Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: NATRYSK. Jak mógłbyś odrzucić czystość miłości . Byłem zaskoczony, jak mogłem zapomnieć o przeszłości. To wprost niewiarygodne. Ranny zniknął. Sakeo podszedł do mnie na dystans, jaki wywołuje atak ze strony powiedzmy lwów. Wystarczy go tylko przekroczyć o centymetr by wywołać atak. Sakeo nie znał się na dystansach, ani nie był lwem. Był za to starym lisem, który wystrychnął na dudka niejednego dzięcioła, próbującego okpić go z marszu przy rogaliku z marmoladą. Sakeo od dawna handlował antykami i przez jego korytarze przewinęły się spore ilości obsydianowych i złotych artefaktów, świadectw dawnych kultur i dumy nieżywych królów. Dawno zapomniane królestwa miały u Sakeo wymiar współczesnych pieniędzy i nazwiska współczesnych i jeszcze żywych odbiorców, czyli kupców. Traktował ich jak żywe, chwilowe przetrwalniki, których jedyną funkcją w świecie jest chwilowe przechowanie, za własne pieniądze, owych wspaniałości dla potomnych, a ich spadkobiercy będą o nie walczyć powodując rozłamy i animozje rodzinne ciągnące się latami wzajemne pretensje i zadry. Sakeo był ponad to. Wyznaczał rytm pobierania opłat za prawo do informacji o najnowszych ofertach i przywileju pierwszeństwa. Sakeo podszedł do mnie zbyt blisko. Samo to dało mi sygnał, że jest źle. Sakeo powiedział kilka słów. Za dużo. To wystarczyło bym zrozumiał, że tej transakcji nie mogę mu powierzyć. - Co się dzieje, Hombre? - Spytał Sakeo wysuwając szczękę do przodu jakby uwierał go kołnierzyk ściśnięty krawatem. - Będę musiał pojechać na kilka dni do Cajamarki. - Powiedziałem po namyśle. - Sprawdzę kontakt i powiem ci, co i jak. Pomyśl o cenie, bo za te pieniądze nie wchodzę wcale. Jak wrócę z Cajamarki dopracujemy wszystko. - Po co jechać? Załatwmy wszystko teraz i tutaj. Co z tobą, Hombre? Sakeo potarł czoło chustką, chociaż wcale nie musiał. Był pozytywnym bohaterem w świecie moich wynaturzeń. Tym razem jednak ktoś go próbował. Albo dostał jakąś dużą ofertę, albo może była to przysługa wdzięczności. Tak czy siak, coś tu mi nie pasowało a on za bardzo się starał. Nie musiał tego robić. Mógł wrzucić na luzik i pojechać po innych zamówieniach ze zwykłą swadą i lekkością. Sakeo był spięty. Sakeo był śliski. Sakeo był już spocony zanim naprawdę się spocił. - Sakeo, spotkamy się w środę. - Powiedziałem i zbierałem się do odejścia. Jechałem autem z Manolito. Śnieg walił prosto w szybę i przesuwał się na boki spychany wycieraczkami. Manolito nie miał nic do roboty i pił piwo za piwem oraz drapał się po kroczu myśląc, że tego nie widzę. Myślałem o Sakeo. Czyżby się postarzał do tego stopnia? Mijaliśmy jakieś dziwne przełęcze a w nich zagubione wioski. Skały były daleko, to znów wyrastały po jednej stronie drogi ścianą olbrzymiej góry, w którą wczepiona była szosa podobna klepisku. Uważnie mijałem zakręty pozbawione słupków i barierek nasypy górskich poboczy i osuwiska zatrzymane w zamiarze. Manolito śpiewał znów swą pieśń. Do dzisiaj nie udało mi się jej zrozumieć. Niezamieszkałe górskie doliny. Zimne pasaże i wietrzne przesmyki. Rankiem dotarliśmy do lotniska wśród