Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: LAPIDES CALAMBUNT . Hombre pozostał sam. Tu za drzwiami codzienności przypomniał sobie wszystko. Nie mógł zignorować braci Esmoza. Za długo wodzili wszystkich za nos. Niewiniątka. Jutro wjedzie do portu. Trzeba powiadomić Rico. Hombre wjechał małą uliczką na tyły magazynów spożywczych. Wysiadł z auta, a biegnący pies instynktownie ominął go długim łukiem podkuliwszy ogon. Wszedł przez blaszane drzwi i dalej korytarzem do biur. Pudding i Sakeo czekali już. Wentylator mielił zmęczone powietrze. Sakeo opowiedział jak bracia Esmoza zgłosili się do niego z trupem pełnym diamentów. Co chcieli i za ile. Najciekawsze było, że przyszli do Sakeo grubo przed spotkaniem z Hombre i Mariją owego pamiętnego dnia, gdy Tiago baleronował u Mariola, a oni tuż po spotkaniu z Sakeo, powiedzieli Hombre i Mariji, że zostali oszukani. Sam ten fakt, że „grubo przed” i to, że jak jakiś burro dał się wyprowadzić w pole, wkurzyło Hombre jeszcze bardziej. Już nie idzie o pieniądze! Teraz sprawa wygląda inaczej. Gliceryna to była ich robota. Wydali synów Rica Eduardowi, a nawet dali cynk Treserowi, jak Małpy mogą ich znaleźć. Pudding dopowiedział resztę. Hombre podniósł słuchawkę. Rico słuchał mrucząc coś pod nosem. - Jutro to jutro. - Skwitował krótko. Hombre odłożył słuchawkę. Ciężarówki z gliceryną zostały przejęte przez ludzi Puddinga prawie bezgłośnie. Odpalili silniki. Mała i pijana obsługa biegała bezładnie po placu między ryczącymi ciężarówkami. Potem wszystko ucichło. Hombre dowiedział się o tym od Puddinga, podniósł słuchawkę jeszcze raz i wykręcił numer z kartki. Ktoś odebrał z drugiej strony. Hombre powiedział: - Mówi Rufus, spotkamy się jutro w księgarni. Esmoza odchrząknął. Słuchał dalej. Znał zasady gry i nie dał się nabrać. Tu faktycznie nie chodziło już o pieniądze! Esmoza spotkał się z bratem jeszcze tego samego wieczora. Dowiedział się o ciężarówkach, które wjechały w ciemną noc. Nie było tam przecież nic prócz gliceryny, bo zwłoki już dawno wypatroszyli i zamienili na pieniądze. Czekać do rana czy wiać, gdzie pieprz rośnie? Nie mogli dodzwonić się do Puddinga. W międzyczasie dowiedzieli się już, że Mariolo żyje... i ich nie kocha. Ruszyli w kierunku auta. Drogę zastąpił im Hombre. Znieruchomieli. Nie umieli ocenić sytuacji. Był sam ? Czy też są osaczeni? Hombre kamieniem wytrącił jednemu broń z ręki. Drugim kamieniem uderzył oburącz w głowę Esmozy. Usłyszał jak w kamieniu krzyczą kosmosy i tysiące istnień zawołało jękiem. Kamień przebił powłokę. Miażdży skórę i kruszy czaszkę. Potem łamie część żuchwy, wypycha oko i naciska na błony mózgowe. Bąbel pęka i wody zmyślne rozpryskują się nasiąkając kamień, jego wnętrze. A ci, co siedzą w środku wysysają wszystko z mózgu zgodnie z tradycją małp i pretekineterów poruszaną długimi palcami poza liniami i na czas. Esmoza leżał a Hombre skoczył na drugiego Esmozę. Złapał go za uszy i przekręcił głowę aż coś chrupnęło w szyi. Trzy oczy Esmozów spotkały się ze sobą, lekko zdziwione i szeroko otwarte. Zmatowiały. Hombre odwrócił się i wszedł na zaplecze. Zobaczył Ramona i jego sekretarkę grzebiących w komputerze. Popchnął Mongo wyjmując mu cygaro z ust nadepnął przewróconemu na grdykę. Mongo wychrypiał duszę a sekretarka wrzeszczała, gdy rozbił jej perfumy płaskim uderzeniem w czaszkę i podpalił cygarem. Patrzył jak biegła przez korytarz oświetlając sobą księgarnię. Upadła a sklep zapalił się w oka mgnieniu. Hombre patrzył w ogień. Widział miasto gliniane otoczone równiną a na równinie gaje Eufratu wokół jego Bero. Przypomniał sobie jak razem z Isztar zaprowadzili tam porządek. On, starzec król i ona, boska Isztar, gdy dała mu pamięć śmierci i pozwolenie śmierci. Zabijali nieprawe bękarty i niewolników, na śmierć przeznaczonych. Zabijali kobiety niepłodne i matrony wygodne, plujące na płodność i na Isztar słodką. Zabijali kapłanów mądrych i głupców im posłusznych. Zabijali słabych duchem. Zabijali hardych, co swe oblicza ośmielili się na boską Isztar podnieść. Oczyścili płomieniem boskim miasto z małych i bez wiary. Oczyścili ogniem te budowle, których cegły nie nosiły naszej pieczęci ani nie wielbiły naszego imienia. Bero-Isztar jego sława. Hombre stał i patrzył na płomienie. Isztar boska, ręką wróciła mu pamięć tego, kim był. Patrzył w ogień. Widział jak sekretarka pali się żywcem i nie poczuł nic oprócz woni rozbitych