Nadmi
- Kraj:Polska
- : Język.:deutsch
- : Utworzony.: 06-10-15
- : Ostatnie Logowanie.: 31-01-26

: Opis.: Skarby, wikińscy wojownicy i legenda Wolina. Czy Jómsborg naprawdę istniał? Świat wikingów ma w sobie coś tajemniczego i pierwotnego, co fascynuje i pociąga nas od dawna, a w ostatnich latach przeżywa prawdziwy popkulturowy renesans. Od popularnych seriali "The Last Kingdom" czy "Wikingowie" z Travisem Fimmelem w roli legendarnego wodza Ragnara Lodbroka, przez Thora regularnie machającego Mjolnirem i jego "pobratymców" w uniwersum Marvela, po wirtualne potyczki w "Assassin's Creed: Valhalla" czy jednej z najlepszych gier wideo w historii, czyli God of War. A co jeśli powiem wam, że nie potrzebujecie wcale wirtualnych mediów, żeby na własnej skórze poczuć prawdziwy klimat wikingów? Bo choć brzmi to niewiarygodnie, wikingowie dwukrotnie zawitali na ziemie, które dziś nazywamy Polską i to nie jako przelotni goście. Pierwsza fala ich obecności przypada na przełom VIII i IX wieku, kiedy to wikińskie łodzie przybiły do wybrzeży Bałtyku. Niedaleko dzisiejszego Elbląga powstała wówczas osada Truso - tętniący życiem port handlowy, będący jednym z ważniejszych punktów na mapie wikińskich szlaków. Nieco dalej na zachód, w rejonie dzisiejszego Kołobrzegu, rozwinął się zaś kompleks Świelubie-Bardy, który jest kolejnym dowodem na to, że wikingowie nie tylko handlowali i grabili, ale też osiedlali się na stałe. Perły, srebro i inne kosztowności. Wielkie odkrycie z czasów wikingów Jómsborg, czyli nordycka Sparta? Druga fala nordyckiej ekspansji nadeszła około połowy X wieku i skupiła się na okolicach wyspy Wolin, która według średniowiecznych przekazów skrywa wiele wikińskich skarbów będących pozostałościami po mitycznej twierdzy nordyckich wojowników, Jómsborg. Miała ona powstać w celu ochrony duńskich wpływów w kraju Słowian - pierwszy napływ wikingów miał wprawdzie miejsce, gdy jeszcze nie istniał, ale drugi przypada już na rządy Mieszka I. Warto tu zaznaczyć, że źródła różnią się w niektórych kwestiach dotyczących Jomswikingów, bo o nich właśnie mowa, dlatego wyróżnia się dwie wersje tradycji. Według starszej założycielem Jómsborga miał być król Harald Sinozęby, a według nowszej legendarny jarl Palnatoki. Obie zgadzają się jednak co do tego, że miejsce to zamieszkiwali elitarni wojownicy wyznający surowy kodeks - nie wolno im było okazywać strachu, brać udziału w prywatnych waśniach, ani przynosić wstydu braciom broni. Brzmi zbyt pięknie, literacko wręcz? Tak samo myśli część współczesnych historyków, którzy przekonują, że Jómsborg jest jedynie literackim tworem i próbą budowania wikińskiego mitu idealnych wojownikach. Słowianie na drodze do Biznacjum Inni twierdzą jednak, że Jómsborg istniał naprawdę i skłaniają się ku wersji, że stanowił bazę wypadową wikińskich wypraw nad Morze Czarne. To właśnie bogactwa świata bizantyjskiego miały kusić wojowników z Północy, ale żeby do nich dotrzeć, koniecznie było korzystanie z systemów rzecznych Europy Wschodniej, a co za tym idzie odpowiednie "relacje" z lokalnymi społecznościami. Źródła mówią, że celem wojowników rezydujących w osadzie były zbrojne starcia i najazdy, które doprowadziły do opanowania regionu i w konsekwencji powstania grodu, który z czasem stał się rozległym miastem z fortecą i dużym portem, strzegącym duńskiego panowania nad podbitymi terytoriami. Dowody? Badacze bez większych sukcesów szukają ich od