chmur. Manolito wyskoczył z auta i przewęszył teren. Lot nie był zbyt nudny a kawę piliśmy z wibrujących kubków nie słysząc siebie nawzajem. Do stanowiska dojechaliśmy późnym popołudniem. Wejście było otwarte a moi ludzie wynosili paczki na ciężarówkę. Weszliśmy do katakumb i posuwaliśmy się wzdłuż oświetlonego jasno chodnika. Wszędzie wiły się kable powietrzne i rury z płuczką, która bomblowała niosąc błoto i żwir od wyrobiska aż do sit. Weszliśmy do hali skąd wybiegały gwiaździście wgłąb góry ciemne korytarze. Posuwaliśmy się jednym z nich mijając ludzi w gumowych kombinezonach i maskach azbestowych na twarzach. Dotarliśmy do stanowiska grobów. Archeolodzy fotografowali, co się dało. Było tam całe mnóstwo drobnych złotych odlewów. Pewnie były też resztki innych artefaktów wykonane z innych materiałów, ale tutaj i po takim czasie, nic prócz złota nie przetrwa i nawet po srebrze pozostają tylko czarne smużki na piasku. Należało więc przyjąć, że większość tych przedmiotów, kiedyś wielkiej wartości lub znaczeniu rytualnym, zamieniło się tu w proch, a przetrwały tylko błyskotki. Nie były wcale najcenniejsze ale w naszych czasach do wartości archeologicznej dodawała się wartość złota i dreszczyk przygody, które wraz ze zdjęciami kupował jakiś podniecony kolekcjoner. Chwilowy nośnik kultury, jak nazywał ich Sakeo. Błyskotek było pełno i wszędzie. Figurki i elementy naszyjników. Kawałki skorup i wypalone mizantropki a w nich zawarte prośby i zaklęcia osób, których imion już nie wypowiedzą nigdy gliniane usta. Światy nie oglądane glinianymi oczami o wielkich rzęsach wyskrobanych patykiem w glinie. Wypukłe brzuchy z wyraźnym pępkiem i nieudolne rączki o stylizowanych palcach i za długich paznokciach. Wchodzili coraz dalej i otwierali a raczej rozmywali ścianki z błota zasklepiające następne dalsze odcinki korytarzy i zgniłe nisze, które onegdaj ktoś przez dziesięciolecia kolejno zalepiał, chowając tam zmarłych lub powierzając dziwne rodzinne tajemnice. Potem wchodzili tam ludzie w azbestowych kombinezonach by wypalić wiszący jad. Wypalanie gazu w otwartych grobach było koniecznością. Należało usunąć też powielające swój trujący odpad pokolenia grzybów i ich supertrujących zarodników. Spory te pokrywały wszystko i wszędzie. Ogień jest jedynym znanym sposobem na zabicie grzyba. Grzyby sa tak naprawdę nieśmiertelne i rozciągają się nitkami swojej pleśniowej plechy w każdym dostepnym środowisku. Nic nie robią sobie z braku tlenu czy światła. Mogą istnieć również w spirytusie jak i w krystalicznie czystej wodzie. W roślinie i w zwierzęciu. Zawsze wydają spory czyli zarodniki, które pyłem roznoszą grzyba dalej. Grzyby to Marsjanie lub może mieszkańcy innego świata. Ale my nie dostrzegamy ich, gdyż niższe istoty nie dostrzegają wyższych jaźni ani z nimi nie komunikują. Wypalanie nowootwartych nisz i grobów jest sprawą życia i śmierci. Każdy oddech zabija, rozsadza płuca. Módlmy się o ocalenie. Strach zasnuwa umysł ciemna kotarą. Carolina spisywała dane z ekranu. Twarz umazaną miała błotem a długie gumowe buty zapięte na szelkach do ramion. - Teraz to nazywa się rabunkiem? – Zagadneła