na jej czaszce perfum. Wrócił do Ramona, obecnie trupa. Wypluł na niego cygaro. Przeszedł obok wpatrujących się w siebie Esmozów. Schylił się i zabrał kamienie ze sobą. Owinął je w batystowe chusteczki, bo chciał odłożyć je do szuflady. Isztar wskazała mu ręką na księgarnię, która buchała płomieniem w niebo. Stała obok całkiem naga, otulona włosami do Ziemi. Pamiętał ją doskonale. Bo oddała mu pamięć. Pamiętał jej boskość i emanującą na rośliny i wodę miłość. Pamiętał jej pot i jej uśmiech, gdy patrzyła na czyszczący ogień. Stał i patrzył w buchające z księgarni płomienie. Objął ją ramieniem i pociągnął w stronę samochodu. Dojechali na plac, gdzie stały ciężarówki. Pudding zagonił cały personel i zaryglował drzwi. Hombre pociągnął i jego do auta. Odjechali nie spiesząc się w stronę nocy i daleko, do innego miasta. Isztar siedziała na przednim fotelu. Pudding przyglądał się zaintrygowany. - Co ty, Hombre? Co to za czupiradło? Isztar uśmiechała się słysząc te słowa. Ale nie odwróciła głowy. Jechali a Hombre przypominał sobie swe miasto i potomków spłodzonych z niewolnicami dla Isztar. I na jej chwałę. Ogień ich upiekł i oczyścił. Pudding chciał dotknąć jej włosów ale Hombre szybko powstrzymał jego ramię. - Bero, - Rzekła Isztar, - Dlaczego on się tak trzęsie? - Bo to Pudding. - Rzekł Hombre znudzonym głosem. Isztar powoli obróciła swą twarz patrząc w oczy Puddingowi. Pudding zrozumiał jej boskość chyba, bo zaczął się naprawdę trząść. Owiała go przemożna miłość do czupiradła. - Bero, - Rzekła Isztar do Hombre. - wróciłam ci pamięć. Teraz jesteś wolny i pełny spełnienia. Po to wróciłam ci pamięć, królu. Wrócę, kiedy ich zabijesz do końca, i kiedy oczyścisz dolinę. Wysadź nas tutaj. Hombre zatrzymał wóz na pustkowiu. Isztar odplątała włosy z zagłówka i wyszła z auta. Otworzyła tylne drzwi i wzięła za rękę Puddinga, który trząsł się w międzyczasie jak nóżki w galarecie. Upadł na brzuch i nie chciał wstać. Isztar ujęła dłonią jego podbródek i łagodnie powiedziała mu w uszy. - Bero będzie zabijać. Zabijać trzeba umieć. Ty nie umiesz, chodź więc ze mną. Pudding padł znowu twarzą w dół a Isztar otuliła go płaszczem włosów czarnych do Ziemi. Hombre widział równinę i płonące Bero. Miasto Isztar i jego dzieci. O słodka Isztar, kochanko mego ducha. Szeptał Hombre czując swąd ludzkiego ciała. Jechał dalej w ciemność. Pudding przestał się trząść. Kamienie wyschły już w batyście. Hombre jechał dalej. O świcie zobaczył helikoptery czekające na skraju szosy. Rico już był na miejscu. - Gdzie Pudding? - Spytał Rico. - Poszedł w swoją stronę, choć nie chciał. Rico pomyślał, że szkoda companiero, ale Hombre wyprowadził go z błędu, zapewniając, że żyje i nawet przestał się trząść. Wsiedli i wystartowali. Świt zamieniał się w upał, gdy w osiem helikopterów nadlecieli na miasto w zatoce. Helikopter Hombre wylądował przed siedzibą koncernu, gdzie skośnoocy nie widzieli jeszcze upadłego anioła, ani chimery z bródką na miodzie, jaką nosił generał Tarik. Byli jak Ije, gdy odwiedził go smok. Hombre wbiegł do budynku po schodach i przebiegł marmurowe fuajer, gdzie próbował go zatrzymać jakiś piskliwy głosik. Pojechał windą na górę. Tych, co byli w windzie zabił kamieniem. Tych, co zastępowali mu drogę zabijał drugim suchym kamieniem tak długo, aż zapłakali ci, co zaklęci byli w kamieniu. Wtedy zmienił kamień na pierwszy i zabijał nadal. Potem zmieniał kamienie 12 razy po 12 i zabijał nadal. Wszyscy zostali zabici. Skośnoocy i ich metysowe przydupasy. Hombre wyszedł z budynku. Czekał na helikopter, który pobrał go zaraz lądując na chwilę. Unieśli się wysoko. Reszta należała do Rica. Wszystkie budynki i rezydencje prywatne koncernu wypalał do Ziemi. Nie oszczędził nikogo i niczego. Miasto ogarnęła panika. Policja i służby wszelkiego rodzaju telefonowały zawzięcie ustalając coś. Pewnie generał wojskowy i komendant policji za pomocą krzyku i krawieckiego centymetra ustalali, kto ma dłuższego. Rico dokonał dzieła wypalenia w kilkanaście minut. Odlecieli na wysokim pułapie zanim żona burmistrza zdążyła zdjąć papiloty a burmistrz dokleić treskę. - O słodka Isztar, kochanko mego ducha! - Hombre szeptał, i wiedział, że musi dokończyć sprawę. Dlaczego ochroniła Puddinga? Dlaczego oddała Hombre pamięć dni dawno minionych? Teraz? Miał przeczucie, że za późno stał się mordercą. Że należało wyczyścić ludzi wcześniej. Patrzał za horyzont, gdzie