Nadmi
- Kraj:Polska
- : Język.:deutsch
- : Utworzony.: 06-10-15
- : Ostatnie Logowanie.: 31-01-26

: Opis.: To dziwna historia, pełna zagadek, niejasności i przekłamań, która niezmiennie rozpala ciekawość kolejnych pokoleń badaczy. W piątek, 13 października 1307 r., na rozkaz króla Francji Filipa Pięknego aresztowano większość templariuszy francuskich, oskarżając ich o herezję i sodomię. Pięć lat później papież Klemens V bullą „Vox in excelso” rozwiązał zakon. Wielkiego mistrza Jakuba de Molay spalono na stosie w 1314 r. Przez 200 lat, od XII do XIV w. – zgodnie z koncepcją postulowaną przez wielkiego duchowego mistrza tej epoki, Bernarda z Clairvaux – ideologicznie, militarnie i organizacyjnie rozkwitało imperium, które miało stać na straży idei uniwersalizmu Królestwa Bożego: teokratycznej wspólnoty wszystkich chrześcijan zjednoczonych pod przywództwem wikariusza chrystusowego. W tym duchu, obradujący w 1129 r. synod w Troyes przyznał wyłączne zwierzchnictwo nad Zakonem Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona biskupowi Rzymu. 10 lat później papież Innocenty II nadał tej organizacji w bulli „Omne datum optimum” szczególne przywileje terytorialne, organizacyjne i finansowe, których nie posiadała żadna inna organizacja religijna ani świecka. Zdradziecki zamach na templariuszy. Złożona operacja przeciw potężnej formacji Pierwotnym celem opartego na regule cysterskiej zakonu rycerskiego templariuszy miała być ochrona pielgrzymów chrześcijańskich przybywających do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Jednak w stosunkowo krótkim czasie zakon przeobraził się w elitarną formację militarną, ponoszącą główny ciężar walk z Saracenami. Konieczność zapewnienia sprawnej logistyki zaopatrzenia oddziałów bojowych przyczyniła się do gwałtownego rozwoju zaplecza administracyjnego, finansowego i kwatermistrzowskiego. W Ziemi Świętej templariusze zbudowali sześć głównych twierdz, nazywanych castelliami: Atlit (Château Pèlerin), Tortosa (Tartus), Safed, Safita (Chastel-Blanc), Bagras i Toron. Był to jednak zaledwie początek długiej listy warowni Świątyni. Na przełomie XII i XIII w. zakon posiadał ok. 1500 komandorii rozsianych po całej Europie. Tworzyły one doskonale skomunikowaną sieć zamków, twierdz i umocnień, powstałą dzięki licznym nadaniom i darowiznom ziemskim i rozwijającą się dzięki wyrażonym w „Omne datum optimum” zwolnieniom zakonu z obowiązku płacenia dziesięcin wobec Kościoła oraz podatków i ceł wobec władz świeckich. Korzystając z tych prerogatyw, Świątynia uruchomiła pionierski system bankowy. Komandorie stały się najbezpieczniejszymi w owych czasach oddziałami depozytowymi wielkiego europejskiego banku templariuszy, w którym po raz pierwszy w historii zastosowano wygodne czeki podróżne oraz weksle. Mimo że w 1179 r. Kościół potępił działalność pożyczkową, Świątynia zaczęła przeistaczać się z elitarnej formacji militarnej w ponadpaństwowe, potężne i niezwykle wpływowe towarzystwo kredytowe, w którym pożyczki brali. Romantyczny wizerunek rycerza zakonnego walczącego za wiarę powoli przekształcał się w stereotyp lichwiarza, któremu agenci Guillaume’a de Nogareta doprawiali jeszcze rogi sodomity i bałwochwalcy. Templariusz z Tyru zapisał w kronice, że w 1307 r. wielki mistrz zakonu Jakub de Molay niespodziewanie przybył do głównej siedziby Świątyni w Paryżu, aby dokonać inspekcji ksiąg finansowych. Odkrył, że skarbnik Templum, brat Jan de la Tour, bez zgody wielkiego mistrza przebywającego jeszcze wtedy na Cyprze, a za namową generalnego wizytatora Hugona de Pairaud, zgodził się bez należnego zabezpieczenia udzielić królowi Francji kredytu na ogromną kwotę 300 tys. florenów w złocie. Pożyczka ta praktycznie ogołociła skarb zakonny we Francji. Zgodnie z surowymi zasadami zakonu wielki mistrz karnie wydalił Jana de la Tour z zakonu. Za byłym skarbnikiem wstawił się sam król Filip Piękny. Także papież Klemens V z uprzejmą prośbą zwrócił się listownie do Jakuba de Molay o wstrzymanie procedury dyscyplinarnej. Odpowiedź wielkiego mistrza nie pozostawiała złudzeń. De Molay dosłownie wpadł w szał. Krzycząc, że ponad nim i zakonem nie istnieje żadna inna władza prócz boskiej, wrzucił list z papieską pieczęcią do ognia. Wiadomość o tym incydencie przeraziła króla Francji i papieża Klemensa. Znaleźli potwierdzenie swoich obaw, że Świątynia stanowi zagrożenie dla porządku świata, który oni reprezentowali. 13 października 1307 r., z królewskiego rozkazu aresztowano niemal wszystkich templariuszy królestwa Francji pod fałszywymi zarzutami herezji i zdrady. Niecałe pięć lat później, 3 kwietnia 1312 r., sobór w Vienne zatwierdził kasatę zakonu Świątyni. Znamienne, że papież nigdy nie potępił templariuszy. Ścięto drzewo, ale czy nasiona nie zdążyły się rozsiać?