idących w jej strone Hombre i Manolito. - Jeśli chcesz, to tak, ale nie przegap też badań, bo kiedyś musimy wiedzieć czy kopać dalej czy przestać. Wiemy, że pod spodem sonar namierzył następne piętro korytarzy, lecz nie wykrylismy metali żadnym detektorem. A więc przestajemy tam szukać, czy kopiemy dalej? - Bezładny odwrót, magiczne znaczenie bitew? – Spytała ironicznie, chociaż widziała zmęczonych ludzi w kombinezonach ciągnących kable i sprężarki po błocie. - Zapewne zechcesz seniora przyjąć wyjaśnienie. – Równie ironicznie odparł Hombre, bo i on miał już dość błota, które wsysało buty w gliniasty grunt, czyniąc każdy następny krok niepewnym i uciążliwym. - A czy ono mnie ucieszy? - Obawiam się, że nie. – Powiedział Hombre wypuszczając powietrze i z ulgą stając na jakimś podeście z deski. - A więc wystarczy, że zostanie to usunięte, co niezbędne dla naszych potrzeb. - Myślę, że mamy tu jeszcze nie jedną niespodziankę. Co z transportem ? – Hombre zwrócił się do Manolito. - Ciężarówki już tu jadą, będą najpóżniej za dwa dni. Inhibitor już przyszedł wczoraj i rozlokują go, jak tylko podzielą beczki. - A broń? - Już zabezpieczona. Muszą jeszcze odświezyć wycinkę drogi w kierunku szosy. - Namioty? - Carolina się tym zajmowała. - Są gotowe, możemy spać jak w hotelu. – Potwierdziła zadowolona. Faktycznie wgłębi większej komory stały podświetlone wewnętrznym światłem cztery namioty, wygodne i wysokie. Obok generator z prądem. I słupy z lampami oświetlały całą komorę. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS160
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: ZAJĄC LUBI BURACZKI –TAKIE JEST ZDANIE KUCHARZA. Pszczoła na Nowej Zelandii zbiera w okresie suszy słodkie odchody pluskwiaka, który pije sok trującego drzewa Tutu. Miód z takich zbiorów jest trujący. Ktoś je miód i umiera. Czy wieloryb nasika do podwodnego wulkanu aby go ugasić? Bruzdnice w strzępielowatych rybach, jakoś tak się nazywają, ciganotea, lub podobnie. Zawierają cyganoceę czyli truciznę, której dawka tylko 26mg zabija dorosłego człowieka . Nawet upieczona ryba jest nadal trująca. Aqua toffana to trucizna cicha i dyskretna. Może działać miesiącami, dolewana pomalutku do codziennych posiłków. Jest bezbarwna, a do tego bezwonna i zupełnie bez smaku. Jest to woda, do której spryciarz dodał ołów , antymon i arsen. Bracia ci siną lubieżnością obejmują twój rozum i twe trzewia, jeśliś truty potajemnie przez swą żonę. Otulają bólem gardła twą tchawicę i drętwią twój język oraz mącą oko, gdy truciznę dolewa zaufany twój własny sługa. Ukochany i obdarzony niejedną rodzinna tajemnicą. Bracia ci obdarzą cię skurczami i bolesna wysypką, gdy truciznę poda teściowa lub mąż twej kochanki, staruch i przechera odmierzający wykręconymi reumatyzmem palcami krople do twego jadła. Tymi palcami nie potrafi już nastawić igły na płycie patefonu. Ale drżą one tak, jakby stwórca wiedział wszystko o odmierzaniu kropel z flakonu. Zemsta jest najlepszą zapłatą. Arsen chwyciwszy się za ramiona z Antymonem tańczą w twym brzuchu a ich brat, pan Ołów, obciąża twe powieki. Już czas! Ale to jest czysta śmierć. Jednak, gdyby