jego Bero-Isztar pochłaniał czyszczący ogień. Spalił swoje dzieci i ich dzieci, i wnuki. Wszyscy z jego krwi i wszyscy mimo woli boscy, miłością daną od Isztar do roślin, ryb i życiodajnego mułu Eufratu. Do Słońca i Księżyca. Do drugiego człowieka. Niegodni nosić w sobie boskości, niegodni śmierci, spaleni żywcem. Hombre leciał do domu a metalowy fotelik helikoptera wrzynał mu się w tyłek. Lecieli tuż nad szosą, aby smuga ciepła nie ujawniła ich kursu. Helikoptery zostawili w grotach koło piramidy, i małymi autami rozjechali się do domów. Rico i Hombre pojechali do El Micho. Marija tkwiła jak chmura gradowa przy stole. - Isztar? - Spytała. - Co to za imię? - Żachnęła się zazdrośnie. Hombre nie odrzekł nic. Ona i tak już wszystko widzi. Ona i tak widzi ogień i skośne śmierci, mokre kamienie. Jej nozdrza poruszają się czując swąd ciał. Wspomnienia urwanych treści. Nagłe olśnienia i nic potem. - Bero? – Zapytała zdumiona w końcu. - A kim ty jesteś, Marija? - Spokojnie spytał Hombre. - Jestem twoją szczeniarą. - Powiedziała szczeniara. Dał jej wtedy kamienie owinięte batystem, a ona umieściła je z powrotem w szufladzie. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS168
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: SKALPY Siedzi nad rzeką, dużo. Dobra rozmowa. Papieros spopieli się za trzy minuty dziesięć sekund. Murzyn by zbladł. - Mamy jeden skalp. Potrzebne teraz te od Hombre. - Nic z tego nie rozumiem. Co robimy? - Czekamy. - Mężczyzno, czy sprawdziłeś już ptaka? – Spytała z oddali Pretekineterka, lecz jej nie słyszeli. I dodała: - Kiedy ci źle usiądź na brzegu rzeki i czekaj, aż spłynie nią ciało twojego wroga. Wiecie już jak przypodobać się wichrowi? A w dżungli nie ma wiatru przecież. Murzyn spojrzał na compadres i łysnął białkami oczu. Był rad swej siły. Hombre złapali, gdy wychodził ze spotkania. Manolito leżał jeszcze w szpitalu, więc na tylne oko nie miał co liczyć. Wepchnęli go do samochodu i zasunęli drzwi rozrywając mu ubranie. Zastrzyk działał i Hombre nie mógł się ruszyć a słowa więzły mu w gardle. Ocknął się w jakimś pomieszczeniu i zdał sobie sprawę, że Marija jest tuż obok. Była związana i miała worek na głowie. Wiedział, że dowlekli ją tutaj dzisiaj, i że zabrali skórę z komixem pretekineterów. Nie umieją zrozumieć napisów z małpich skalpów. - Hombre? - Tak, szczeniaro? - Dobrze, że jesteś. - Wyjdziemy z tego jak tylko zastrzyk przestanie działać. - Mhm. Ten worek śmierdzi. - No to dlaczego się nie uwolnisz, Marija? - Na razie nie wiem, czego chcą. - Powiedział worek. Murzyn stanął w drzwiach nagle i na sekundę znieruchomiał. Oceniał sytuację a upewniwszy się, że Hombre nie rusza się, podszedł prosto do Mariji i pociągnął ją brutalnie ze sobą. Upadła a Murzyn kopał ją na oślep, więc zwinęła się w kłębek. Hombre nie mógł się ruszać. Marija leżała bez ruchu i Murzyn skonstatował, że się zapędził. Splunął i poszedł trzaskając drzwiami. Wrócili we dwóch i polali ją wodą. Hombre stracił na chwilę przytomność, a gdy się ocknął, siedziała na krześle z wykręconymi nienaturalnie połamanymi ramionami za oparciem krzesła. Na małym stoliku przed nimi leżała małpia mapa. I woreczki ze skalpów małp. Z nosa Mariji płynęła krew. Hombre wyczuł, że odzyskuje władzę w nogach i mrowienie rozbiega się wzdłuż kręgosłupa. - - Czy już możesz się ruszać? - Spytała Marija. Czuła też to jego mrowienie, ale nie umiała go zrozumieć. Hombre przechylił się i siadł opierając grzbietem o beton. Miał ręce związane wzdłuż tułowia, a kolana mógł ledwie zginać. - A, to dopiero. - Syknął Murzyn. - A ty mała powiedz, po co ci trupki much w tym woreczku? To jakieś czary? Wysypał suche truchła owadów ze skalpu. Marija uśmiechnęła się pod nosem. - Pewnie, że czary. - Odparła. - Zgnieć jedną, to się przekonasz. Murzyn wyrzucił pusty woreczek i skrzywił się lekceważąco. - Gadaj zaraz, gdzie skarb i skąd o nim wiesz! Marija pokręciła głową. Murzyn wziął pałkę i uderzył ją w ramię gruchocząc obojczyk. Marija wysyłała sygnały do Hombre, ale nie potrafił się podnieść. Murzyn drugim uderzeniem zgruchotał jej rękę. Marija była teraz kupą nieużytecznych kości i mięsa. Wiadomo, że takich tortur nikt nie przeżyje. Zamachnął się znowu i zrobił krok w bok ustawiając się w nowej pozycji. Coś chrupnęło pod jego butami. Zdziwił się widząc, że zabił nieżywą muchę. Wyszczerzył zęby w okropnym uśmiechu, ale ten zgasł