dziesięcioleci (próbowali nawet naziści!), ale w ostatnich latach temat znów wrócił na naukowe salony. Najpierw za sprawą Curmsun Disc, czyli krążka o średnicy 4,5 cm z inskrypcjami wspominającymi króla Halalda Sinozębego jako władcę Duńczyków, Skanii i twierdzy Jomsborg, który uczennica polskiego pochodzenia pokazała nauczycielowi w Szwecji. Znajdujący się w posiadaniu jej rodziny obiekt miał zostać odnaleziony w latach 1840-42 jako część wikińskiego skarbu odkrytego w kryptach piwnicznych zrujnowanego kościoła w miejscowości Wiejkowo na Pomorzu, wówczas należącym do Prus, a dziś terenie gminy Wolin. Odkrycie grobu Haralda Sinozębego. Przedwczesna ekscytacja Duński król pochowany w polskiej wsi? Nowe odkrycie archeologów Curmsun Disc i Gesta Wulinensis Lokalizacja ta znajduje się tuż na wschód od rzeki Dziwna, w pobliżu miejsca, gdzie miał znajdować się Jomsborg. Tyle że środowisko naukowe ma poważne wątpliwości co do jego autentyczności, zwłaszcza że nie przypomina on żadnego znanego artefaktu z epoki wikingów (nosi raczej cechy bizantyjskich monet i pieczęci), a precyzyjne datowanie złotych przedmiotów jest niemożliwe. Według numizmatyka, dr. hab. Mateusza Boguckiego, prof. IEA PAN, krążek jest falsyfikatem i wytworem XVIII-XIX w. miłośników historii starożytnej. Drugim znaleziskiem jest kontrowersyjna kronika Gesta Wulinensis ecclesiae pontificum, a konkretniej notatki rzekomo opracowane na podstawie tego nieznanego źródła opisującego dzieje chrześcijaństwa na Pomorzu od X do XII w. i podającego dokładne współrzędne Jómsborga, nieopodal miejscowości Paprotno na wyspie Wolin. Odkryli je w Szwecji pod koniec 2019 r. w archeolog Sven Rosborn oraz Tomasz Sielski - członek rodziny będącej w posiadaniu Curmsun Disc, co z miejsca zapaliło lampki ostrzegawcze. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym przypadku każdy rozgłos się przydaje, bo skłania kolejne instytucje do wzmożonych prac archeologicznych w okolicy. Jómsborg istniał, ale trochę w innym miejscu Wystarczy tylko wspomnieć, że w 2021 roku archeolog dr Wojciech Filipowiak z Pracowni Archeologicznej przy Ośrodku Archeologii Średniowiecza Krajów Nadbałtyckich przeprowadził kampanię prewencyjnych wykopalisk archeologicznych na terenie, który wkrótce zostanie zabudowany. Ujawniły one liczne pochówki oraz zwęglone ślady drewnianych konstrukcji, które jego zdaniem są śladami wypalonego wału obronnego z X wieku, świadczącego o obecności na tym miejscu ufortyfikowanego grodu wyposażonego w faktorię handlową, czyli dowodem istnienia Jomsborga. Tyle że nie w samym Wolinie, ale na Wzgórzu Wisielców położonym na południe od Wolina, na wzniesieniach nad Dziwną. To rezerwat archeologiczny z cmentarzyskiem kurhanowym z VIII lub IX wieku, gdzie w okresie średniowiecza odbywały się publiczne egzekucje, od których wzięła się nazwa miejsca. (...) na całej dokumentacji zgromadzonej przez społeczność naukową, dzięki tym różnym wykopaliskom, opieram swoje twierdzenie, że istnieje szansa, że Jomsborg nie został założony w Wolinie, jak do tej pory sądzili historycy, ale w pobliżu I choć w późniejszej rozmowie z New York Times, na którą powołuje się National Geographic, zaznacza, że nie można jeszcze z całą pewnością stwierdzić, iż odkryte przez niego ślady fortu są związane z legendarną osadą, to bardzo chciałby, żeby tak było: "Debata na temat lokalizacji Jomsborga lub tego, czy naprawdę istniał, toczy się od wielu lat. Mam