pragnęli zemsty brudnej i hańbiącej, wstydliwej dla twoich szczątków i twego imienia, posłużyli by się przewrotnie robakiem pokrętnym i smutnym. Podali by ci na obiad i tylko raz jeden jedyny śmierć niechybną i powolną, a potem na karteczce, jak miłosnym liściku, uwiadomili cię co zjadłeś. Obraźliwa ta śmierć nie ma nazwy, tak haniebna jest jej postać. Nędzny robak toczy twe ciało i nie pozwala zapomnieć, odbierając imiona i smak wszystkich następnych posiłków. Odbiera chęć życia i powoduje żeś truchłem już za życia, a wstrętne spiralne robaki toczą twoje mięśnie i trzewia. Powiększają się a ich odchody stają się twym ciałem. Napęczniają je opuchlizną. Jedzą cię, a ty wiesz o tym, i pragniesz przeniknąć do ich myśli. Ale ich myśli są równie robaczywe jak one same. Nie mają nazw, gdyż wstyd nie pozwoli im nazywać rzeczy po imieniu, ani dochodzić prawd, gdyż one zawsze szlachetne są w naszych kryteriach. Medycznie można tą kreaturę nazwać włosieniem krętym a chorobę, włosiennicą. Bóle mięśni wzrastają, a ty nie wiesz już czy siedzieć w spokoju, czy tez biegać i uciekać. Twoje ciało pokryją krosty a spuchnięte obszary dadzą znak, że inkubacja larw zakończona i dorosłe robaki rozpoczęły zatruwanie twojego ciała. Kiedy włożą cię do trumny będziesz jeszcze żył, potem umrzesz a one nadal będą żywić się twoim truchłem. Pomału i wstydliwie zjedzą wszystkie twoje uczucia do świata, to co kochałeś i to, co podziwiałeś żarliwością i żarłocznością godną geniuszy, zdolnych pożerać wspaniały kwiat życia nie tracąc czasu na zbędną czkawkę. Po prostu, po kawałku, niczym karczoch dzielony smukłą dłonią najpiękniejszej z pięknych - wieczności. Ale twoja żarłoczność nie przewidziała kawałka świńskiego mięsa i skończyła się na nim, resztę pomijając milczeniem wstydliwym i haniebnym. Jużeś trupem, choć jeszcze nie w formalinie! To jest brudna zemsta i masz prawo poczuć się obrażony. Uśmiechasz się? To tylko niektóre ciche sposoby. Sprawdź lepiej słoiki w swej spiżarni. Przekonaj się, czym podlewają kapustę i marchew w twoim ogrodzie, zanim nakarmią króliki, które później znajdziesz na swoim stole. Takie jest zdanie kucharza. Mozart lubi włosiennicę. A Saghlieri był niewinny i to nie on zamówił Requiem u Mozarta lecz książę von Valzeck. Takie jest zdanie kucharza. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS159
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: POTWORY. Myślałem, że ci płascy ludzie mieszkają w ścianach w małych prostokątach za szybką. Tarik mawiał, że potwory nie istnieją, i że są wytworem myśli. Ale ja widziałem. Bransoletka pasowała na prawą rękę. Nie żeby były prawo i leworęczne bransoletki ale litery i małe postacie ustawione były sensownie, gdy włożyło się ją na prawe przedramię. - Wydrę serce temu potworowi. - Sapał Tarik ciągnąc trupa Chinki o okrwawionej czaszce i bez skalpu. Ułożył go obok martwej dziewicy na kanapce bryczki Weterana. - Dowiem się dlaczego zabija. - Dodał wrzucając odcięte ramię na podłogę. - Która godzina? - Zapytał zziajany. - 12. - Odparłem bez namysłu. - Och, spóźnię się. - Tarik spojrzał na dziewicę. - Wpadniesz potem. - Uważaj, bo