natychmiast. Zobaczył jak długie palce wysuwają się ku niemu i łapią go za gardło. Zdziwiony zachłysnął się własną śliną, a może to Marija zadławiła go długimi palcami. Pałka wysunęła się z dłoni. Murzyn ukląkł a zdziwienie pozostało na zawsze na czarnej twarzy. Marija wstała a połamane resztki krzesła upadły na podłogę. Stała tak chwilę cierpiąc okropny ból. Kości wracały na swoje miejsce pozostawiając straszne krwiaki, wewnętrzne wylewy i wybroczenia. Jej długie palce zaciśnięte na gardle Murzyna wisiały bezwładnie, gdy przewróciła się na bok nieprzytomna z bólu. Hombre usiłował wstać i udało mu się to w końcu. W tej samej chwili drzwi otworzyły się a Hombre całym sobą zwalił się na wchodzącego. Upadli na podłogę i Hombre otrzymał cios w brzuch, chociaż zdążył wbić się zębami w kark przeciwnika. Usłyszał trzask pękającej muchy i jeszcze jednej. Marija stała nad nimi a jej długie palce zanurzyła w sercu leżącego mężczyzny. Powoli wyrywała mu serce, rozrywając płuca i żebra. Położyła serce na stoliku a potem podniosła pusty woreczek i pozbierała pozostałe truchła much z podłogi. Hombre klęczał nad trupem dysząc ciężko. Wstał powoli i spojrzał jej w oczy... Wyszli zabierając worek ze skalpami. I serce trupa. Sukces ma wielu ojców a porażka sierotką. Szli wzdłuż jakichś betonowych budowli. Wokoło tylko zielone piekło. Nieprzeniknione i bez dróg, i bez światła. Ból żołądka nie ustawał. Marija ledwie się słaniała i musieli co chwilę odpoczywać. Minęli ostatnie budynki i wbili się w roślinność – ciemną i nieprzeniknioną masę z jej szeptami i skomleniem nocy. Na żołądek pomaga mleczne drzewo. Szukał go długo, powinno mieć takie stożkowate pączki. Dorosłe mają korę jak mundur. Nie znalazł, ale była małpia drabina, czyli liana, którą nadgryzł. Liana wydziela lateksowe mleczko, które można zlizać. Rozpalił ogień w starej termitierze i wreszcie uwolnili się od komarów. Marija jadła surową rybę przypiekaną po kawałku nad ogniem. Szli długo a ich ubrania wisiały w strzępach. Przedzieranie przez zbitą tkankę roślinną zabierało siły i nadzieję. Byli w drodze pięć nocy. Musieli się spieszyć przed deszczami, które powinny już padać. Ogień był duży ale mimo to nie czuli się bezpiecznie. Potrzebowali pomysłu aby wydostać się z tej wielopiętrowej tkanki roślinnej, gdzie epifity pokrywają wszystko kożuchem słodkich pnączy i storczyków. Marija była nieforemnie spuchnięta, choć ramiona wróciły na swoje miejsce a kości wydawały się być niezłamane. Marija patrzyła na swoje dłonie. Jak to jest, że się wydłużają? Hombre się to spodobało. Spali na zmianę odganiając małe głodne stworzonka masowo chcące ich zjeść żywcem. Twarz i nogi Hombre były spuchnięte od ukłuć owadów. Marija śmiała się z niego, ale nie wyobrażała sobie, jak dojść gdziekolwiek stąd, i przypuszczała nawet, że kręcą się w kółko. Rozpalił ognisko i zrobili przerwę. Wystygłym popiołem posmarowali ciała najgrubiej, jak się dało. Brnęli dalej rozdzierając pnącza i splątane nitki czegoś, co rosło wszędzie i miało mdlący słodki zapach. - Dlaczego nas porwali? Skąd mieli głupie przekonanie, że chodzi o jakiś skarb? - Ktoś nas nadał. Marija, lepiej złówmy coś. - Możemy łowić na światło. I krewetki, i raki , i ryby. - Podobno przetrwanie zależy od stanu ducha. - Wydęła wzgardliwie wargi. Oddzielał zębami giętką korę drzewa balsa. Dało się ją wiązać i zrobili szybko ochronę od deszczu, który miarowo nasączał wszystko. Leje bez przerwy, aż nie da się oddychać. Szum rzeki staje się nieznośny. Poszerza swoje koryto porywając wszystko w nurt. Płynie aż staje się rozlewiskiem , leniwym i zdradliwym. Na tratwie mamy większe szanse. Nie umiemy sterować i rzeka robi z tratwą, co chce. W najgorszym razie wessie nas Ocean, i nie będzie jak wrócić do brzegu przed następnym przypływem. Wtedy wyciągnie tratwę wiele kilometrów od lądu. Już rośliny są inne i jest inaczej. Czujemy sól morską i wreszcie widać niebo. Ta przestrzeń oszałamia i przez mgnienie chciałoby się skryć w niedostępnej zieleni. Ale jest już za późno i tratwa wypływa na rozlewisko. To istny koszmar i nie będzie łatwo dobić do brzegu. Ocean wsysa tratwę daleko i wiemy, że prąd wodny zatacza łuk. Ale jak duży? Tratwa rozlatuje się w końcu i razem z Mariją wpadamy do wody uczepieni drewnianych resztek. Wreszcie czujemy uderzenie w nogi. To brzeg. Fala wyrzuca nas i chronimy się w nadbrzeżnych kępach palm. Jak odpoczniemy