: Data Publikacji.: 12-01-26
: Opis.: Did you know Tesla once built a device so powerful it was nicknamed the “earthquake machine”? It was called the Earth Oscillator. A Resonance Machine That Shook the World In the late 1890s, Nikola Tesla developed a device he believed could demonstrate one of the most powerful and misunderstood forces in physics: mechanical resonance. Known today as the Earth Oscillator, this machine was small in size—but immense in implication. It was not electrical. It did not spark or glow. It pulsed. The Invention Tesla’s Earth Oscillator was a steam-powered mechanical device, no larger than a shoebox, which used a piston and lever system to generate rhythmic impulses. When clamped to a structure, it would begin vibrating at a low amplitude. As it continued, and as Tesla tuned it closer to the structure’s natural frequency, the effect would build—slowly, then violently. This is the essence of mechanical resonance: when frequency aligns, energy accumulates. Tesla’s early demonstrations began as controlled experiments, but they quickly escalated in scale and consequence. The Manhattan Incident One of the most infamous episodes involving the Earth Oscillator occurred at Tesla’s New York City laboratory in the late 1890s. Tesla attached the device to a steel column in his building and began tuning. Within minutes, nearby buildings began to shake. Cracks appeared in plaster. Windows trembled. Panicked citizens spilled into the street, believing an earthquake had struck the city. Police were dispatched. Tesla, realizing the effect had gone too far, smashed the device with a sledgehammer before responders could arrive. In recounting the story, he said: “In a few minutes I could have laid that building flat. And, with a dozen of my oscillators, I could drop the Brooklyn Bridge in short order.” Whether exaggerated or not, the incident served as a visceral demonstration of the Earth Oscillator’s potential. Not a Generator—A Tuning Fork for the Planet Unlike electrical generators, the Earth Oscillator did not produce voltage. It produced force through frequency. Tesla theorized that such a device, scaled and properly tuned, could couple with the Earth itself. He believed mechanical pulses could travel vast distances through the crust—just as seismic waves do. If the oscillator matched the Earth’s natural harmonics, localized energy or communication systems could be activated anywhere on the globe. He called it the beginning of a new class of machines—“vibratory transmitters.” A Tool or a Weapon? Tesla openly admitted the dual nature of the device. It could power machinery or move tectonic plates. He imagined it as a precision demolition tool—capable of bringing down steel bridges or skyscrapers without explosives. “Resonance,” he warned, “can destroy anything if continued long enough.” He also knew it could be weaponized. A scaled version could, in theory, trigger localized seismic activity if geological conditions were right. He emphasized that such a use would be highly irresponsible—but physically plausible. No public record exists of Tesla ever using the device on natural terrain or in warfare-related experiments. However, his own accounts leave little doubt that he saw the danger. Suppression and Legacy The Earth Oscillator never went into production. It was too unpredictable. Too misunderstood. And perhaps, too powerful. In the industrial world’s race toward controllable electrical infrastructure, Tesla’s vibratory experiments were deemed impractical, even dangerous. Funding was redirected. Patents expired. The oscillator was abandoned. Today, no working replica survives. Only diagrams, eyewitness reports, and Tesla’s own words remain. Yet its core principle—that force can be transmitted, amplified, and even weaponized through frequency—continues to echo through the fields of engineering, acoustics, and geophysics. The Earth Oscillator was a frequency machine—simple in form, profound in implication. It revealed that the world is not held together by solidity alone, but by rhythm. That resonance is not an abstract