zacznę śpiewać szlagiery z XVI wieku. - Tarik spojrzał na jej matkę. - Jak poszło? - Znowu ten sam sen. Ósmy raz w tym tygodniu. - Nie wiedziałem, że sypiasz w dzień. - Pisałem o tym w moim grymuarze. Skutecznie zastosowałeś obronę. - Koniecznie. - Mam potwory. - Rzekł Tarik patrząc na potwory. - Jak to wszystko się zaczęło? Czy słoiki spadły wtedy pod naporem ciężaru lub była to robota rodziny korników? - Słoje pękły a rozbite szkło śpiewało tysiącem ostrych błysków i lepkich okruszków. Ciecze mieszały swoje losy i zlały się w jedno przeznaczenie. Uwierz mu zanim wejdziesz w miesiąc samobiczowania. Chinka bez skalpu wybałuszyła gały ale nic się nie stało. Wszedł Weteran. Nerwowo ściągnął gumowe rękawiczki, zmiął je w kulkę i upuścił. Chrząknął nerwowo. - Z dziewicami prawie zawsze tak samo. Ostatnia słuchała jazzu, natarczywego, brzęczała jak rozlutowany saxofon. Stara, dobra zasada dęcia w pękniętą rurę zamieniała z wolna serca w miech. - Mogę o coś spytać?- Wtrącił się Tarik a Weteran teraz dostrzegł generała. - Gdzie jej ojciec? Kruk? - Odszedł. - Weteran miłośnie patrzał na dziewicę. Sprawdził jej zmiażdżone płuca. Zrobił się nerwowy i chętny kontrolować jego otoczenie. Monitorować - jak się mówi, gdy nie rozumie się technik kontrolowania. - Ktoś próbował magii? - Spytał Weteran. - To symbol ochronny. Mój dziadek używał magii i do zupy mlecznej, ale dopiero po latach zrozumiałem sens tych słów. - Rzekłem z głupia. Weteran podważył żebra dziewczyny i wydłubał zepsute płuca, a wstawił wydarte płuca jej matki. Żebra ustawił na swoim miejscu, a do obojczyka dodał trzecią rękę. Też od chińskiego babsztyla. Następnie zwrócił się do Tarika siedzącego na tylnej półeczce bryczki. - Kawa i marczello? - Tarik zmieszał się ale odparował pytaniem. - Masz sprawę? Weteran pokazał mu Chinkę. Aztecy i Majowie uwielbiali obdzierać ze skóry. Ale succuby nie mogli być tymi tysiącami bezskórych ofiar, bo to nie ludzie ani duchy.. Dałem Chinkę succubom. Powiodły ją bez namysłu, gdyż była taką, jak Maleńka Pani. A może była z nią od dawna? Czy była zła? Jej pisklę leżało tu jak martwa dziewica. Weteran pochyla się nad nim. Wokół niego zbierają się ptaki. Maleńka pani poślubiła kruka, aby nie być dziewicą. Kruki są niewolnikami przyzwyczajeń, moralnie obojętne, specyficzne i nigdy nie porzucające gniazd. Maleńka Pani to wchodząca w skórę. Obdarte skóry wiszą na wieszakach. Maleńka Pani natłuszcza je w ciszy. Prasuje oczy i napina plecy. Dzisiejszym ziarnem kruki czarne karmi. Trup leżał związany. Kruki go zabrały. - Gdzie gniazdo? - Spytałem. - Nie wiem, ale mam jedno pióro. - Rzekła martwa dziewica napełniając płuca westchnieniem. - Znajdę więc gniazdo. Ja też potrzebuje przysługi. - Jakiej? - Spytał wreszcie Weteran i ujął jej nową rękę. - No, twojego pudełka. - Odparła. - Z dziewicami tak zawsze. - Przytaknąłem. - Dobry dom uspakaja nas. - Popatrzyła mu w oczy bez mrugnięcia. - Przekonaj się, co znaczy słowo. I? - Myśl o zemście napełnia me serce rozkoszą. - Rzekła dziewica i spostrzegła swoje trzy ramiona. - Nie chcę tam być, ani tutaj z panem. - Spojrzała na Weterana. - O czym