pójdziemy poszukać czegoś ludzkiego. Jest jedna europejska, uniwersalna prawda. Wszystkich Francuzów powinni trzymać w piwnicy razem z ich winami. Nie da się tego pić! EL Micho wyrzucił flaszencję i odkorkował inną. Z uśmiechem powitał Hombre i Mariję. El Micho wziął worek pełen małpich skalpów i odłożył na stołek tak, jakby to turysta dał mu plecak. Marija była cała posiniaczona i nadal spuchnięta. Znikła w pokoju obok. Hombre oklapł na fotel, mimo nocy spędzonej w wygodnym łóżku. EL Micho położył palec na ustach i nakazał ciszę. Wskazał na swoją żonę nucącą coś w kuchni, a mnie wydało się to śmieszne, bo nie dało się zmylić jej wzroku. Pretekineterka spojrzała na nich. - Mnie tym widokiem jedynie zbezcześcił. - Zawołała z kuchni ponad kucharką. - Nic podobnego. Jesteś na to za twarda. - Odparował EL Micho. - Głowa mi pęka. Za dużo wypiłam wczoraj. - Udawała, że nie wie, co robimy. - Tysiąc sposobów na upodlanie i poniżanie kobiety. A ja tu muszę wszystko z was wyciągać. - Dodała śmiejąc się. Weszła Marija i oparła się o Hombre. Pretekineterka przyszła z kuchni i stanęła na wprost córki. - Kazałaś im umrzeć? - Spytała wprost. - Nie, mamo. - Sama ich zabiłam. Pretekineterka odetchnęła z ulgą. Popatrzyła na Mariję jeszcze raz i spytała zaciekawiona. - A co poczułaś? Marija spuściła głowę i cicho powiedziała. - Że muszę. - Pretekineterka uśmiechnęła się do córki czule. Stanęła mocno na Ziemi i rozpuściła upięte dotąd włosy, które spłynęły do samej Ziemi zahaczywszy się o nią niewidzialnymi haczykami, podobnie jak i nogi Pretekineterki - dziwnymi pazurami. - Musisz tam pojechać, Marija. Na brzegu ruczaju czekają na ciebie krewni. Opowiesz im o uczuciu i o śmierci, i o miłości. - Mamo! Gestem szybkiego palca Pretekineterka powstrzymała Mariję. Dodała. - Jeśli tylko chcesz. Płaszcz z włosów skrył jej twarz jak gruba, czarna zasłona, a EL Micho objął ją ramieniem i wyszli razem szepcząc coś cicho. Było w tym imię gwiaździstego nieba. Marija chciała też poznać to imię. - Wzywają mnie obowiązki. - Rzekła słowami do Hombre. - Żegnaj. - Ująłem jej głowę w obie dłonie. Loki włosów przelały się między palcami. Pocałowałem długo na pożegnanie. - Żegnaj. Piach był gorący. Suche powietrze falowało oddechami mrówek biegającymi po pniu drzewa. - Nie. Zapomnij o sile. Nie daj się zabić marzeniom. - Odejdź, jeszcze możesz. - Odchodzę nie dlatego, że nie mogła bym cię zabić, lecz zdałam sobie sprawę, że... Dlatego wyjdę teraz przez te małe drzwi, za którymi jest wiele przestrzeni. Ty zaś tymi dużymi do śmiesznej codzienności. Tak czy siak, w drugą stronę. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS167
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: UCIEKA . Po spotkaniu z El Micho, który wydał mi się jakby większy i wcale nie zdziwił się widząc sakwę ze skalpami, dowiedziałem się wszystkiego. Oczywiście było przesadą w to uwierzyć, a sam El Micho zdawał się omijać fragmenty swej opowieści, jeśli nie celowo, to przynajmniej rozsądnie dobierając fakty. Powiedział mi, że jego żona jest Pretekineterką ale to już sam wiedziałem. I, jak weszła Marija, powiedział nam, po co są muchy i dlaczego orzeł ich nie łapie. Marija czuła, że zwariuje, ale fakt faktem, kobiety biorą życie odważniej niż mężczyźni, i tak było też z Mariją, która odblokowała się na to coś nowego i wspaniałego w jej życiu, chłonęła rysunki i diagramy z kroniki zapisanej na skórze małp i policzku Strażnika Mgły. Potem zabrała skalpy ze stołu i dwa dni siedziała z nimi w swym pokoju zaznajamiając się z zapisem, jak również z zawartościa małych woreczków. W końcu spakowała wszystko w plecak i pojechała do Gnuji chcąc odszukać w miejskich księgozbiorach zapisów na podobne tematy. Następny tydzień nie przyniósł żadnych rezultatów ale siedziała nadal wertując stare zapiski i kroniki, gdyż powstanie klasztoru powinno być wpisane i zarejestrowane w archiwach miejskich, a ojcowie założyciele powinni być nazwani z imienia i rangi klasztornej. Myliły się daty i zapisy a przynależność administracyjna klasztoru była najwyraźniej niczym wydarta kartka w histori regionu. Pewnego dnia zauważyła murzyna, który obserwował ją bacznie, i, co tu dużo gadać, nie wyglądał na studenta. Wiedziała, że czas się skończył, i że musi zniknąć z pola widzenia. Pozbierała notatki i zakleiła kopertę. Przy wyjsciu z biblioteki dała ją do wysłania na swój adres bibiotekarce