Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: TIAGO, AKCJA MARIOLA, CIĘŻARÓWKI. Tak to już jest, że przypadek sprzedaje losy a sam główny sztukmistrz wyciąga najkrótszą zapałkę. Tak było i tym razem, gdy Hombre dostał niespodziewanie informację o Mariolo odciętym od świata na skraju swego miasta. Walki trwały już dwa dni, i należało się spodziewać lada moment posiłków wojsk rządowych, które zakończyły by utarczkę z Mariolo, przechylając szalę zwycięstwa na swoją stronę. Hombre wziął swoich ludzi a Tiago swoich i pojechali wspomagać Mariola. Dlaczego tak? Hombre chciał pomóc Tiago, a Tiago chciał pomóc Mariolo. Przeczuwali niejasno, że sprawa zakręciła się wkoło żony Rico lub jego samego, chociaż to akurat wiedzieli by dokładniej już wcześniej. Mariolo w koncu był od nich potężniejszy a jednak teraz przyparty do muru wezwał ich na pomoc jak swoich. Ciężarówki jechały po mokrych ulicach. Były ruskie i pomalowane zielonobrunatną farbą. - Jestem wam wdzięczny. - Za co? Za ocalenie tyłka? - Spytał Tiago. - Skąd wiesz, co z tobą zrobimy? - Dodał całkiem niepotrzebnie. Zatrzymali się by obejrzeć osmalony bok ciężarówki. Kolumna zajmowała połowę ulicy. Deszcz padał powolnymi, wielkimi kroplami rozbijając się na kamiennym bruku. Manolito w jeepie na samym przedzie dawał znak ręką, aby skręcać w boczną ulicę. Tylnia ciężarówka dopalała się jeszcze i ludzie przesiedli się do poprzedniej. Porzucając ostatnią, palącą się ciężarówkę prawie na skrzyżowaniu, kolumna ruszyła dalej. Było trochę czasu zanim policja i wojsko wyjadą za nimi. Do tego czasu trzeba zniknąć i przeładować wszystko na inne auta albo zdążyć wprost na punkt. Jechali obok wielkiej złoconej statuy uskrzydlonej baby owiniętej w prześcieradło. To Nadzieja Wolności nabita na słupek. Nikt z nich w nią nie wierzył. Wiedzieli, że fałszywe było nawet złoto, którym pomalowali babę. Tiago próbował nawiązać kontakt ze śmigłowcem, który miał czekać na nich za czarcimi wzniesieniami, gdy z przeciwka wytoczyły się wprost na nich dwa wozy opancerzone i wyskoczyła grupa piechoty waląc z czego się dało. - Madre mia! Czym ich tak wkurzyłeś? – Krzyczał Tiago. Mariolo nie rzekł nic tylko podał mu staromodny wielki granatnik i butem przesunął ku niemu skrzynię z granatami. - Dobrze znasz tego gringo? - Spytał Tiago. - Tak, ufam mu. Tiago spojrzał na niego i szybko powiedział. - Zaufanie to zbyt mało. - Ciągle toczysz pianę? - Zezował na niego Mariolo. - A tobie wydaje się, że walczysz dla jakiejś sprawy? Starzejesz się! - Nie potrzebna mi przyjaźń na starość, jeśli o to ci chodzi. Na emeryturze starcy robią się egoistami i skąpcami. - Nikt nie wie, czemu ludzie się zabijają. - Śmigłowiec zbliża się do punktu. Co robimy? - Musimy uwolnić ogon. Ludzie rozbiegli się a wozy bojowe zasypane granatami wypluły swoje wnętrzności, w których wiły się ludzkie resztki. - Przejedziemy tędy? - Zawołał Manolito wskazując na dużą wyrwę w bruku. Przejechali obok zaprawionej krwią gąsienicy na olbrzymich kołach uszkodzonego wozu pancernego. - Jesteśmy tymi dobrymi? - Zamyślił się Mariolo. - Nie pleć bzdur. - Rzucił Tiago. Musieli porzucić jeszcze jedną ciężarówkę, która utknęła w leju. Przeładowali skrzynki i wydostali się poza pole rażenia. Nikt więcej ich nie gonił. Śmigłowiec czekał na umówionym punkcie. Załadowali wszystko bez przeszkód. - Ludzie śpią spokojnie, bo ktoś inny jest gotowy zabijać w ich imieniu. - Sprostował szybko Tiago. - Masz rację, nie mamy czasu na sen. - Musicie się spieszyć aby dalej zabijać? - Nie wtrącaj się do moich prywatnych spraw! - Czy to jest trudne? - Co? Odebrać komuś życie? - Chłopie! Co ty bredzisz? Właśnie wystrzelaliśmy cały, mały garnizon i duszyczki czyichś ojców, synów i braci odfrunęły do nieba! Tak, bardzo trudno! Nadleciał drugi śmigłowiec. Odlatywali za góry. Tylko za góry. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS152