nadzieję, że pomogę ją zakończyć. I wygląda na to, że faktycznie będzie miał okazję, bo w okresie 2025-2027 wyspa Wolin ponownie stanie się punktem centralnym zainteresowania naukowców z całej Europy. Wspólny projekt badawczy Instytutu Archeologii i Etnologii PAN oraz Uniwersytetu Aarhus w Danii ma na celu rozwikłać tajemnice legendarnej twierdzy i sprawdzić, jak głęboko sięga nordycko-słowiańskie dziedzictwo tej ziemi. To właśnie z tej współpracy może narodzić się odpowiedź na pytanie, które przez lata dzieliło historyków… czy Jomsborg istniał naprawdę? Ale zanim się dowiemy, możemy wybrać się na wyspę Wolin, żeby podziwiać znalezione w okolicy wikińskie biżuterię, srebro i artefakty, a nawet całą "wioskę wikingów" od 2003 roku prowadzoną przez stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów "Wolin-Jomsborg-Vineta". Mało? W dniach 31 lipca-3 sierpnia 2025 r. na terenie wyspy odbywa się doroczny Festiwal Słowian i Wikingów, gdzie czekają pokazy dawnego rzemiosła, walki, a także degustacje średniowiecznego jedzenia, które pozwolą choć na chwilę wskoczyć w buty nordyckiego wojownika. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jomsborg Jomsborg – legendarna osada wikingów u ujścia Odry. Pojawia się w źródłach z XII—XIII wieku, ale niektórzy historycy podważają wiarygodność sag skandynawskich jako źródeł historycznych. Najpełniejszy przekaz o Jomsborgu zawiera anonimowa Jómsvikingasaga z początku XIII wieku. Powstanie osady Nie jest jasne, kiedy miała powstać osada ani kto był jej założycielem. Prawdopodobnie o Jomsborgu pisał Adam z Bremy, kiedy opisywał osadę Jumne. Część źródeł, takich jak: Fagrskinna, Knytlinga saga i Saxo Gramatyk, wskazują na króla Danii Haralda Sinozębego, z namiestnictwa którego Jomswikingami dowodził Szwed Styrbjörn. Z kolei Jómsvikinga saga, Saga o Olafie Tryggvasonie i Eyrbyggja saga sugerują jarla Palnatokiego, który miał otrzymać w tym celu ziemię od władcy słowiańskiego Burysława. Ponieważ teksty te powstały w drugiej połowie XIII wieku i zawierają wiele podobieństw do Jómsvikingasagi, przyjmuje się, że była ona źródłem informacji dla ich autorów. Natomiast rozbieżności dotyczące założyciela Jomsborga mogą wynikać z tego, iż opierano się na jednej z młodszych wersji Jómsvikingasagi, która swoje źródło mogła mieć w jednym z wcześniejszych, dziś zaginionych tekstów. Z kolei Fagrskinna czy Knytlinga saga wzorują się na najstarszej, niezachowanej do dziś wersji Jómsvikingasagi, która wskazywała Haralda Sinozębego jako założyciela Jomsborga. Wszystkie źródła mówią natomiast o bardzo podobnym motywie założenia osady, którym miały być zbrojne starcia i najazdy wymierzone w Słowian. Wyprawy te doprowadziły do opanowania Vindlandu i w konsekwencji do powstania grodu, który początkowo funkcjonować miał jako wojskowy obóz. Według sag Jomsborg stał się z czasem rozległym miastem z fortecą i dużym portem, przy którym znajdowała się kamienna wieża z katapultami. Najstarsze zapiski mówią, że port mógł pomieścić trzy statki, ale w późniejszych tekstach jest wzmianka o 360 okrętach. Osadę zamieszkiwała zbrojna grupa wojowników zwana Jomswikingami, która miała za zadanie strzec duńskiego panowania nad okolicznym terytoriami. O jej kształcie i działaniach decydował zarządzający grodem jarl. Z czasem Jomswikingowie zaczęli podbijać także sąsiednie ziemie oraz najeżdżać wybrzeża Danii i Norwegii. Ostateczny kres ich działalności położył