i uiściła opłatę. Wyszła spokojnie skręcając do damskiej toalety. Murzyn nie dał się zwieść i wszedł za nią, ale ona wymknęła się drugimi drzwiami i biegła długim korytarzem okalającym budynek w stronę fosy. Nie widziała go ale słyszała, że biegnie za nią. Skręciła w malutkie schodki i zamiast zbiec nimi w dół, podciągnęła się i wdrapała ponad drzwi a potem wczołgała na krótki gzyms i daszek. Udało jej się pchnąc uchylone okno i weszła tam dysząc szybko. Murzyn znikł. Poczuła ulgę i poszła w inną stronę kierując się do trambji. Na placu czuła się bezpiecznie i anonimowo przeszła go nie zwracając niczyjej uwagi. Skręciła w małą uliczkę i zobaczyła go stojącego u jej wylotu. Nie dostregał jej obrócony bokiem, ale nie udało jej się odejść, gdyż wielkie łapsko drugiego murzyna popchnęło ją do przodu w głąb uliczki. Marija potknęła się i plecak wypadł jej z rąk. Murzyn chciał ją złapać i jednocześnie chwycić plecak. Skoczyła w bok i szarpiąc plecak uciekła w jakieś ciemne drzwi. Przebiegła podwórko na wylot i znalazła się na jakichs schodkach. Pobiegła w dół. Marija wskoczyła na balkon w małej uliczce przy placu. Obdarła ręce o stary zaropiały lakier barierki. Owinęła się wokół poziomego masztu anteny i robiąc obrót jak na drążku, wpadła do pokoju hotelowego roztrącając uchylone drzwi. Jęknęła z bólu. Biegła pochylona przez pokój cicho omijając biurko i jakieś dziwne szezlongi i kanapki. Wewnętrzna galeria hotelu była przejrzystą halą z galeryjkami i podcieniami prowadzącymi do kolejnych numerów. Pęd rzucił ją biodrami na wewnętrzną barierkę. Przeleciała przez poręcz. Spadła na jakieś duże liście, które odbiły ją na poniższe półpiętro. Słyszała już tupot nóg i nie mogła rozpoznać kierunku, skąd. Poczuła coś zimnego, pchało jej kark w bok i w dół. Jakaś ręka przygniotła jej głowę do szklanego blatu. Poczuła szkło a chrzęszczące, arachidowe łupinki wbiły jej się w policzek. Ktoś wciskał jej lufę w kark, aż nie mogła oddychać. Poczuła, że jej ręce podgięte nienaturalnie jakaś siła próbuje założyć na plecy. To był murzyn o wielkich słoniowatych dłoniach i grubych łydkach. Mimo to jego marynarka była za duża. - Oddaj skalp. - Warknął. Marija zamachała wolną ręką dając znak, że nie może mówić. - Gdzie skalp? - Powtórzył. Pokazała na górę. Uderzył ją. - Bez kłamstw! Szepnął cedząc zgłoski. Posadził ją na ziemi koło stolika. Łupiny arachidów odpadały z jej policzka. - Został w numerze na piętrze. Weź go sobie. I tak nic nie zrozumiesz. - Dwóch innych, którzy dobiegli zziajani, postawili ją na nogi i zawlekli do auta. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS166
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: MAŁPIE SKALPY PRETEKINETERÓW. I znowu wracamy do upalnych, pustynnych obszarów zamieszkiwanych przez wiry i powinowactwa , suchy piasek i skały porośnięte gdzieniegdzie byle czym z kolcami lub małymi zdychającymi w upale listkami. Wszechobecny kurz wygonił stąd grzeszników i jakby na potwierdzenie reguły pozostawił klasztor. A może to włśnie był wyjątek od reguły....? W dali horyzontu widac było zieloność gór, ale tutaj, na tym pustkowiu królował słoneczny żar. Hombre podjechał pod samą klasztorną furtę, aże uchylona, wszedł do środka, gdzie w przednim atrium ocienionym jako tako widać było cembrowinę z niebieską źrenicą wody i roślinność upiętą wzdłuż wapiennych kolumn i daszków. Hombre wiedział, że nie wpuszczą go dalej, ani dobrowolnie nie pozwolą nic tu węszyć ani tym bardziej zabrać. Bracia furtianie wyrośli spod ziemi i zaprowadzili go do ciemnej małej komnaty a raczej komórki. Hombre wyjął podróżne dublety, i nalał trzy kielichy wina, które wyjął z torby i podał zakonnikom. Odmówili gestykulując żywo, i domagali się wyjaśnień. - Upał jest jedynym wyjaśnieniem, a auto musi ochłodzić silnik przed dalszą drogą. - A jednak nasz klasztor nie leży na żadnej przelotowej drodze. Więc po coś przyjechał? Kim jesteś? - Dobrze. – Rzekł Hombre, - Badam winogrona. Skosztujcie wina mojej roboty. - Dlaczego mielibyśmy ci ufać? – Zezowali na kielichy. - Abyście widzieli, wypije z tego kielicha. A teraz z tego kielicha. Czy teraz boicie się pić? - Bracia zakonni wzięli po kielichu i skosztowali perlistego płynu. Padli po kilku minutach wijąc się w konwulsjach. Hombre stał nad nimi spokojny z uśmiechem jokera na zamyślonym obliczu. - Gdybyście choć trochę myśleli, domyślilibyście się, że wypiłem dwie