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: MASOCHISTKA .TIAGO I CAROLINA 2. Tiago zawiózł Carolinę i ich synka daleko i schował dobrze w swych rodzinnych stronach, ale nie u swoich kuzynów lecz u obcych, tak, że nawet tropiciele Rica, ani małpy Tresera nie mogły niepostrzeżenie ich dostać. Tiago natomiast znikał i pojawiał się to u Hombre, to znowu u El Micho i wydawało się jakby nadal mieszkał w La Pampa del Fior. Ułatwiał to fakt, że Rico wyjechał był „służbowo” do Europy i nic nie wskazywało na toczącego pod skórą robaka, który niszczył ich wszystkich pomału ale skutecznie. Ich życia zależały od niedomówień i niemocy.....a do tego Rico czuł się i winny i obrażony przez cały świat. Świat natomiast nie wierzył w nic poza żądzą zemsty żony Rico, która udawała, że wreszcie wszystko jest w najlepszym porządku. Rośliny pączkowały, kwitły, wydawały owoce i więdły, a ona syciła się zemstą pociągając za niewidzialne sznurki składające się na jej plan. Tiago uciekł i Mariolo został na polu walki ze swą armią jak bezzębny generał. Tiago tymczasem odwiedził dwa razy pieczarę z mumiami przodków i rozmawiał a raczej milczał z nimi długo. Tiago to Tiago. Przeprowadził plan ucieczki i zgromadził za pomocą Hombre broń i zamaskowane auto gotowe na wszelki wypadek. Zgromadził zapasy wszystkiego a w Europie zapasowe pieniądze i locum dla siebie i Caroliny z synkiem. Znowu wracał do nich, do wioski, gdzie maskował nawet ślady opon. Tam siedział kilka dni, czasem tygodni, wiodąc spokojny żywot ojca, męża i wieśniaka. Ludzie bali się go, a z czasem przywykli, widząc nawet w nim opiekuna i po trosze sponsora tej małej hermetycznej społeczności. Potem znowu znikał by razem z Hombre wypić i zabawić się, ale najczęściej zarobić, pilnując dawnych interesów i planując nowe. Carolina chciała też się włączyć, lecz pierwszy miesiąc musiała zająć się synem i zaadaptować się w nowym miejscu. Wiedziała, że nigdy jej nie zaakceptują, ale ku swemu zaskoczeniu została oficjalnie przyjęta, gdy ludzie zobaczyli jej odwiedziny u przodków. Carolina wiedziała, że wygrała by z ojcem, gdyby podjęła z nim walkę , ale nie chciała być ojcobójczynią. Co innego spalić mu knajpę albo willę, ale nie będzie przecież polować na własnego ojca! Postanowiła korzystać z okazji, że ma Tiago i synka blisko przy sobie. W końcu pozostawił w niebycie swą dotychczasową żonę i był z Caroliną i synkiem... z nimi, całą duszą. Nie rozumiała Tiago, i przyłapywała się na rozkosznej myśli, że mogła by zginąć z jego ręki. Po latach nic tak naprawdę o nim nie wiedziała poza plotkami i pozycją jaką zdobył. Po odwiedzinach u przodków cała ta wiedza wywróciła się jej do góry nogami, bo nic nie jest przecież takie, jakim się wydaje. - Dlaczego ich zabijasz, gdy masz wybór by ich zostawić przy życiu? - Bo jestem bardzo specyficzny. - Rzekł Tiago obejmując Carolinę w pół. - Co na to twoja żona? - Spytała Carolina udając zdziwienie. - Nazwijmy to remisem. - Powiedział wolno Tiago. - Co robiłaś wszystkie te lata? Nie masz męża? Carolina objęła go mocniej. Succuby przeszły milcząc wzdłuż ściany do cienia, nie ujawniając się ludziom. - Powiedzmy, że to remis absolutny i że nie szukałam chłopa na stałe. - To faktycznie remis. - Stwierdził Tiago. Wyciągnął termos i nalał kawę do małych bakelitowych, wysłużonych filiżanek. Carolina wzięła jedną i pogładziła go po dłoni. Piła małymi łyczkami dymiącą czerń i smakowała słodycz zagłuszającą cierpki nagar. Tiago pożądał ją całą i wiedziała o tym, patrząc mu prosto w oczy. Tiago był starym lisem. Tiago był dwoma lisami i kuguarem jednocześnie. Tiago chciał jej pocałunków i tkliwości jak niczego na świecie, teraz, w tej sekundzie. Co się z nią działo tyle czasu? Dlaczego teraz, po tym całym zamieszaniu z Mariolo, nagle pojawiła się w jego życiu? Sam poczuł smak kawy i gorąco w przełyku. Było mu dobrze i przypomniał sobie dawne chwile z nią, gdy była młodą dziewczyną w rozwianej sukience i gdy chodzili razem na plażę. - Przysięgam, że cię kochałem. Ale ty chyba nie wiesz, co to miłość. Brzydziłem się tobą. Jak mogłaś być