalnego oświecenia, jak premier Trudeau, wylewają krokodyle łzy nad nadużyciami popełnianymi wobec Pierwszych Narodów na przestrzeni dziesięcioleci – a obecna sytuacja masowych grobów nie jest wyjątkiem – jest to często podejmowane ze sporą dozą błędnych wskazówek i fałszu . Na przykład język słyszany przez cnotę sygnalizującą politykom sugeruje, że te niesprawiedliwości należą do przeszłości, a nowa „normalność” wiąże się z nadwrażliwością i szacunkiem dla rdzennych narodów. Jednak dowody wskazują na zupełnie inną historię, ponieważ rodziny Pierwszego Narodu są nadal rozdzierane, a ponad 52% kanadyjskich dzieci objętych opieką zastępczą to rdzenni mieszkańcy, a wskaźniki samobójstw wśród tubylców są trzykrotnie wyższe niż średnia krajowa. W rezerwatach Kanady przez ostatnie 50 lat utrzymywane były stany wymuszonej przez rząd stagnacji i izolacji, co pozbawiło te grupy mniejszościowe jakiegokolwiek prawdziwego rozwoju gospodarczego w ramach nowoczesnej polityki „ludzkiego masztu flagowego” . Ten program socjotechniczny, oficjalnie nazwany „Arctic Re-Allocation Project” został unowocześniony w latach 1952-1958 i był świadkiem odesłania setek rodzin rdzennych mieszkańców do „swoich naturalnych ekosystemów” w Arktyce, mimo że zasymilowali się z przemysłowym paradygmatem gospodarczym przez kilka pokoleń i zapomnieli o wielu swoich umiejętnościach łowiecko-zbierackich, co doprowadziło do wielu zgonów. Program ten został szerzej przyjęty, gdy w latach siedemdziesiątych zakończył się reżim asymilacji i narzucono nową politykę manipulacyjną pasującą do postindustrialnego paradygmatu. . Do dziś 61 rdzennych społeczności nie ma dostępu do czystej wody ani federalnej ochrony regulacyjnej infrastruktury. Przedstawiciel Human Rights Watch komentuje: „Jeśli jesteś gdziekolwiek indziej w Kanadzie i odkręcasz kran, chronią Cię przepisy dotyczące bezpiecznej wody pitnej. Jeśli mieszkasz w rezerwacie, takie przepisy nie istnieją. Nie ma bezpiecznej ochrony wody pitnej.” Społeczności tubylcze często dryfują bez poczucia przyszłości i możliwości ekonomicznych, cierpiąc na trzykrotnie większą śmiertelność niemowląt niż średnia krajowa, 11% wszystkich zgonów związanych z opiatami (mimo że stanowią one tylko 2,6% populacji) i 47% rodzimych dzieci życie w ubóstwie . Społeczności Eskimosów odnotowują najgorsze statystyki z 11 razy większą liczbą samobójstw niż średnia krajowa. Aż do zeszłego roku szpitale BC nadal prowadziły rejestr „alertów narodzin”, aby mieć oko na wszystkie rodzime rodziny, które mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci. Chociaż to miłe, że zatwierdzono rejestr o wartości 33 milionów dolarów w celu wyśledzenia innych przypadków nadużyć – z których większość będzie skierowana do rodzin bezpośrednio dotkniętych nadużyciami Kamloops, rząd federalny pokazuje swoje prawdziwe oblicze, walcząc z tysiącami ofiar rdzennych mieszkańców w sąd, który broni kanadyjskiego Trybunału Praw Człowieka, który orzekł, że każda z 50 000 ofiar ma prawo do odszkodowania w wysokości 40 000 USD, każda zabrana z domu i nieobjęta ochroną socjalną. Fakty pokazują, że niesprawiedliwości z przeszłości nie zniknęły, a jedynie zmieniły formy w ciągu ostatnich dziesięcioleci i nadal zniekształcają i traumatyzują w mniej rozumianych trybach do dnia dzisiejszego. Czy ostateczna prawda i sprawiedliwość zostaną ujawnione poprzez udział ONZ lub Watykanu w poważnym śledztwie w sprawie przeszłych i obecnych zbrodni kanadyjskiego rządu, czy też ślepe oczy będą nadal odwracane, gdy przeszłe szkielety są trzymane w nieoznaczonych grobach? Czas pokaze.,,, The discovery of the Mass Grave of 215 children of Canada's first nation sheds light on uncomfortable truths. The article is quite long, but please read to the end. I wanted to cut it short, but I don't see things that I should miss. The ugly truths that some preferred to keep in the dark were brought to light when a mass grave of 215 children was discovered in Kamloops BC this month using ground-penetrating radar. The controversial find shocked the entire world community and resulted in official calls from UN human rights experts for both the United Nations and the Holy See to investigate these and other atrocities committed by the Canadian government, which the Catholic Church-controlled Federal Housing School has investigated. 