concept—it’s a power source. A tool. A risk. And in Tesla’s hands, it became a momentary glimpse of how the world might be moved—not by force, but by frequency. Tesla PL Czy wiesz, że Tesla zbudował kiedyś urządzenie tak potężne, że nazwano je „maszyną do trzęsień ziemi”? Nazywało się Oscylator Ziemski. Maszyna rezonansowa, która wstrząsnęła światem Pod koniec lat 90. XIX wieku Nikola Tesla opracował urządzenie, które, jak wierzył, mogło zademonstrować jedną z najpotężniejszych i najsłabiej rozumianych sił w fizyce: rezonans mechaniczny. Znany dziś jako Oscylator Ziemski, ten mechanizm był niewielki, ale miał ogromne implikacje. Nie był elektryczny. Nie iskrzył ani nie świecił. Pulsował. Wynalazek Oscylator Ziemski Tesli był urządzeniem mechanicznym napędzanym parą, nie większym niż pudełko na buty, które wykorzystywało układ tłoka i dźwigni do generowania rytmicznych impulsów. Po zamocowaniu do konstrukcji zaczynał wibrować z niską amplitudą. W miarę jak Tesla dostrajał go do częstotliwości drgań własnych konstrukcji, efekt narastał – powoli, a potem gwałtownie. Oto istota rezonansu mechanicznego: gdy częstotliwości się zrównują, energia się kumuluje. Wczesne demonstracje Tesli zaczynały się jako kontrolowane eksperymenty, ale szybko nabrały rozmachu i konsekwencji. Incydent na Manhattanie Jeden z najbardziej niesławnych incydentów z udziałem Oscylatora Ziemskiego miał miejsce w nowojorskim laboratorium Tesli pod koniec lat 90. XIX wieku. Tesla przymocował urządzenie do stalowej kolumny w swoim budynku i zaczął je stroić. W ciągu kilku minut pobliskie budynki zaczęły się trząść. W tynku pojawiły się pęknięcia. Okna zadrżały. Przerażeni mieszkańcy wylegli na ulicę, wierząc, że miasto nawiedziło trzęsienie ziemi. Na miejsce wysłano policję. Tesla, zdając sobie sprawę, że skutki zaszły za daleko, roztrzaskał urządzenie młotem kowalskim, zanim zdążyły przybyć służby ratunkowe. Opowiadając tę historię, powiedział: „W kilka minut mógłbym zrównać ten budynek z ziemią. A mając tuzin moich oscylatorów, mógłbym w mgnieniu oka zawalić Most Brookliński”. Niezależnie od tego, czy wyolbrzymiony, czy nie, incydent ten był dobitnym dowodem potencjału Oscylatora Ziemi. Nie generator — kamerton dla planety W przeciwieństwie do generatorów elektrycznych, Oscylator Ziemi nie wytwarzał napięcia. Wytwarzał siłę za pomocą częstotliwości. Tesla wysunął teorię, że takie urządzenie, odpowiednio skalowane i dostrojone, mogłoby współdziałać z samą Ziemią. Wierzył, że impulsy mechaniczne mogą przemieszczać się na ogromne odległości przez skorupę ziemską — tak jak fale sejsmiczne. Gdyby oscylator dopasowywał się do naturalnych harmonicznych Ziemi, lokalne systemy energetyczne lub komunikacyjne mogłyby zostać aktywowane w dowolnym miejscu na świecie. Nazwał to początkiem nowej klasy maszyn — „przekaźników wibracyjnych”. Narzędzie czy broń? Tesla otwarcie przyznał, że urządzenie ma dwoistą naturę. Mogło zasilać maszyny lub przesuwać płyty tektoniczne. Wyobrażał je sobie jako precyzyjne narzędzie do burzenia — zdolne do burzenia stalowych mostów lub wieżowców bez użycia materiałów wybuchowych. „Rezonans” – ostrzegł – „może zniszczyć wszystko, jeśli będzie trwał wystarczająco długo”. Wiedział też, że można go wykorzystać jako broń. Teoretycznie skalowana wersja mogłaby wywołać lokalną aktywność sejsmiczną, gdyby warunki geologiczne były odpowiednie. Podkreślił, że takie użycie byłoby wysoce nieodpowiedzialne – ale fizycznie prawdopodobne. Nie istnieją żadne publiczne zapisy o użyciu tego urządzenia przez Teslę w terenie naturalnym lub w eksperymentach związanych z działaniami wojennymi. Jednak jego własne relacje nie pozostawiają wątpliwości, że dostrzegał zagrożenie. Tłumienie i dziedzictwo Oscylator Ziemi nigdy nie wszedł do produkcji. Był zbyt nieprzewidywalny. Zbyt źle rozumiany. I być może zbyt potężny. W wyścigu świata przemysłowego o kontrolowaną infrastrukturę elektryczną, eksperymenty Tesli z wibracjami uznano za niepraktyczne, a nawet niebezpieczne. Przekierowano finansowanie. Patenty wygasły. Oscylator został porzucony. Do dziś nie przetrwała żadna