taka? Czy dalej jesteś masochistką? W twoim wieku możesz robić, co chcesz. Carolina popatrzyła na niego. - Jeśli chcesz, to mnie uderz. Bij mnie ! - Succuby zatrzymały swój pochód na chwilę przejścia. - Wtedy, tamtej nocy, nawet w rękawiczkach bym cię nie dotknął. Postradałaś wtedy zmysły. A ja nie mogłem tego zaakceptować. - Ale dzisiaj mnie chcesz? Prawda? Prawda? - Tak! - Krzyknął jej w twarz Tiago i pocałował gwałtownie rozlewając resztkę kawy. Pamiętał, że była w ciąży a on odjechał daleko. Uciekał jak tchórz upokorzony jej zboczeniem. Mógł bić facetów, nawet kolegów, gdy podeszli mu pod pięść. Ale nie swoją miłość. Nawet, kiedy o to poprosiła w szaleńczym uniesieniu. Co Carolina robiła przez te wszystkie lata było milczącym wyzwaniem dla jej pamięci i dla jego odwagi, by to wreszcie poznać. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS151
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: ŚMIERĆ I SUKA. Dziś jesteśmy już sobie obcy. Jesteśmy skazani na wieczną rozłąkę. A przecież trudno było o większe powinowactwo dusz. Nie przebaczył mi. Bawiłam się jego miłością, a jego uczucia były mi igraszką. Niezłomność uczuć jest tu wyrocznią, co niby puszczyk głucho przypomina o osobliwościach niskiego charakteru kierowanego perswazją. Nikt nie znosi puszczyków, ale kiedyś, puszczyk wychodzi na swoje. Czy byliśmy po słowie? Nikim będąc, jesteśmy zadośćuczynieniem przezorności. Żałosność naszych poczynań, w obliczu obietnic danych sobie zbyt pochopnie, odepchnęła nasze serca w gniewie i pozostawiła rozgoryczone przedwczesną klęską porywów młodości. Wielkie nieba, być tak blisko i nie spotkać jego serca. Znajomość z nim ? Ciekawe, co porabia teraz? To chodząca poczciwość. Jego stałość i niezłomność każą mi ciągle myśleć o tych chwilach szczęśliwych i wizjach przyszłości, wraz z nim snutymi marzeń wstęgami obdarzonymi westchnieniami ulgi... Jest niedorzecznością sądzić, że lada chwila sprawa się rozstrzygnie. Potępia mnie za to, co było, a jego serce oziębło już tak bardzo. Jednak nie jest z kamienia. Widząc jak cierpię pragnie ulżyć memu cierpieniu. Przygląda się temu z wielkim żalem i bólem. To kolejny dowód jego dobroci. Nikt przedtem tak nie kochał i już nikt tak mnie nie pokocha. Oby znalazł kolejną bratnią duszę. Oczywiście, my kobiety, jesteśmy z natury bardziej zmienne. Kochamy dłużej, kiedy zgaśnie wszelka nadzieja. Wypijmy za to. Zacnie postąpiłam dotrzymując mu wtedy towarzystwa. Okazuje się, że zatopił się w czytaniu poezji i tylko poezji. Chciałabym go znowu zamknąć w moich ramionach. Nic nie sprawia mu tak wielkiej radości jak kolejna dawka cierpień zasklepionych w samotności. Jest młody a czas leczy rany. Tak mi przynajmniej mówiono. Sama nie pamiętam i nic o tym nie wiem, jednak jego miłość przerasta go samego wyborem cierpienia. Zawsze można było polegać nie tyle na jego słowie, co uczynku. W końcu każdy wiedzie własne życie. Przypadek i przeznaczenie mieszkają ściśle przy sobie. I nasze serca biją tuż obok siebie. A przecież ściął głowę ostatniemu potworowi, niepewności, któremu sami urośliśmy skrzydła wiodące nas drogami wielu wyborów lub próżności niewiedzy. Przedsmak oczekiwania zastąpił goryczą rozłąki i gniewem stłumionym w końcu pod naporem dobroci. Serce gorące wewnątrz otuliło się skorupą twardą i zimną, gotową przyjąć każdy cios upokorzenia i upadku. Nie zrobił nic, by przedostać się na drugą stronę tej otchłani, która była tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki, na najdelikatniejszy gest, na muśnięcie słowa. Marija podeszła do modlitewnika i wyciągnęła z małej tajemnej skrytki kawałek udartej fotografii. Uśmiechnięta, wąsata twarz Hombre w wielkim kapeluszu, poorana była zmarszczkami i spalona słońcem i wiatrem. Była to stara twarz kochanka i męża, który był tylko dla niej przeznaczony a teraz odszedł by zwiędnąć samotnie, jak wyschnięty wiór, pociemniały od przeżyć i skąpany w niejednym deszczu a wreszcie wygięty promieniem słońca na nieużyteczny