w XI wieku Magnus Dobry, który najechał i zniszczył Jomsborg. Z Jomsborgiem łączy się także postać norweskiego króla Olafa Tryggvasona, który miał tam spędzić trzy lata. Badania archeologiczne Pierwsze badania archeologiczne przeprowadzili na Wolinie w latach 30. XX wieku badacze niemieccy pod przewodnictwem K.A. Wildego. Po II wojnie światowej wykopaliskami zajęli się polscy archeolodzy, którzy odkryli „kompleks miejski” z częścią handlową, przystanią portową oraz cmentarzyskiem. Według archeologów osada powstała na przełomie VIII i IX wieku. Wśród odnalezionych przedmiotów były m.in. elementy uzbrojenia, naczynia ze steatytu, ozdobne amulety, tabliczka z napisem runicznym, fragmenty łodzi oraz drewniany dysk pełniący prawdopodobnie funkcję kompasu. Zobacz też Burysław Truso Wikingowie Wineta Przypisy Aron J. Guriewicz: Wyprawy wikingów. Warszawa: Wiedza Powszechna, 1969, s. 74. Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian. Poznań: Rebis, 2007, s. 86-87. ISBN 978-83-7301-973-7. T. D. Kendrick: A History of the Vikings. Courier Dover Publications, 2004, s. 179. ISBN 978-0-486-43396-7. (ang.). J. Megaard. Studier i Jómsvikinga sagas stemma. Jómsvikinga sagas fem redaksjoner sammenlignet med versjone i Fagrskinna. Jómsvikingadrápa, Heimskringla og Saxo. „Arkiv for Nordisk Filologi”. 15, s. 152-182, 2000. Hans Ræder, Jørgen Olrik: Saxonis Gesta Danorum. Levin & Munkesgaard, 1931, s. 271. R. Chartrand, Magnus Magnusson, Ian Heath, Mark Harrison, Keith Durham: The Vikings: Voyagers of Discovery and Plunder. Osprey Publishing, 2006, s. 90. ISBN 1-84603-087-0. (ang.). Tomasz Ważny, Dieter Eckstein. Dendrochronologiczne datowanie wczesnośredniowiecznej słowiańskiej osady Wolin. „Materiały Zachodniopomorskie”. 33, s. 147-159, 1987. B. M. Stanisławski. Dysk drewniany z Wolina, jako kompas słoneczny- następny krok w badaniach nad wczesnośredniowieczną nawigacją. „Materiały Zachodniopomorskie”. 46, s. 157-176, 2000.
: Data Publikacji.: 07-01-26
: Opis.: 20250804 AD. Chcieli po cichu manipulować pogodą. Wielka afera o tajny eksperyment. Tajny projekt przyciemniania Słońca ujawniony © Provided by Spider's Web Czy próbując uratować Ziemię, ryzykujemy jeszcze większą katastrofą? Ujawniono plany amerykańskich naukowców, którzy chcieli przetestować technologię przyciemniania słońca nad ogromnym obszarem oceanu. Eksperyment wywołuje skrajne emocje i oskarżenia o brak transparentności. Tajny projekt ujawniony przez media pokazuje, jak blisko jesteśmy granicy między ratowaniem klimatu a igraniem z naturą. Jak miał wyglądać tajny eksperyment nad Pacyfikiem? Jak czytamy na łamach Futurism, naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego przy współpracy z firmą SilverLining oraz organizacją SRI International przez ostatnich kilka lat pracowali nad testem, który obejmowałby aż 10 tys. km² powierzchni. Jego głównym celem miało być wprowadzenie do atmosfery cząstek rozjaśniających chmury, co zwiększyłoby ich zdolność odbijania promieni słonecznych, a tym samym mogłoby prowadzić do lokalnego spadku temperatury. Eksperyment miał zostać przeprowadzony nad wodami u wybrzeży Ameryki Północnej, Chile lub południowej Afryki. Ważną rolę w procesie odgrywać miało tzw. rozjaśnianie chmur morskich, czyli technologia polegająca na rozpylaniu w atmosferze aerozoli odbijających światło. Alameda jako poligon doświadczalny Zanim jednak projekt osiągnąłby pełną skalę, naukowcy