działająca replika. Pozostały jedynie schematy, relacje naocznych świadków i własne słowa Tesli. Jednak jego podstawowa zasada – że siłę można przekazywać, wzmacniać, a nawet uzbrajać za pomocą częstotliwości – wciąż rozbrzmiewa w dziedzinach inżynierii, akustyki i geofizyki. Oscylator Ziemi był maszyną częstotliwościową – prostą w formie, o głębokich implikacjach. Ujawnił, że świat nie jest spajany wyłącznie przez solidność, ale przez rytm. Rezonans nie jest abstrakcyjną koncepcją – to źródło energii. Narzędzie. Ryzyko. A w rękach Tesli stał się ulotnym przebłyskiem tego, jak świat może być poruszany – nie siłą, a częstotliwością.
: Data Publikacji.: 11-01-26
: Opis.: Anunaki from Nibiru. Hear now, O mortal of a far-off age, the words that were carved upon the tablets of lapis lazuli in the script of the great gods themselves, when the heavens were young and the Igigi still toiled beneath the gaze of the Anunaki. In the time before time was counted, when Tiamat’s waters churned in chaos and sweet Apsû slept in the deep, the star Nibiru, crimson as a lion’s eye, crossed the vault of heaven on its long and solitary road. Upon Nibiru dwelt the Anunaki, the great children of Anu, sky-father whose beard was the star-clusters and whose decree was fate. Anu had two sons of surpassing might: Enlil, Lord of the Command, whose breath is the storm-wind that shatters mountains, and Enki, the cunning Fashioner of Men, master of the sweet waters and keeper of the ME, the tablets of destiny. It came to pass that Nibiru’s path grew cold. Its shield of gold thinned, and the breath of the planet faltered. Then King Anu gathered his council in the Duranki, the Bond of Heaven and Earth, and spoke: “My children, the gold of Earth is needed to mend the heavens. Who will descend to the Lower World and dig the shining metal from the womb of Ki, the dark mother?” The Igigi, the lesser gods, were sent first. Sevenfold they labored in the Abzu, the bitter waters beneath the earth, digging canals, raising dikes, hewing gold with picks of star-metal. For forty periods of the sun they toiled without rest, until their backs were bent and their hearts burned with rage. One night, beneath a moon like a polished sickle, the Igigi cast down their tools and set fire to them. Their captain cried: “We will work no more for the Anunaki! Let them dig their own gold or let Nibiru perish!” The clamor rose to heaven. Enlil, furious, seized his weapon of brightness and would have destroyed the rebels, but wise Enki stayed his brother’s hand. “Slay them not,” spoke Enki, whose eyes are deeper than any sea. “Instead, let us fashion a worker who will bear the yoke in their place.” From the blood of Kingu, the slain champion of Tiamat, and from the red clay of the Abzu, Enki mixed the first lulu, the black-headed people. He bound upon them the image of the gods, yet shortened their days, that they might serve but not rival the Anunaki. Thus were you born, O man of later days: to carry the burden of the gods. Yet Enki loved his creation. When the great flood was decreed by Enlil to wipe clean the noisy multitude, Enki whispered through the reed wall to Ziusudra the Far-Seeing, called Utnapishtim in the tongue of Akkad: “Tear down thy house of cedar, build a ship of many stories, take aboard the seed of every living thing.” And when the seven days of tempest had passed, and Nibiru itself trembled at the wrath of the deluge, Ziusudra emerged upon the mountain of salvation. The Anunaki wept for the ruin they had wrought, and Enlil granted the survivor and his wife the breath of immortality, setting them apart at the mouth of the rivers, where the sun rises. Still does Nibiru wander its lonely ellipse, returning once every shar, three thousand and six hundred of your years. When its crimson light flares anew in heaven, the Anunaki look down upon the works of men, upon the ziggurats that scratch the sky like fingers reaching for lost glory, and they remember the bargain struck in the dawn-time: That mankind should toil, that gold should flow upward, that the breach in heaven be mended