pan myśli? - Co proszę? - Proszę się opanować. - Syknęła. - Ma pan specyficzny dar. - Grywam na klawesynie dla odparcia rozpaczy. - Skłamał, bo nie znał takiego uczucia, ani nie był w stanie rozumieć muzyki. Zapalił fajkę z pianki morskiej. - Ach tak, bardzo proszę. - Jestem do pani usług, moja panno. - Pośpiech godny pochwały. Miałam nadzieję, że pozbyliśmy się pana obsesji na tym punkcie. - Może ma pani rację, bo wewnętrzna potrzeba skłaniała mnie ku niestałości uczuć. To jednak nie była prawda. Kłamał jak najęty. - Przesłanki mówią co innego. - Proszę to przeczytać. - Podała mu wypis z autopsji. - Co pan o tym sądzi? – wszystkie trzy ramiona dziewicy trzymały dokument. - Tak na próbę? To świetne. Ileż w tym mięsa. - Udawał zachwyt. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. - To przecież o mojej śmierci. - Wydukała. A on świsnął bacikiem i roześmiał się. - No, nie będziemy płakać nad rozlanym kałamarzem. - Skwitował jej minę. - Istnieje taka możliwość, że jestem nieżywa. – Chrząknęła. Zasępiła się na moment i dodała. - A jeśli ten stan nie będzie przekonywujący? - Myślę, że nie ma pani wyboru. To wyjątkowość i specyficzność. A nawet nieszablonowość. - Stwierdził ze znawstwem. - Różnice zdań dowodzą konstruktywności poczynań. - Wydeklamował generał Tarik czując się jak trybik w boskim planie. - To bzdura. - Rzucił Weteran i poczuł się znowu niepewnie. - Brak mi słów. - Smutno stwierdziła. - Słowa. - Potwierdził smutno Tarik. - Kiedy coś robi się długo i nagle nie, tęskni się za tym ogromnie. Ważne. Gdy się popełnia błędy w obliczeniach. - Perorował Weteran a my słuchaliśmy. - No tak. Ten dreszczyk emocji. Trzynaste przykazanie mówi, nigdy się nie poddawaj. – Tarik był generałem jak należy i Filistynem. - No tak i kto tu jest melodramatyczny? - Żachnęła się. - No tak. W rzeczy samej. - Weteran znowu ujął ją za dłonie i posadził wygodnie na kanapce. - Jest pan zdenerwowany, więc zignoruję tę supozycję. - Jedno jest pewne. Nie poddam się dopóki nie znajdę odpowiedzi. - Powiedział poważnie Weteran a nie znając się na uczuciach, chciał powiedzieć coś o miłości, lecz nie umiał, więc powiedział tak: - Wiatr północny otrzeźwił mój umysł i ogień południa wyostrzył mój wzrok. Urodziłem się dokładnie 9 miesięcy później. Moje serce drgało rytmem Ziemi a moja skóra dojrzewała w promieniach Słońca. - Nie pleć pan bzdur. Wcale nie tak tu jest napisane. - Czytała z autopsji dziewica. - Naprawdę? Wiem co powiedziałem. - Podał jej pudełko z zielem życia, a ona potarła nim swe siwe dziąsła a potem wystające przez skórę żebro, które natychmiast wskoczyło do ciała. Wszelka roślina zaczęła kiełkować a ból przeszedł oczekiwania. Skręciła się na kanapce a trzecie ramie wrosło i zespoliło się z jej korpusem. - Jak to, jak to?! - Zaczęła się bać potworności. - Raczej trudno będzie mi to wyjaśnić. Ma dużą odporność. - Stwierdził Tarik. - Nie, jest bliska kolejnego załamania nerwowego?- Spytałem. - Tajemnice nadal podsycają naszą wyobraźnie. Majestatycznie. – Generał pompował patos. - Nie ściemniaj ściemniaczowi. – Potwierdziłem. Czyli co? Frant wart franta? - ... > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS158