nikomu, pomarszczony garb. Wyjęła pudełko, w którym trzymała jego stracone zęby. Nie śmiała go teraz otworzyć. Stała tak kilka minut myśląc o dniu, gdy miała szesnaście lat i gdy jej ojciec dał jej to zdjęcie i kazał iść do niego. Nie wiedziała kim jest ona sama i myślała, że to jakiś żart. Żart leżał teraz stary i pogięty losem, a fakt, że przeżył katastrofę samolotu, nie przesłaniał widma rychłej śmierci. Jego organizm już nie działał jak należy. Marija wiedziała to i bała się. Pamiętała swoją przemianę i to dziwne uczucie czystości, które nastąpiło potem. Jaki będzie Hombre, gdy wejdzie tu znowu? Nie pozwolił się ogolić. Leżał w łóżku już kolejny dzień. Długi i słoneczny, bez wiatru. Kolana przestały mu drgać a nadgarstki zrobiły się wyschnięte i twarde. Nie ruszał się. Czekał. Patrzył na Mariję jak na obcą osobę i nie wysyłał w jej kierunku żadnych myśli. Musiała mu je kraść. Chciała z nim porozmawiać, ale traktował ją jak powietrze i był na nią wyraźnie obrażony. Złote sygnety leżały obok na stoliku. Skórzane skurczone, za małe kierpce pod łóżkiem. Nad wezgłowiem kazał powiesić makatkę z magicznym kwadratem z wyhaftowaną złotem w srebrnej szachownicy inskrypcją: ”SATOR AREPO TENET OPERA ROTAS”. U dołu były jeszcze utworzone małymi literami dwa nazwiska: „Tales z Miletu” i „Sedes z Bakelitu”. Hombbre. To przez niego wypłakała te noce, gdy trawiony gorączką leżał w omamie dymu zła. Nie wybaczył jej jeszcze. Nie zdążył. Miała już pięćdziesiąt cztery lata i wciąż czuła się szczeniarą. Pierwsze ale liczne, siwe włosy przeczyły temu. Wiedziała już, co niesie ze sobą życie, i, że ona sama też nie jest aniołem. Kamień zamknęła do szuflady w dole szafy, nie myśląc, co daje taka obietnica. Łzę starła mimochodem kierując się w stronę pokoju, gdzie leżał Hombre. Była jak stara suka, szwędająca się po pokoju, bez celu w życiu, bez radosnych szczeniąt u boku, liżąca dłoń swego pana w całkowitym oddaniu. Myśli nie nadchodziły. Pustka opanowała jej głowę i powodowała fizyczne omdlenie i nudności. Przysiadła na krześle obok łóżka Hombre. Nie żył. Widział jak nadlatuje orzeł i krąży ponad głową. Słońce dźgało przez jego skrzydła trzymane wiatrem snów. Ręce rozpostarł wraz z piórami. Patrzył na Hombre w dół. Hombre przeszedł kroków wiele w zamyśleniu, aż do następnego znaku. I drugi orzeł krążył mu nad głową uśmiechając się w niebie. Hombre zobaczył węża wijącego się wkoło trzech okrągłych kamieni. Ten trzeci znak przekonał go o potrzebie snu i o tym, że nie śni właśnie, i że jest zmęczony i bez oddechu. Zrobiło mu się przykro a orzeł nakrył go swym cieniem. Hombre poczuł, jak pali go Słońce i jak doskwiera lodowaty wiatr. Drobinki ostrego pyłu biły go w twarz a jego poranione oczy nie domykały się krwawiąc i łzawiąc. Hombre przystanął u piargi. Na wprost niego stał succub. Był jakiś smutny, jeśli tak w ogóle można powiedzcie o succubie. Hombre nie oddychał i postąpił jeszcze krok naprzód. Succub wyciągnął ku niemu rękę, która wydłużyła się nadspodziewanie szybko i dotknęła serca Hombre. Hombre chciał uczynić jeszcze krok ale nie mógł, gdyż dłoń succuba oparła się na jego piersi. Poczuł opór i nakaz, aby nie szedł dalej. Succub patrzył na niego twarzą bez twarzy, oczami bez oczu. Mówił bez słów a Hombre rozumiał, że teraz musi zawrócić do świata, który przestał być jego, by stał się jego od nowa. Succub podążył za swą ręką przybliżając się do Hombre. Hombre zaczął oddychać a niebieskie piany wychodziły z jego płuc. Hombre widział uchodzącą z niego śmierć i zrozumiał, że succub wszedł w jego ciało jakby chciał go opętać i zniewolić. Wszelka roślina zaczęła tętnić w jego żyłach wijąc się po zakamarkach i odnawiając swoje młode, jasnozielone, nowe listki. Kot, ten wielki spryciarz przeznaczenia machnął nerwowo ogonem, zdenerwowany, że się nie dopełni dzisiaj. Mrucząc i marudząc otarł się o nogi Hombre i poszedł swoją drogą, co wcześniej była i drogą Hombre a od teraz stała się niczyją. Hombre był wolny. Orzeł krążył