Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: CAROLINA I TIAGO Łuna na drugim końcu miasta malała a strażacy robili więcej zamieszania niż to warte podziwiając się w swych błyszczących kaskach i fotografując z sikawką w mocnych dłoniach. Podkręcali wąsa i wypinali pierś. Budynki dopalały się spokojnie. Pies z wibratorem w zębach przebiegał ulicę, gdy Tiago wysiadał z kabrioletu otrzepując spodnie. Wszedł do półotwartych drzwi. Wspiął się po kilku drewnianych schodkach. Ciemny garnitur pochłaniał resztki światła jakie panoszyło się w korytarzu. - Panno S, podobno szukała mnie pani? - Sekretarki nie było już w biurze. Ktoś jednak siedział tyłem do drzwi. Zobaczył ją całkiem załamaną na foteliku z gazetą na kolanach i kieliszkiem w dłoni. Patrzyła się w podłogę. Przez chwilę pomyślał, że w biurze jest koś jeszcze ale to było tylko złudzenie niepokoju . - Piękna robota. - Powiedział głośno. Popatrzyła mimochodem za okno. Skąd wiedział? - To już druga taka w tym tygodniu. - Dodał z uśmieszkiem. Wstała z fotela i przekrzywiła obcas pantofelka chcąc obrócić się w jego stronę. Coś kliknęło. - Nie będzie łatwo się z tego wywinąć. - Mówił nadal. Nie zwracał uwagi na jej dziwne zachowanie ani na to, że mierzy do niego z małego pistoletu. - Kto powiedział, że tego chcę? - Wyszeptała mu prawie do ucha, a on uśmiechnął się krzywo jeszcze raz. Odwróciła się nagle. Szybkim krokiem podeszła do szuflady w biurku. Wyciągnęła stamtąd jakiś plik związany wstążeczką i położyła przed nim na biurku. - I tak mam dość tych wszystkich świrusów. - Rzuciła cichym, zrezygnowanym głosem. - Jakby tego wszystkiego było mało. Myślałam, że znowu kogoś przysłali. I, że ty jesteś jednym z nich. - Umieram ze śmiechu patrząc na to. - Odparł i jego twarz zrobiła się poważna. Podszedł do okna teraz on i patrzał przez chwilę na domy vis a vis. - Spadamy stąd. – Rzekł Tiago jakby na prawdę miał już dość pożarów, a jednak sycił wzrok łuną a uszy - odgłosami miasta. - Codziennie muszę wąchać smród ulic a w nocy smród zepsutych zębów. Mam dość tych dziwnie ambitnych facetów z kołpakiem od koła zamiast mózgu, którzy wieczorem mówią ci, że kochają a rano płaczą nad rozbitym jajkiem. - Fajny był ogień. - Stwierdził z podziwem. - Cóż, przydałoby się coś z prądem. - Odrzuciła w tył włosy, i zalotnie odchyliła się do tyłu. - Nie zawsze to robiłem. - Poważnie stwierdził Tiago podnosząc jej broń z biurka, i, chowając do jej torebki. - Nie zostawiaj jej tak głupio. I... nie wyjmuj tak głupio. - Mariolo jest za to odpowiedzialny. - Próbowała się wytłumaczyć. Tiago zdziwił się i stwierdził. - Plan jest taki. Możesz uciekać beze mnie. Masz pieniądze. - Wcale nie mam. - Powiedziała nagle. - Tiago zdziwił się ponownie. - No, a to, na biurku? Przecież to cała paczka! Bierz i jedź. - Tiago nie rozumiał tej baby. I jej uroda nic tu nie zmieniała. - Może cię to nie obchodzi , ale będzie nas ścigać, aż zabije. - Nas!? - Żachnął się Tiago. - Przecież mnie tu wcale nie ma, ani nikt mnie tu nie przysłał! Co ty bredzisz, kobieto!? - Ah, taaak....? - Jedź już. Na dole jest samochód a tu masz kluczyki. Nalała sobie rumu do szklanki i upiła troszeczkę. Potem jeszcze większy łyk i jeszcze jeden. - Tiago, ty jesteś przecież jego ojcem. Prawdziwym! A ja jego matką. Dlatego jedyny dziadek swego jedynego wnuka, Mariolo, nas złapie. Mariolo kocha wnuka. Albo tak mu się wydaje w jego chorych ambicjach macho. Złapie! Nie mnie, a nas! Rozumiesz?! Nas! Albo nas zamknie w jakimś idiotycznym kościele albo powystrzela jak kaczki. Znam mojego ojca lepiej niż sama siebie. Zrozumiałeś wreszcie? Dotarło? Teraz Tiago wypił szklaneczkę rumu, co zamiast rozjaśnić zmąciła mu umysł. Patrzył na Carolinę spode łba. Już jej prawie nie pamiętał. A na pewno nie pamiętał jej zapachu zmieszanego z nocą. Teraz jednak życie dogoniło gnoja i postawiło czyste warunki. Nie znosił czystości. Ale