znoszące się wzajemnie trucizny. Taa..., nikt dzisiaj nie stosuje już łez alkowy i brucyny. Szkoda. A jednak nie zabiją was w tych dawkach. Paraliż minie za kilkanaście godzin. Mam nadzieję, że znajdą was leżących we własnych gównach, bo biegunka jest tu nieuniknioną. Życzę nowych doświadczeń. Mam nadzieję, że nie nosicie obcisłej bielizny. Wyszedł nie gasząc światła. Taa, trzeba czytać książki historyczne przynajmniej w toalecie. Patrzyli na siebie wytrzeszczonymi niemocą i przerażeniem oczami, jakby nie dowierzając, że darowano im ich życia. Ujął w dłonie krzyż drewniany i paznokciami wysunął gwoździe z dłoni Boga, uwalniając tylnią klapkę. Odskoczyła pod naporem rulonika, który ściśnięty wewnątrz przez lata, naparł jednak na ściankę i, pragnąc się uwolnić, rozpychał w ciasnym schowku. Rozwinąłem zwitek skóry ostrożnie prostując zagięcia. W środku była powieka z rzęsami i poznałem, że to ludzka skóra. Ściągnięto ją z twarzy Strażnika Mgły, co też zaświadczał tatuaż nad brwią i znak muszli, jako drogocennego naczynia, przy skórze nasady nosa. Spodziewałem się mapy. Może mapy skarbu? Ale nie była to mapa. To była obrazkowa instrukcja. Taki prekolumbijski komiks. Obok łacińskie napisy domalowane później, lecz ledwie widoczne, w porównaniu z żywymi wciąż pigmentacjami obrazków Indian. Największa scena w owalnym kwadracie, jak w ciasteczku, to ofiarny mord kobiet i jednego strażnika, może i tego właśnie mężczyzny? Niżej fale sięgające kopyt lam objuczonych tułowiami bez rąk i stóp. Pomalowane białym i żółtym wapnem. Powyżej, na obłoku z piany, Venus jakaś sunie, czy może święta postać depcząc węża stopami króluje nad ludem? To nie święta chyba, bo ma jakiś patyk w ręce, z którego krew kapie. Obok pokazane jeszcze raz, że dotyka patykiem do swojego serca i krew utacza do misy lub konchy. To naczynie cudowne muszlą oznaczane nazywało się drogocennym naczyniem przy pałeczce olin. Zupełnie śmiało mogło oznaczać punkt lub zero lub byt, lub niebyt. Ale na pewno nie skarb w postaci skrzynki zamkniętej na kłódkę, której zawartość błyszczy jak emerytura pirata. A więc byłem tak blisko! Pchnąłem drzwi i wszedłem do klasztornego refektarza, pustego z wypastowanym tłuszczem stołem i wysiedzianymi długimi ławami. Felix, qui potuit rerum cognoscere causas. Znałem ten napis i zrobiło mi się niedobrze. Co ten Vergiliusz wygadywał? Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy? Tyle razy tu byłem wcześniej i nieświadom niczego. W tym pomieszczeniu. I nigdy nie pomyślałem, że to tutaj! Bez trudu odnalazłem otwór pod „cognoscere” i wyjąłem stamtąd worek, czy tez raczej wyglądającą jak siedząca mumia dużą zawiązaną rzemieniem sakwę. Pretekineterzy zostawili worek skórzany a w nim pełno małych sakiewek ze skóry skalpów małp. Na wewnętrznej stronie znaki i symbole tajemne. I zaklęcia, a może przyzwyczajenia i rytuały. Rozwinięty duży worek na swej powierzchni zewnętrznej jak i wewnętrznej, pokryty był pismem. Opowiadał historię pięknej Pretekineterki, co więdnąc na nerkę chorą niebyt ssała i bokobrody tajemnie zapuszczała. A może coś źle przetłumaczyłem? Tu na skalpach obronę przed życiem swoim i życiem obcym. To ważne jak informowały znaczki nibypajączków podobne do dzisiejszych piktogramów radioaktywności. Opisy lin ciągnących i lin pchających. Nie rozumiem, ale cóż. Harmonijka i wachlarze do tańców pretekineterskich oraz zioła i opisy naparów. Truchła pająków i chrząszczy. Słoiczki z maziami i płynami pełnymi łzawych oczu. Gałązki ulistnione w kształcie liter związane nitką w słowa jak wiązki chrustu na opał. Pomniki mrówek wyciągnięte siłą z ich miast. Moje Latinum było całkiem dobre i mogłem się nim podeprzeć kojarząc łacińskie dopiski z obrazkami Indian. Po półgodzinie udało mi się skleić następującą historię. Oto ona: Pretekineterka długo więdła. Stała nad rzeką życia patrząc jak płyną horyzonty dusz i uniesień, których nie rozumiała wcale. Była nietoperzem patrzącym w słońce. Nie odbije radarowych fal. Wdzięczność i radość przemijały obok a ona więdła nie potrafiąc umrzeć bez pragnień. A miała pragnienia! Ludzkie miasta mijały i rozsypane w proch odrastały na nowo a ona chciała dać im mądrość trwania i grzech milczenia. Jej spojrzenie było powłóczyste i smutkiem sięgało poza horyzont. Jej spojrzenie było powłóczyste i tęskne, gdy wiosłowała wiele razy. Nie kochała ludzi. Jej marzeniem było móc pokochać