nad nim. Succub wyszedł z drugiej strony głowy Hombre wystając jeszcze jakiś czas skośnie, jakby taplał swe stopy w mózgu człowieka. Hombre wzdrygnął się i poczuł gorąco przebiegające wzdłuż wszystkich swoich listków aż do najmniejszej żyłki rośliny życia w swoim truchle. Poczuł siłę mięśni a płuca wymieniły zawartość swych pęcherzy. Hombre otworzył oczy a były one suche i sprawne. Z boku na krześle spała Marija. Wyskoczył rześko z łóżka i cicho na palcach poszedł powyjadać z garnków resztki jedzenia. Służba znalazła go rano nagiego śpiącego na kuchennej posadzce i przeniosła go do salonu pod koc. Hombre był głodny i śniły mu się gołąbki, które same lecą do gąbki. Był znowu młody i uśmiechał się do świata z głębin swego młodego snu. Seniora Marija zbudziwszy się w nocy zobaczyła puste łóżko. Siedziała nieruchomo i myślała o człowieku, który jest jej mężem. Bała się. Podeszła do szuflady i odsunęła ją jednym ruchem. Kamienie były na swoim miejscu. Poprawiła im serwetki i dotknęła co niektórych aby się upewnić, że tam są. Dalej nie widziała jego myśli. Zaczynało ją to irytować a sardoniczny ponury jednak śmiech wstrząsnął jej wnętrzem ironią i sarkazmem. Wróciła na krzesło, łóżko było nadal puste. Pozbierała w myślach dobre wspomnienia i już zastanawiała się czy nie iść go poszukać, gdy Manolito zapukał do pokoju szepcąc coś swoją kocią twarzą o uchu jak pierożek i oczach nietoperza. Poruszał przy tym ustami jakby to był ryjek, sącząc słowa cicho i dobitnie. Razem z innymi domowymi przenieśli Hombre do salonu i leżał teraz pod kocem spokojnie i cicho. Domowi wycofali się zostawiając Seniorę Mariję z tacą pełną smakołyków i parzoną, świeżą, gruboziarnistą, gęstą jak smoła, kawą. Wiedziała, że ma już siwe włosy i że jest teraz dużo starsza od swego Hombre. Jakim będzie? Poprawiła bluzkę i włosy. Machinalnie sięgnęła po lusterko. Bała się tego spotkania. Zawsze była jego szczeniarą ale teraz jest nie tak. Spojrzała do swojej torebki i wyjęła pobrudzony pudrem i szminką mały pistolet kaliber 22. Wrzuciła go do stoliczka koło łóżka pamiętając, że brakuje jednej kuli. Może chciałaby za miasto? Człowiek pragnie podróży. Czasem chciałaby daleko i byle dalej od niego. W lusterku zobaczyła swoją indiańską twarz dojrzałej kobiety. Tam wydarzenia ostatnich lat wyryły swoje opowieści wgłębieniami zmarszczek i plamami, znakami dni. Rozpuściła włosy a one spadły aż do pasa bujną i czarna kaskadą poprzetykane srebrną siwizną i zakryły jej twarz całkowicie. Płakała. Bała się go utracić i bała się pozostać przy nim. Nie odbierała jego myśli i nie wiedziała nic o nim, młodym i nowym Hombre zanurzonym w swoim śnie tutaj, tuż obok. Nie śmiała na niego spojrzeć ale pocałowała go i siedziała dalej obok niego czekając. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS150
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: BIBLIOTEKA. Zryżałe wygięcie. Ryżawe wygięcie spowodowane kolorem włosa. Na napierśnicy. W Gnuji odwiedziłem padre Antonio, który posunął był się w latach tak dalece, że nie wychodził już z domu. Teraz na starość powrócił do swego rodzinnego domostwa i mimo stanu kapłańskiego prowadził gospodarstwo świeckie, tak jakby zakon obdarzył go emeryturą. Był zamożny, a teraz to co rodzina pozostawiła na tym ziemskim padole, przeszło pod jego zarząd, a kościół nie miał tu nic do gadania. To tutaj zebrane były najtajniejsze i częściowo zakazane pisma wszelkich myślicieli i kroniki kultur. Rodzina nie wydała nigdy nikomu tego księgozbioru a i nieliczne tylko muzea lub pojedynczy ludzie wiedzieli tak naprawdę co skrywa ta biblioteka. Przybyłem tu odszukać zakon i jego placówkę, ale Antonio uprzedził mnie i sam podał jej adres. Teraz miałem czas wolny i mogłem oddać się jakiejkolwiek lekturze. Wszedłem do tej sali i miałem wrażenie, że już tu kiedyś byłem. Wkoło ścian półki z książkami. Od podłogi aż po sufit – książki, foliały, albumy. Znajome sprzęty i meble. Fajki na kominku i usmolone belki ponad nami. Wszędzie