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: KĘS DZIEWICY. Siedzi nad oceanem i gada do kota. Weteran patrzył na fale i las, całe wybrzeże i wtedy zwrócił się do kota. - Kiedyś to wszystko będzie należało do ciebie. Zatoczył ręką szeroki łuk aż po horyzont na falach. - Czy możesz to znieść i czy nie masz tego dość? Kot jest cieniem zwłaszcza nad oceanem. Wiatr to wąsy kota. Wszedł przez okno rozsuwając odgłos cykad na boki. Złapał śpiących tam w łóżku i zrobił z nich mumie taśmą klejącą o srebrzystym śledziowym kolorze. Jakby dla kota. Płaszcz kąpielowy wisiał na haczyku na drzwiach. To tylko ostrzeżenie. Namalował jej magiczne kółko, a jemu magiczny trójkąt na czołach jakby znaczył wejścia toalet. Odszedł. - Rozłóż katalizatory. Ziemia, woda, powietrze, martwa zapałka. To wszystko płynie... z serca. – Mówiłem wciąż nerwowo spoglądając na Weterana, nieszkodliwego teraz w intencjach wobec nas , ale mimo to groźnego. W końcu przez nieuwagę mógł zrobić coś głupiego... A jeszcze ta dziewica. Skąd możemy wiedzieć, co mu teraz do łba kapelusznikowego strzeli! Weteran trzymał dystans do nas jako do pomiotu niższego i umysłowo niedorozwiniętego. Ciągłość pojęcia śmierci porównywał z krwią wypływająca z małej ranki na dłoni. U weteranów zaraz zrobi się strupek a ludzki pomiot jest jak hemofilityk i cały płyn wysączy się z niego... tak więc my ,ludzie, nie umiemy zatamować wyciekającego z nas życia. Prawie nie znamy stanów pośrednich, ani rozumiemy innych stanów niż „życieteraz”. Nie jawi się nam przed umysłem „życiepotem” ni „życiewtedyiterazjednocześnie”. Weteranom -... i owszem. - Zło go opuszcza. - Postawił diagnozę El Micho. - Nasza obecność. - Stwierdziłem. Oczy węża zrobiły się wyłupiaste i przypominały oczy świeżo upieczonego księgowego podczas swej pierwszej kontroli ksiąg finansowych. - Wynagrodzę ci to. - Dodał El Micho kierując laskę na Weterana. - Podać dziewicę? - Spytał niewinnie Weteran gapiąc się w sufit. - Tego nie twierdzę. - Złapałeś? Weterana? - Zdziwiłem się widząc, co się dzieje. - Zaoferowałem mu tyle możliwości i przemieniłem go. - Moja wola ogranicza jego wolę. - Posmutniał Weteran szperając palcami w kieszeni. - Każdy działa na własny rachunek. - El Micho odchrząknął i poprawił kołnierzyk koszuli. - Serce mi krwawi. - Zaśmiał się Weteran. - Widziałeś, co zrobił. Wysłałeś go, by odzyskał siły. - Kiepsko wyszło. - Odgryzł się Weteran. - Nie stać cię. - EL Micho podszedł bliżej ostrożnie znając się na Weteranie. - A gdyby nagrodą była ona? - Zapytałem głupio. - Pakt? - Syknął Weteran wyczekująco. - Nie, dżentelmeńska umowa. - Skwitowałem myśli Weterana od razu. - Pakt to pakt. Żarliwość za obowiązek. On ją zabił i jest niebezpieczny. Popisowa partanina. - Weteran był w swoim żywiole. Lepiej niech sprawia psychicznie te swoje gierki. - To czego najmniej potrzebujemy, to wpaść między rozwścieczone potwory kochające tą samą dziewicę. Nawet, gdy dziewica leży martwa na stole, należy zdjąć gumowe rękawiczki aby poczuć dotykaniem, że jest prawdziwa. Należy uciskać jej ciało całą płaszczyzną dłoni aby się o tym przekonać. Wystarczy jeden raz ucisnąć ciało. Lepiej korpus niż kończyny dziewicy. - Uratuję ją od nagłej śmierci lub czegoś gorszego. - Powiedział Weteran podrygując na krzesełku i poprawiając swój kapelusz oprawiony skórą. - Co robisz? - Spytał El Micho. - Odczep się. – Warknął Weteran. - Co przygotowałeś? - Indagował. - Tchawicę szczekającego psa. Zniszczę moją żarliwość i odzyskam wolność.