again and again. Guard well these words, O child of the black-headed ones. For when next the Heaven-Crosser returns, the gates of Duranki may open once more, and the ancient lords step forth in brightness terrible to behold. So it was written in the House of Life at Nippur, in the days when the gods walked the earth and the fate of worlds hung upon threads of gold. Ia Anu. Ia Enlil. Ia Enki. May the great gods have mercy upon the work of their hands. PL Anunaki z Nibiru Posłuchaj teraz, o śmiertelniku z odległej epoki, słów wyrytych na tablicach z lapis lazuli pismem samych wielkich bogów, gdy niebiosa były młode, a Igigi wciąż trudzili się pod okiem Anunaki. W czasach, zanim czas został policzony, gdy wody Tiamat wzburzyły się w chaosie, a słodki Apsû spał w głębinach, gwiazda Nibiru, szkarłatna jak oko lwa, przecinała sklepienie nieba swoją długą i samotną drogą. Na Nibiru mieszkali Anunaki, wielkie dzieci Anu, ojca nieba, którego brodą były gromady gwiazd, a którego wyrokiem był los. Anu miał dwóch synów o niezrównanej potędze: Enlila, Pana Dowództwa, którego oddech jest burzliwym wiatrem, który kruszy góry, oraz Enki, przebiegłego Stwórcę Ludzi, pana słodkich wód i strażnika ME, tablic przeznaczenia. Stało się, że ścieżka Nibiru oziębła. Jej złota tarcza przerzedziła się, a oddech planety osłabł. Wtedy król Anu zebrał swoją radę w Duranki, Więzi Nieba i Ziemi, i przemówił: „Moje dzieci, złoto Ziemi jest potrzebne, aby naprawić niebiosa. Kto zstąpi do Świata Dolnego i wydobędzie lśniący metal z łona Ki, mrocznej matki?” Najpierw wysłano Igigi, pomniejszych bogów. Siedmiokrotnie pracowali w Abzu, gorzkich wodach pod ziemią, kopiąc kanały, wznosząc groble, tnąc złoto kilofami z gwiezdnego metalu. Przez czterdzieści okresów słońca harowali bez wytchnienia, aż ich plecy się zgięły, a serca zapłonęły gniewem. Pewnej nocy, pod księżycem niczym wypolerowany sierp, Igigi rzucili narzędzia i podpalili je. Ich kapitan zawołał: „Nie będziemy już pracować dla Anunaki! Niech sami wydobywają złoto albo niech Nibiru zginie!”. Wrzawa sięgnęła nieba. Enlil, rozgniewany, chwycił za broń jasności i chciał zniszczyć rebeliantów, lecz mądry Enki powstrzymał rękę brata. „Nie zabijajcie ich” – rzekł Enki, którego oczy są głębsze niż morze. „Zamiast tego stwórzmy robotnika, który poniesie jarzmo w ich miejsce”. Z krwi Kingu, zabitego obrońcy Tiamat, i z czerwonej gliny Abzu, Enki zmieszał pierwszego lulu, czarnogłowego ludu. Przywiązał do nich wizerunek bogów, lecz skrócił ich dni, aby mogli służyć Anunakom, lecz nie dorównywać im. Tak się narodziłeś, człowieku z późniejszych dni: by dźwigać brzemię bogów. A jednak Enki kochał swoje dzieło. Kiedy Enlil zarządził wielką powódź, by zmieść z powierzchni ziemi hałaśliwy tłum, Enki szepnął przez trzcinową ścianę do Ziusudry Dalekowidzącego, zwanego w języku akadyjskim Utnapisztim: „Zburz swój dom z cedru, zbuduj statek o wielu piętrach, zabierz na pokład nasienie każdej żywej istoty”. A gdy minęło siedem dni burzy, a Nibiru zadrżało od gniewu potopu, Ziusudra pojawił się na górze zbawienia. Anunakowie opłakiwali spustoszenie, które wyrządzili, a Enlil obdarzył ocalałego i jego żonę tchnieniem nieśmiertelności, oddzielając ich u ujścia rzek, tam, gdzie wschodzi słońce. Nibiru wciąż wędruje po swej samotnej elipsie, powracając raz na szar, trzy tysiące sześćset waszych lat. Gdy jego szkarłatne światło rozbłyska na nowo na niebie, Anunaki patrzą w dół na dzieła ludzi, na zigguraty, które drapią niebo niczym palce sięgające po utraconą chwałę, i przypominają sobie pakt zawarty o świcie: Że ludzkość będzie się trudzić, że złoto będzie płynąć w górę, że wyrwa w niebie będzie łatana raz po raz. Strzeż dobrze tych słów, o dziecię czarnogłowych. Gdy bowiem następnym razem Przekraczający Niebiosa powróci, bramy Duranki mogą się otworzyć raz jeszcze, a starożytni władcy wystąpią w jasności przerażającej do oglądania. Tak napisano w Domu Życia w Nippur, w czasach, gdy bogowie chodzili po ziemi, a losy światów wisiały na złotych nićch. Ia Anu. Ia Enlil. Ia Enki. Oby wielcy bogowie zmiłowali się nad dziełem swoich rąk.