pełno wszystkiego; a to w nieładzie rozstawione misy i talerze z eleganckiej porcelany, a to laski, florety i szpady, siatki na motyle, kolorowe tkaniny czekające swego przeznaczenia, zakurzone dzisiaj i niepotrzebne, jakieś rulony i tuby. Wszystko to na raz, dopełniał stół olbrzym na środku owej pracowni czy młodzieńczego gabinetu i łóżko z baldachimem, które ktoś wstawił tu wbrew swemu przeznaczeniu, tyłem do światła i nieporadnie wciskając pod ścianę . - Moja biblioteka jest do pańskiej dyspozycji. – rzekł cicho padre Antonio i wyszedł pozostawiając koszyk z owocami, małe bułeczki i flaszki z winem. Na stoliku stała już taca z imbrykiem z kawą gorącą i gęstą a obok leżały pałeczki cukrów, cynamon i jeszcze jeden koszyk z winogronami. Pokój był olbrzymi a łóżko dziwnie zdobione i zakurzone mimo świeżej pościeli , czuło się zapach kurzu, którym nasypany był baldachim na kręconych kolumnach. Bogate zdobienia powtarzały się po dwóch stronach każdego okna, przy stole i olbrzymich stołkach z masywnymi kręconymi podłokietnikami. Pinezki błyszczały prawdziwym, nie rdzewiejącym kolorem złota a plusz stracił intensywność swej barwy, ale mimo wieku, nie był zużyty. Wszędzie ciążyły kotary w purpurowe kwadraty na niebieskich polach, gdzieniegdzie dało się zauważyć wtrąconą jakby od niechcenia scenkę rodzajową. Nie były to jednak przypadkowe widoczki, lecz dzieje rodziny i pierwszego z właścicieli. Musiało to kosztować majątek, ale tutaj łaziły po tym pająki i pluskwy chowające swe twarze za frędzlami. Srebrne nitki wyszczerbiły się gdzieniegdzie łaknąc towarzystwa srebrnych pajęczyn i kłaczków kurzu pod łożem, gdzie poruszały nimi tajemne przepływy powietrza, wężyki przeciągów przemykające spod progu do okien. Odczytałem napis na skórzanej okładce, wytłoczony dziwną majuskułą : „ Nil sapientiae acumine nimio” . Książka była duża ale zawierała niewiele kartek. W zasadzie oprócz kartek tytułowych i nalepy, posiadała tylko jedną kartkę, na której były napisy brązowym atramentem podkreślonym w niektórych miejscach grubym ołówkiem. Trójkątna szachownica brązowo złotych pół otoczona była paseczkami cienkich czarno szarych pasków, prostopadłych do brzegu szachownicy i wnikających gdzieniegdzie długimi liniami aż do jej serca. Tam w samym środku niektóre trójkąty obwiedzione zostały czerwona kreską. Znałem te pola. Znałem ich wzajemne przenikania, choć nie wiedziałem skąd mam te wspomnienia. Strzepnąłem kurz z książki i zapakowałem ją w plastikowy worek. Rozsiadłem się wygodnie i sięgnąłem po koszyk z owocami padre Antonia i winogrona, które przyniesiono tu przed południem. Żułem powoli czarne kulki, którymi napchałem sobie usta. Nie chciałem myśleć ani o książce ani o tym, że ta sama maksyma wyryta była u mnie w domu. Znaczy ona, że nie ma nic gorszego dla nauki, jak rozdzielać włos na czworo. Analiza tylko do pewnego momentu daje wiedzę i wyniki, ale potem, po osiągnięciu pewnej ilości wniosków , nie da się dalej operować nimi , ani zbudować z nich jednolitej syntezy nauk. Jeśli tak postępujemy, to zawsze dochodzimy do nonsensu. Czy jestem smutny lub niespokojny? Słońce było jeszcze tak nisko, a ja widziałem już dym z domków obok. Dym przerwał mi medytację. To był obrzydliwy dym. Czerwona dioda dopala się. Czasem cichnie, to znów rozjarza się na nowo karminem. Tak samo było przed laty, gdy płynąłem do Danii. Prom płynął jakoś ciężko w kierunku wyspy a ja gryzłem migdały. Czy byłem wtedy niespokojny? Celnicy przeszli obok mnie. Miałem całą torbę duńskich ostrakonów niby celtyckich a może z epoki Eryka Rudego. Byłem wtedy samotny i potrzebujący. Przestałem wysyłać myśli na zewnątrz. Były szczęśliwe jak krew i chciałem je dla siebie. I tylko. Dotykałem palcami do oczodołów i poszedłem dalej. Daleko szumiały wiatr i fale Nordsee , ale tu suche i huczące porywy uderzały w twarz i powodowały nieznośne pulsowanie w uszach. Szedłem po spękanej ziemi. Błoto wyschło na miskowate płachty a głębokie pęknięcia dawały