planowali niewielki test pilotażowy w Alamedzie w Kalifornii. Na ich drodze stanęły jednak lokalne władze, które nie zostały uprzedzone o planowanych działaniach. Pracownicy naukowi tłumaczyli, że nie zamierzali zmieniać pogody ani klimatu, lecz jedynie chcieli przetestować technologię na bardzo ograniczonym obszarze. Eksperci, m.in. prof. Sikina Jinnah z Uniwersytetu Kalifornijskiego, skrytykowali brak zaangażowania społeczności lokalnych w proces decyzyjny. Ich zdaniem tak duży projekt powinien od samego początku być przejrzysty i dokładnie przekonsultowany społecznie. Polityczne bagno i teorie spiskowe Temat geoinżynierii, czyli wielkoskalowej modyfikacji pogody, od dawna budzi kontrowersje i emocje. Krytycy wskazują, że skutki takich eksperymentów mogą być nieprzewidywalne, a manipulowanie klimatem to igranie z klimatyczną równowagą. Pomysł przyciemniania słońca jest też zapalnikiem dla wielu teorii spiskowych, nawet wśród polityków. Administrator Agencji Ochrony Środowiska USA, Lee Zeldin, rozważał zapisy legislacyjne dotyczące tzw. chemtrails (smug chemicznych), które opierałyby się głównie na obalanych przez naukowców teoriach spiskowych. Chińczycy mają dość suszy. Będą modyfikować pogodę Pomimo krytyki zwolennicy badań nad technologiami chłodzenia klimatu przekonują, że nie możemy zamykać się na żadne zaproponowane rozwiązania, które uspokoiłyby nasz klimat. Kryzys klimatyczny postępuje znacznie szybciej, niż wdrażana jest polityka dekarbonizacji, dlatego powinniśmy rozważać nawet najbardziej radykalne środki.
: Data Publikacji.: 06-01-26
: Opis.: Zmęczenie, którego nie wolno lekceważyć. Tak objawia się nocna napadowa hemoglobinuria. Nie ma energii, czuje się ospała, szybko się męczy i to bez wyraźnego powodu. Przez otoczenie taka osoba jest często postrzegana jako leniwa, pozbawiona ambicji i ślamazarna. Taki opis przytaczają pacjenci, którzy otrzymali diagnozę - nocna napadowa hemoglobinuria. Co roku w Polsce słyszy ją 20 osób, czyli jedna na milion. Zwykle są młode i mają masę planów na przyszłość. Nazwa "nocna napadowa hemoglobinuria" (PNH) pochodzi od charakterystycznego objawu choroby, czyli ciemnego moczu, który może pojawiać się szczególnie po nocy. "Napadowa" odnosi się do tego, że objawy mogą występować okresowo, a "nocna" sugeruje, że hemoliza (rozpad krwinek czerwonych) i związana z nią hemoglobinuria (obecność hemoglobiny w moczu) mogą być bardziej nasilone w nocy. Jest chorobą genetyczną, ale nie dziedziczną – to nabyty defekt krwiotwórczej komórki macierzystej, powstały w wyniku mutacji genu PIGA na chromosomie X. Mutacja ta prowadzi do niedoboru substancji (GPI), która normalnie zabezpiecza krwinki przed atakiem układu odpornościowego. W efekcie czerwone krwinki są niszczone w naczyniach krwionośnych, co powoduje tzw. wewnątrznaczyniową hemolizę (przedwczesny i nieprawidłowy rozpad krwinek czerwonych). Wynika ona z nieprawidłowego działania tzw. układu dopełniacza. To system ok. 50 białek występujących w osoczu i na powierzchni komórek. Zanim osoby chore na nocną napadową hemoglobinurię (PNH) otrzymają trafną diagnozę, mijają zwykle długie miesiące, a nierzadko nawet lata. Z raportu „Sytuacja chorych na nocną napadową hemoglobinurię w Polsce. 