: Data Publikacji.: 11-01-26
: Opis.: KULTOWA SCENA… ALE BYŁO INACZEJ 20 października 1655 roku doszło do tzw. Umowy Kiejdańskiej. Hetman wielki litewski Janusz Radziwiłł i jego kuzyn koniuszy wielki litewski Bogusław Radziwiłł poddawali pod protekcję Szwecji całe Wielkie Księstwo Litewskie. Henryk Sienkiewicz zrobił z księcia Janusza zdrajcę, ale sprawa wyglądała jednak inaczej. Po pierwsze szlachta litewska wcale nie uznawała tego za zdradę. Kraj był trawiony najazdami moskiewskimi, wojska rosyjskie zajęły już Wilno, Grodno i dużą część wschodniej Litwy, a Korona i jej król Jan Kazimierz jakoś nie kwapili się do pomocy tym bardziej że na Polskę spadł najazd szwedzki. Tu ciekawostka, że choćby młody starosta jaworowski Jan III Sobieski wraz z innymi dowódcami zadeklarowali przyjęcie służby szwedzkiej. Jak wynika z ryciny zamieszczonej w dziele Samuela Pufendorfa, poświęconemu Karolowi Gustawowi, Sobieski składał przysięgę wierności razem ze swoją dywizją 26 października. W polskiej tradycji historycznej XVII wieku okres „potopu szwedzkiego” był czasem dramatycznego upadku państwa, zdrad magnackich i klęski narodowej. Umowa kiejdańska została w tym kontekście potraktowana jako akt jawnej zdrady unii polsko-litewskiej zawartej w Lublinie w 1569 roku. Polscy kronikarze i historycy, od XVII wieku po współczesność, przedstawiali Janusza Radziwiłła jako ambitnego magnata, który — zniechęcony do króla Jana Kazimierza i zawiedziony własną pozycją — postanowił rozbić jedność Rzeczypospolitej. Celem miało być uczynienie z Litwy państwa zależnego od Szwecji, w którym ród Radziwiłłów miałby dominującą pozycję. Z perspektywy litewskiej sytuacja polityczna i militarna w 1655 roku była dramatyczna. Rzeczpospolita znajdowała się w stanie niemal całkowitego rozkładu. Wielkie Księstwo Litewskie znalazło się więc między młotem a kowadłem – z jednej strony car Aleksy I, który oferował „opiekę” w zamian za podporządkowanie Moskwie, z drugiej potężna Szwecja, pretendująca do miana obrońcy protestanckiego ładu w Europie. Z tego punktu widzenia decyzja Radziwiłła nie była aktem zdrady, lecz próbą ocalenia litewskiej tożsamości i autonomii. Hetman, widząc, że Rzeczpospolita nie jest w stanie obronić Litwy, szukał sojuszu, który uchroniłby kraj przed całkowitą aneksją przez Rosję. Dla wielu litewskich historyków, jak Edvardas Gudavičius czy Alfredas Bumblauskas, umowa kiejdańska była więc przejawem politycznego realizmu, a nie zdrady. Radziwiłł działał w sytuacji bez wyjścia, kierując się racją stanu Wielkiego Księstwa, które chciał zachować w jakiejkolwiek formie niezależności.
: Data Publikacji.: 11-01-26
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2026