150,000 indigenous children in 130 schools between 1831-1970. Many of these children were heartlessly ripped from their homes and deprived of the ability to speak their native languages, meet their families or practice their customs as part of a multi-generational assimilation program designed to break the "savage culture" as detailed by "the father founder of "Canada and the arch-racist John A. Macdonald. UN human rights experts called on June 4 for full implementation of all Truth and Reconciliation Commission (TRC) recommendations regarding cultural genocide committed against Canada's indigenous peoples by the federal government and Catholics. A seven-year study by the committee revealed that there were 3,200 confirmed cases of child deaths (however, no data existed on the causes of the deaths), while former TRC chairman Murray Sinclair concluded that the actual figure was closer to 6,000. In their extensive interviews with Indigenous Peoples communities, the Commission found tens of thousands of reports of torture, sexual violence and other crimes committed by overseers of the residential school system. This is obviously embarrassing for a nation that has become accustomed to signaling "enlightened" virtues, often first in denouncing alleged cases of government-sanctioned genocide and human rights abuses against nations such as Libya, Syria and more recently China. The consequences of Canada's liberal, hypocritical condemnation of other nations' misbehavior towards their minority groups saw Canada's support for acts of war such as sanctions, spreading disinformation that often ignores the role of Western intelligence agencies at the heart of many operations - especially in Africa and the Middle East - and led to even to directly bombard the nations back to the Stone Age with the full support of the liberal imperialists in the Canadian power structure. When patterns of liberal enlightenment such as Prime Minister Trudeau shed crocodile tears over the abuses committed against the First Nations over the decades - and the current mass grave situation is no exception - it is often undertaken with a fair amount of misleading and falsehood. For example, the language heard by virtue signaling politicians suggests that these injustices are a thing of the past, and that the new "normality" implies oversensitivity and respect for indigenous peoples. However, the evidence points to a completely different story as First Nation families are still torn apart, with over 52% of Canadian children in foster care being Indigenous, and indigenous suicide rates three times the national average. Canada's reservations have maintained states of government-enforced stagnation and isolation for the past 50 years, depriving these minority groups of any real economic development under modern "human flagship" policies. This social engineering program, officially dubbed the "Arctic Re-Allocation Project", was modernized between 1952 and 1958 and saw hundreds of indigenous families being returned to "their natural ecosystems" in the Arctic, even though they had assimilated into the industrial economic paradigm for several generations and had forgotten with many of their hunter-gatherer skills, leading to many deaths. This program was adopted more widely when the assimilation regime ended in the 1970s and a new manipulative policy was imposed that fit the post-industrial paradigm. . To date, 61 indigenous communities have no access to clean water or federal regulatory infrastructure protection. A representative of Human Rights Watch comments: “If you're anywhere else in Canada and you turn on a faucet, you are protected by safe drinking water laws. If you live in a reserve, such rules do not exist. There is no safe drinking water protection. " Indigenous communities often drift with no sense of future or economic opportunity, suffering three times the infant mortality rate than the national average, 11% of all opiate-related genes (even though they represent only 2.6% of the population) and 47% of native children live in poverty. Inuit communities have the worst statistics with 11 times more suicides than the national average. Until last year, BC hospitals continued to maintain a registry of "birth alerts" to keep an eye on all native families who might pose a risk to their children. While it's nice that a $ 33 million registry has been approved to track other cases of abuse - most of which will target families directly affected by the Kamloops abuses, the federal government is showing its true face by battling thousands of indigenous victims in a court that defends Canadian The Human Rights Tribunal has ruled that 50,000 victims are each entitled to $ 40,000 in compensation, each removed from home and without social protection. The facts show that the injustices of the past have not disappeared but have only changed forms over the past decades and continue to distort and traumatize in less understood modes to this day. Will the ultimate truth and justice be revealed through the participation of the United Nations or the Vatican in a serious investigation into the Canadian government's past and present crimes, or will blind eyes continue to be turned away as past skeletons are kept in unmarked graves? Time will tell.,,,
: Data Publikacji.: 08-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025