2023”, wynika, że u około jednej trzeciej pacjentów rozpoznano chorobę po roku od pojawienia się pierwszych objawów, a co dziesiąty musiał czekać na diagnozę aż trzy lata. PNH jest trudna do rozpoznania, ponieważ często daje niespecyficzne symptomy, a do tego należy do chorób ultrarzadkich. Jednym z najczęstszych objawów PNH jest anemia, obecna u niemal wszystkich pacjentów w chwili rozpoznania. Związane z nią dolegliwości to przede wszystkim: silne zmęczenie, osłabienie, duszność, przyspieszona akcja serca (tachykardia) oraz zmniejszona tolerancja wysiłku. Wynikają one z niedoboru czerwonych krwinek, które u osób z PNH są niszczone przez układ odpornościowy. Wielu hematologów – nie wspominając o lekarzach podstawowej opieki zdrowotnej – może nigdy nie zetknąć się z nią w swojej praktyce. W efekcie pacjenci słyszą liczne błędne diagnozy, takie jak nowotwór płuc, małopłytkowość, nadczynność śledziony, żółtaczka czy białaczka. Aż 75% chorych musiało skonsultować się z co najmniej dwoma specjalistami, zanim postawiono właściwe rozpoznanie. PNH to niebezpieczna choroba o wysokiej śmiertelności. Średni czas przeżycia z nią wynosi ok. 15 lat, najczęstszą przyczyną zgonu chorych jest zakrzepica; w ciągu 5 lat od diagnozy umiera ok. 35% pacjentów. Rozpoznanie nocnej napadowej hemoglobinurii bywa dużym wyzwaniem, ponieważ objawy tej choroby są niespecyficzne i mogą przypominać inne schorzenia, zwłaszcza z kręgu chorób hematologicznych. Postawienie trafnej diagnozy wymaga nie tylko dokładnego wywiadu lekarskiego, ale również wykonania szeregu badań laboratoryjnych krwi, pozwalających ocenić m.in. poziom hemoglobiny, haptoglobiny, aktywność dehydrogenazy mleczanowej (LDH) oraz wynik bezpośredniego testu antyglobulinowego. Kluczowym, najbardziej precyzyjnym narzędziem diagnostycznym jest jednak cytometria przepływowa (flow cytometry), która pozwala wykryć brak charakterystycznych białek ochronnych na powierzchni czerwonych krwinek. To właśnie ich nieobecność sprawia, że komórki te stają się podatne na niszczące działanie układu odpornościowego, co jest istotą PNH. W leczeniu nocnej napadowej hemoglobinurii stosuje się między innymi przetaczanie krwi oraz leczenie farmakologiczne, w tym przeciwciała monoklonalne. Celem terapii farmakologicznej jest łagodzenie objawów choroby i utrzymanie jej pod kontrolą. - Pacjenci chorujący na PNH czują się zmęczeni, mają okresy, kiedy nawet jeżeli są leczeni, mają przełomy hemolityczne. Równocześnie mają wyzwania logistyczne wynikające z leczenia i tego, że muszą się regularnie pojawiać w ośrodku. Pacjentka spytała mnie, co by było, gdyby wyjechała do pracy za granicę, na przykład na rok? Leczenie wymaga, by regularnie pojawiać się w szpitalu na podanie leku, więc tu byłby duży problem – mówi dr hab. n. med. Joanna Drozd-Sokołowska, hematolog z UCK WUM. - Problemem jest też leczenie osób, które nie kwalifikują się do programu lekowego. U nich np. leczenie inhibitorami przyniosłoby niewielki skutek. Ci pacjenci mają poczucie, że zostają bez leczenia – dodaje specjalistka. Pacjenci z nocną napadową hemoglobinurię mogą być leczeni ekulizumabem, podawanym dożylnie co dwa tygodnie w warunkach szpitalnych lub innym długodziałającym lekiem rawulizumabem, który wymaga stosowania co osiem tygodni, a więc aż czterokrotnie rzadziej niż ekulizumab. W jego przypadku oznacza to sześć-siedem podań rocznie zamiast 26. Lek podskórny, dla kogo? Oprócz leczenia dożylnego jest też leczenie preparatem podawanym podskórnie. Jednak nie jest to opcja dla każdego pacjenta. - Lek podskórny jest refundowany, ale dla pacjentów, którzy mają niedokrwistość na leczeniu