choćby jednego. Mieć z nim dziecko i nauczyć się umierać, choć wiedziała, że to nie jest tak. Jej długie, wypielęgnowane palce dotykały dnia i stojąc nad brzegiem ruczaju opierała się plecami o kotarę nocy. Złe ptaki dziobały przestrzeń domagając się ziaren do zjedzenia. Pretekineterka więdła i wiedziała, że tam w dolinie czeka na nią Weteran. I że odprowadzi ją do świata succubów, które pochłoną jej ciało nie rozcałowane, włosy nie powąchane, usta nigdy uśmiechnięte, serce nigdy nie ogrzane, brzuch nie wypełniony dzieckiem i uszy nie uradowane jego głosem. Nie chciała tak. Chciała iść do miasta i pokochać kogoś. Mądrość moja u ukochanego człowieka nie będzie tak smutna jak u mnie. Pokażę mu wszechrzecz aby był szczęśliwy. Potem mogę umrzeć i nie dostanie mnie Weteran i nie zmieni w succuba. Wiedziała, że tak się pewnie nie stanie. Ssała więc niebyt nad brzegiem ruczaju. Rzeka płynęła ale tylko obok. Napiła się wody z rzeki. Nagle jej wzrok nie sięgał już poza horyzont. Nagle musiała podążać za nurtem i nie wiedziała dokąd dąży. Stado wszechrzeczy rozpierzchło się jak banda małp, a ona poszła pylistą drogą wprost do hacjendy , gdzie w cieniu pił alkohol El Micho popatrując pod Słońce na zbliżającą się postać. Nie umiała ludzkich słów. Upadła tuż obok a on podniósł ją i położył do łóżka. Poczuła ból nerki i nie była w stanie ssać niebytu. Pierwszy raz usnęła i przez to, a może przez dotknięcie El Micho, stała się człowiekiem . Cała ta historia tak po prostu? I trzymam ją w ręce? A więc kochała El Micho? Czy to Marija? Kim jest ? Dlaczego El Micho zataił to jakoś przede mną? Lapides clamabunt et aquila non capit muscas. Dopisek na dole skóry zaświadczał, że kamienie będą wołać a orzeł nie zajmuje się łapaniem much. Przeszedłem z powrotem obok sparaliżowanych zakonników. Nie będą mnie ścigać. Wiedzieli już teraz, że to na mnie czekała sakwa. Lub domyślali się. Wyciągnąłem z jednego małpiego skalpu kilka trupków much i położyłem przed nimi na posadzce. Gapili się przekrwionymi oczami. Na głos powiedziałem głośno i kilkakrotnie, aby mnie dobrze słyszeli. Lapides clamabunt ! Lapides clamabunt ! Lapides clamabunt ! Odszedłem niosąc brzemię małpich skalpów. Przed bramą dzwonnicy czekał Manolito. Upał oślepił mnie jak zwykle na moment, gdy stanąłem znowu na nieosłoniętym klasztornym dziedzińcu, gdzie małe wirki pyłu podrywały co jakiś czas leniwy kurz wkręcając większe ziarenka w spieczoną ziemię. Moje buty były zakurzone pyłem starej Ziemi. Tutaj był to tylko placek dziedzińca. Ziemia jest stara. Słońce piekło mnie kilka chwil, gdy trwałem tak zamyślony. W aucie panował luksusowy półmrok, wiał mróz od klimy a okna były zaciemnione żaluzjami. Odetchnąłem. Manolito wyłączył telewizor i zgarnął ze stoliczka naczynia. Puścił kojąca muzykę. Rozłożyłem skórę na blacie i próbowaliśmy na próżno jakoś dopasować wycinek policzka znaleziony w krzyżu. Manolito kręcił zawzięcie kierownicą wyprowadzając wóz z klasztornego podwórca. Zanurzyłem się w obrotowym, głębokim, skórzanym fotelu i zamyśliłem znowu. Zapylony rdzawy pejzaż kołował za oknami łukiem. Płaskowyż wysuszał rozum wraz z rozsądkiem i poczuciem czasu. Klimatyzacja pompowała rześki wiatr a w lodówce odkryłem mrożoną wódę i zimne udka kurczaka w galarecie. Było mi błogo. A jednak. Mimo mojego dwójsubu z El Micho, nie umiałem sobie wyobrazić nawet najmniejszego ułamka, nawet jednej srylionowej części wszechrzeczy, nie mówiąc o tym, że nie byłem z tego powodu wcale szczęśliwy. Musiałem mieć odpowiedzi i od Mariji i od El Micho. Po czwartej szklaneczce doszedłem do wniosku, że najpierw pogadam z El Micho. Ta sakwa i te pretekinetrskie opowieści, to za dużo dla takiej niższej inteligencji jaką jest człowiek w XXI wieku. To naprawdę zbyt wiele. Dlaczego pretekineterzy potrzebowali ciał bez stóp i bez rąk? Dlaczego kobiecych? Co ma z tym wspólnego Strażnik Mgły i dlaczego był człowiekiem? Patrzyłem na woreczki skalpów i nie chciałem ich otwierać już teraz. Poczekam do spotkania. Czułem, że Marija wie w tej chwili i teraz, i boi się nagłych odpowiedzi. Chce abym najpierw podjechał do niej. Ale ja jeszcze dwa dni będę w trasie nim wrócę do domu. Wyciągnąłem się na koi. Manolito jechał równym tempem. Łzy alkowy i brucyna znikły w szafce. Kim jesteś, Marija? > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS165
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025