- Biadolił Weteran dla odmiany. - Chętnie sprawdzę, czy nie grożą ci krwiaki wewnętrzne. - Zakpił El Micho. - Co zrobisz z żarliwością? O uciechach cielesnych możesz zapomnieć. Bezsensowna brawura. - Spytałem, bo trochę przesadzał z tą dziewicą. W końcu była już martwa. - Nie, to część pokrętnego planu. Proszę przekazać policji, że nienawiść to zgubne uczucie. Pokonać łotra a damę uratować. - Deklamował głupio Weteran w coraz lepszym humorze. - Słucham? - Wyjęczałem. - Te symbole? - Pokazał Weteran. - Nie ma co, ale ktoś tu maczał swe długie, pretekineterskie, wypielęgnowane palce. - To żmudna sprawa. Nie ma co gdybać. - Uściślając. Nie oddałem jej jemu. - Żachnął się El Micho machając na Weterana. - Odrobinę wiary?- Zakpił z nas Weteran. Uśmiech wydłużył mu się złośliwie, a kapelusz zabudował twarz cieniem. - Czy potrzebne jest zaklęcie? - Nie szczególnie? - Weteran wytłumaczył nam, marnym ludzikom, zabiegi medyczne stosowane na dziewicach martwych. Weteran spoważniał pierwszy raz. Może potraktował serio rozmowę z nami? Rzekł: - Spojrzała w głąb mnie i wybaczyła mi to, co zamierzałem uczynić. Nie mogłem odrzucić takiej ofiary. Oszukanie łotra jest zawsze urozmaiceniem wieczoru. Wanilia i czekolada to ławica zebr na peryskopowej. Kwiaty więdną wraz z żarliwością jej serca ale nieprzywykłe do tego stanu oczy wysyłają dwie leniwe łzy w dół twarzy. Chciałem jej powiedzieć, co widziałem tamtej nocy ale pakt nie zezwalał na użycie tylu słów. Oczy węża zrobiły się powtórnie wypukłe... Pomyliłem się. - Dorzucił Weteran, ale w to sam nie uwierzył. - On się zakochał. - Stwierdził El Micho wskazując na Weterana. - Odrzuca zło dla miłości. Pomożesz mu? - Pomożesz mu. - Skinąłem. - Nie wysadzimy świata w powietrze. - Rzekłem jak zwycięzca. - Gorąca czekolada i ciasto. Potrzebujesz wszystkich odpowiedzi. Może moje słowo i kawałek tortu to najlepsze, co mogę ci dać. Dodałem wiedząc, że Weteran nie ma uczuć, a przynajmniej nie miał ich do teraz. - Myślałem, że dostane tę dziewicę. - Skwasił się Weteran. - Za późno. - Rzekłem. - Teraz jest tylko twoja. Weź ją sobie skoro rozumiesz życie, spróbuj zrozumieć jej śmierć. Weteran stał nerwowo uderzając bacikiem w but. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł przemóc się, by o cokolwiek poprosić niższe byty, czyli nas, ludzi. Podobnie jak ludzie nie proszą dżdżownic o przysługę. Ludzie Sikają na Dżdżownice a one myślą, że to Święty Deszcz. - Nie umiemy jej ożywić, jeśli o to ci chodzi. - Rzekłem. A żywa, może cię nie akceptować ani rozumieć. Tu poufale dotknąłem guzika jego kamizelki i padłem rażony zapadając w szarość i ciszę. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS157
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025