schronienie biegaczom i robaczkom labiryntowym dążącym do antypodów zgodnie z regułą wszędzie lepiej tam, gdzie nas nie ma. Na środku wyspy były domki kryte faszyną, jak to w zwyczaju u Duńczyków, a obok wiosła zatknięte jak maszty, na których powywieszali czerwone flagi z białymi cienkimi krzyżami. Duńczyk był grubym przemytnikiem. Fajka służyła mu do zaciemniania słów, które sączyły się wraz z dymem z jego rudych wąsów. Płacił tylko gotówką, co było niewygodne ale dyskretne. Długo oglądaliśmy skorupy i porównywali runy. To wtedy pierwszy raz spotkałem napis Nil sapientiae acumine nimio. Dał mi też młynek do pieprzu z krzemiennymi żarnami. Mam go do dzisiaj. Duńczyka nie odwiedziłem już wiele lat. A teraz ta książka. Jest taka podobna do tych z Rumunii. To wszystko przez sprawdzanie umierania. Kto i kiedy jest umarły? Jak to sprawdzić? Trzeba by otworzyć grób i sprawdzić trupa. Kiedy ciało oddaje ducha? Kiedy obracasz się w proch? Czy wtedy gdy jesteś mumią? Twoje zachowane truchło zatrzymuje ducha tak długo jak jest zachowane ciało, czy tez odwrotnie, uwalnia ducha, gdy natura pochłonie twoje cielesne szczątki? W krajach bałkańskich było od dawna przestrzegane sprawdzanie stanu ducha po zmarłych członkach rodziny i szerzej, całej społeczności. Strigoj to duch umarłego, który nie rozłożył ciała. W Polsce pewnie odpowiednikiem jest strzyga. Jeśli pojawi się w snach, któremuś krewnemu, to muszą sprawdzić, co z jego truchłem. W końcu po siedmiu latach wykopują umarłego patrząc, czy kości są białe i czyste, co oznacza, że zmarły dostąpił raju i nieba, jeśli nie, to znaczy, że błąka się pomiędzy światem umarłych a żywych i nawiedza krewnych, i inne osoby żyjące. Dlatego, gdy jakiś umarły nawiedza duchem swych krewnych, wykopują jego ciało. Strigoj nie wysysa krwi jak wampir. Podobnie jak Dracula, czai się w Królestwie Nieumarłych. Ale i z tym Dracula to pełno zamieszania. W końcu przerobiono dobrego księcia i wręcz cały zakon Smoków katolickich na wampiry. Nawet za dnia słyszymy głosy i rozmowy ludzi. Nie możemy spać. Strigoj może ukraść krowie mleko. Kilka rytuałów może służyć zabiciu strigoja. Przeważnie chodzi o obcięcie głowy i wbicie drewnianego kołka. Otaczamy trumnę strigoja i śpiewamy dziwne pieśni, których słów już nie rozumiemy. Zapalone płomienie świec mają zaprowadzić duszę do światła wiekuistego. Do ust zwłok wkładamy czosnek, skrapiamy wodą święconą z bazylią zwłoki strigoja. Wymawiamy zaklęcie i przebijamy serce drewnianym kołkiem. Bazylia jest tu niezbędna. Trzy razy obchodzimy trumnę, co ma symbolizować Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Bazylia to zioło starożytnych Greków dla kontaktowania się ze światem umarłych. Drumle na wzgórzach Hellady tchnięte delikatnymi eolami pachniały bazylią, gdy nie mogły ambrozją. Coś stało pomiędzy nieśmiertelnością a umarłymi. Przecież świat bogów nie domagał się kontaktu z umarłymi śmiertelnikami? Bazylia otulała ich myśli odganiając natręctwo snów. Była bramą do miejsc, gdzie nie było życia, ani pokarmem nie było nic żywego. Zioło to uświęciło swe działania i w Rumunii. Tam religijni prawosławni katolicy wykorzystywali je do swoich dziwnych wędrówek poza obszar życia. Przypomniało mi się, że prawosławie nie dysponuje czyśćcem. Jest tylko niebo i piekło. A co z duszami nie pasującymi do nieba ale i nie zasługującymi na piekło? Negr Woda to dosłownie był Mroczny Książę. Średniowieczny władca w Kurtia de Ardżesz. Miasto twierdza istnieje od ponad 2000 lat. Nikt nie wie, kto je założył. Nikt nie pamięta dlaczego tutaj. Kroniki Cantacusina, które przeglądałem dawniej , wspominały o władcy, który zlecił budowę wspaniałej katedry. Obecnie stoi w stylu bizantyjskim a jej wspaniały niepodważalny styl zdobień przykrywa krwawą legendę jej budowy. Legenda ta nie ma końca. Może dlatego, że będzie miała ciąg dalszy? Manole był budowniczym katedry. Legenda głosi, że to, co było budowane za dnia, było dziwnie burzone nocą. Budynek można dokończyć tylko