lekiem dożylnym. Lek podskórny podaje się dwa razy w tygodniu. Można zagęścić podawanie go co trzeci dzień. Jednak jest to lek, którego podanie trwa dość długo, bo od pół godziny do godziny - wyjaśnia dr hab. n. med. Joanna Drozd-Sokołowska. W leczeniu nocnej napadowej hemoglobinurii pojawiają się nowe, obiecujące kierunki terapeutyczne, choć nie wszystkie są jeszcze dostępne w Polsce. Obok dotychczas stosowanych inhibitorów białka C5 rozwijane są terapie wspomagające, takie jak danikopan, który może dodatkowo wzmacniać działanie standardowych leków. Trwają również prace nad doustnymi formami leczenia – przykładem jest iptakopan, który aktualnie znajduje się w procesie oceny przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Terapie doustne wymagają jednak od pacjentów dużej samodyscypliny, świadomości choroby oraz stałego kontaktu z lekarzem prowadzącym. Na horyzoncie pojawia się również krowalimab – nowy inhibitor C5, który podaje się podskórnie raz na cztery tygodnie w okolice pępka. Lek ten cechuje się łatwym przygotowaniem oraz dobrą tolerancją, bez istotnych działań niepożądanych w miejscu podania.
: Data Publikacji.: 03-01-26
: Opis.: Naukowcy z Case Western Reserve University opracowali nowy typ elastycznego polimeru przewodzącego. Polimer, który nie zawiera szkodliwych wiecznych chemikaliów. 20250801 AD. Materiał nie tylko wykazuje właściwości ferroelektryczne, ale przede wszystkim nie zawiera fluoru, który jest niezwykle szkodliwy dla środowiska. Zdaniem naukowców w przyszłość może zostać zastosowany przy produkcji urządzeń elektrycznych i elektronicznych. To polimer nowej generacji, z którym wcześniej nie mieliśmy do czynienia. W przeciwieństwie do wykorzystywanego obecnie w wielu branżach polifluorku winylidenu, nowy materiał nie zawiera fluoru, dzięki czemu nie zagraża środowisku naturalnemu. Co istotne według autorów badania, aby utrzymać polaryzację elektryczną, nie ma potrzeby wykonywania krystalizacji, czyli zmiany jego stanu skupienia. Oznacza to, że jego produkcja może być mniej energochłonna i bardziej przewidywalna. Właściwości ferroelektryczne pozwalają nowemu polimerowi zachowywać się niczym przełącznik z możliwością odwracania biegunowości pod wpływem pola elektrycznego. Takie zachowanie otwiera drogę do zastosowania go w zaawansowanych układach scalonych, sensorach dotykowych, mikrofonach elastycznych, a nawet goglach VR. Rozwiązanie może być przyszłością branży Najistotniejsza w tym wszystkim ma być elastyczność materiału i zgodność z ludzkim ciałem. W odróżnieniu od sztywnych ceramik, polimery przewodzące oferują lekkość i giętkość. Czyni je to idealnymi także do urządzeń z kategorii elektroniki ubieralnej, np. smartwatchy. Dzięki biozgodności i właściwościom akustycznym materiał może też zostać wykorzystany w ultrasonografii oraz aplikacjach medycznych. Choć materiał wciąż jest na wczesnym etapie badań, a produkcja odbywa się w niewielkich ilościach laboratoryjnych, naukowcy już teraz przewidują jego szerokie zastosowania. Opracowana technologia może w przyszłości zastąpić obecne standardy oparte na PVDF – polimerze, który choć funkcjonalny, jest sporym obciążeniem dla ekosystemu. Dzięki nowemu podejściu inżynierów z Cleveland branża ma szansę na poważny zwrot w stronę zrównoważonej produkcji elektroniki, bez rezygnacji z jej funkcjonalności.
: Data Publikacji.: 03-01-26
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2026