dzięki straszliwej ofierze. Należało pogrzebać żywcem żonę jednego z budowniczych. Ana, ciężarna żona Manole pojawia się ze śniadaniem. Manole poprowadził ją do miejsca, gdzie ją żywcem zamurowano. Nikt nie zdołał przetłumaczyć napisu na ścianie kaplicy w staro rumuńskim języku, dzisiaj przeinaczonym i zapomnianym. Jednak wraz ze śmiercią Any nie kończy się ta historia. Książe spytał, czy potrafią zrobić lepszą świątynię niż ta. A murarze powiedzieli, że tak. Wtedy książę kazał zburzyć rusztowania i pozostawić mistrza Manolę i innych na śmierć, by nigdy już nie zbudowali nic wspanialszego. Manole i inni murarze skonstruowali skrzydła z drewnianych desek, chcąc odfrunąć z pułapki. Jednak spadli na ziemię. Legenda mówi, że z miejsca gdzie roztrzaskał się Manole trysnęło źródło. Przyszły lepsze czasy, bardziej krwawe, dla zjednoczenia szlachty rumuńskiej. Wasara I, król który rządził tam, ale w innym stuleciu dopilnowywał aby szlachta trzymała się jednego kraju i siłą jedności odpierała ataki Turków. Królestwo Wołoszczyzna leży między Transylwanią a Imperium Otomańskich Turków. Tirgowiszte to faktyczna stolica Wołoszczyzny. Granice znaczyły rzędy pali z nabitymi na nich wrogami. Tylko twardą ręką i podstępem władca uratował swój kraj. Dobrym władcą był Dracula. Pojmał wszystkich arystokratów po uczcie. Wrogów i tych co chcieli przejść na stronę turecką ponabijał na pal albo skończyli w lochach. Pojenari. Ta nowa niedostępna twierdza Dracula, wybudowana została na wysokiej skale przez oślepionych arystokratów pojmanych wcześniej. Włości zdrajców opanował osadzając na nich nowych wiernych obrońców. Taki był czas i wymagał twardej ręki. Dracula nabijał na pal. Tajny Zakon stworzony został jako opiekuńczy i chrześcijański Zakon Dracul. Organizacja Smok lub Zakon Smoka, wymierzający kary zakon Dracul chronić chciał katolickich arystokratów przed wpływami tureckimi. Utrzymywanie jedności wiary i suwerenności ścisłej grupy arystokracji rumuńskiej w rejonach narażonych na ataki Turków Otomańskich było sprawą najważniejszą dla jednolitości regionu. Wlad Dracul przyjął nazwisko wprost od nazwy surowo katolickiego Zakonu Smoka. Sigiszuara to średniowieczna twierdza i tam się urodził Dracula. Naprawdę nikt nie wie kto ja zbudował i kiedy. Sigiszuara nazwana została perłą Transylwanii. Dracula znaczy mały Dracul. Turcy zamordowali ojca i brata Włada Draculi. Cóż więc z palami? Nie koniecznie były to zaostrzone drzewce. Nieraz na szczycie pala ustawiano zaostrzony kołek z tak uciętymi mniejszymi odrostami, że wdzierały się w ciało. Kołek był suszony w occie tak, by potem pęczniał w ciele. A samo nabicie na pal nie było częstą karą w 1462. He, he. Jednak nieraz masową. Tirgowiszte to najdziwniejsze miasto oblegane przez otomańskie królestwo tureckie. Las pali z nabitymi ciałami zasadził dopiero Wlad Tepes czyli Palownik, książę Wlad IV, który nie przekonany do przydomka Tepes przyjął nazwisko Dracula. Można się kłócić czy to ten sam władca palił ludzi żywcem i ucztował wśród lasu szaszłyków ludzkich. Czy to on używał maszyny do obdzierania żywcem ze skóry? Czy obcinał piersi kobietom ? Czy Turkom gwoździami turbany do łbów poprzybijał a z pięt obcinał skórę i nacierał solą a następnie dawał kozom do lizania? Nigdy nie odnaleziono zwłok Wlada. Czy to dlatego, że nabił na pal księdza, który sięgnął po jego chleb, a wcześniej nauczał nie sięgać po cudze? Pomylił się co do intencji krwawych zbrodni Stocker, autor powieści Dracula. Darculę otaczał powszechny szacunek. Wlad dbał o dobro mieszkańców, a wójtów i arystokratów, którzy nie znali na pamięć liczby swych poddanych, nadziewał na pal dla szacunku ludzi. Przy każdej studni stał złoty kubek. Nikt nie śmiał go ukraść. Zniknięcie kubka oznaczać mogło tylko jedno. Śmierć Draculi, chaos w państwie, no i wojnę. Złoty kubek przy studni oznaczał spokojne życie. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS149
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025