kochał życie. Otworzył klapkę komórki i wcisnął tylko jeden klawisz. Mało kiedy go używał. W słuchawce od razu odezwał się głos. Dziwnym sykiem Tiago zapytał słuchawkę. - Kiedy możecie być w mieście? - Tiago? - Tiago zmilczał. - Weź kogo tam masz i przyjedź. - Rzucił do słuchawki. Uspokojony chwilowo i jakby zdecydowany zmianą patrzył teraz lisimi oczami na Carolinę a ona siedziała nieruchomo. Wiedział, że żona Rica zleciła zabicie jego synka. To znaczy, ich synka z Caroliną i samej Caroliny i Tiago również. To wszystko stało teraz przysunięte jak kamień domina obok domina z nazwiskiem Da Esvas, które jak domino „mydło”, kamień bez kropek po obu stronach , przyciągał wszystko i wszystkie możliwe kropki reszty układanki. W końcu domino się zamknie a Tiago do tej pory nie widzi swojego miejsca . Zdecydował nie rozgrywać do końca domina w żadnym układzie. Miał już cel, i jego Carolina oraz ich wspólny syn.... taaak , to było to, co musiał i chciał teraz zrobić. Przedstawi ją ich przodkom, potem przedstawi ich synowi, gdy ten dorośnie i będzie gotów rozmawiać z mumiami. Dawno już powinien zmienić swoje życie na inne życie. Tutaj chcą mu pomóc zamienić je na śmierć. Celem, obecnie, było ukrycie Caroliny i synka z daleka od La Pampa del Fior. Stał tak nieruchomy i widocznie uśmiechał się pod nosem do swych planów, bo Carolina utkwiła w nim wzrok. W końcu ocknął się a ona poczuła się niezręcznie. Wiedział już co podpowiada mu życie, a może ktoś, kto już wcześniej obliczył i wykonał wszelkie przygotowania i intrygi... Chciał być odpowiedzialnym za loś swoich bliskich.... i stał się nagle takim. Wsiedli do auta i pomału odpłynęli w ciemność nocy. Mijali ulice i rzędy lamp, aż miasto skończyło się i wjechali w noc. Coraz dalej i ciemniej. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS148
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: PLANTACJA. Plantacja ukazała się w całej okazałości, gdy wyjechali zza góry. Była to sporawa zielona dolina. W dali, na zboczach widać było szeregi okopanych winorośli i pustych oraz pełnych wieszaków i podpór, ciągnęły się kilometrami we wszystkich podpowiedzianych słońcem kierunkach na zboczach i wzdłuż jarów. Czerwona ziemia dawała czerwone wino. Wjechali bramą, którą stanowiły dwa grube, dobrze ponad dziesięć metrów wysokie, murowane i kwadratowe w przekroju obeliski, zakończone murkami w kształcie gzymsów lub płaskich daszków zwieńczonych gigantycznymi, bazaltowymi kulami o średnicy ponad cztery metry każda. Obeliski były jak nowe, nie skażone nawet grzybem czy najmniejszym mchem. Posmarowane pewnie jakąś trującą substancją. Były olbrzymie jak na bramę. W środku z pewnością były puste. Może zawierały jakiś sprzęt lokacyjny lub kamery? Wjechaliśmy w dolinę i po kilkunastu minutach dotarliśmy do płaskiego budynku w stylu kolonialnym otulonym starymi platanami i kępkami zieleni. Manolito wysiadł pierwszy i porozmawiał z człowiekiem, który wyszedł nam na spotkanie z budynku. Rozmawiali chwilę, po czym poszli kawałek piechotą a my wraz z nimi wolno podjechaliśmy autem. Kabriolet zmieścił się akurat na platformie wewnątrz szerokiego budynku. Pojechaliśmy w dół. Winda zjechała przynajmniej kilka pięter pod powierzchnię i zatrzymała się w pustej gładko betonowanej , pomalowanej gumową farba hali skąd rozchodziły się gwiaździście podziemne korytarze. Pojechaliśmy jednym z nich zakończonym inną halą, dotykającą do podziemnej skały, pod którą stały pudełka kontenerowych biur i laboratoriów pomiarowych. Weszliśmy do jednego z biur. Manolito siadł z boku a pracownik przyniósł gorące mleko z jakimś dziwnie pachnącym dodatkiem. Wypiliśmy po szklaneczce. Nie czekaliśmy długo, gdy nadszedł Capitano. Hernando był tu najważniejszą osobą i wszyscy zwracali się do niego Capitano, mimo, że kapitanem już być przestał, a funkcje kierowania laboratorium otrzymał niejako z marszu, po nieudanej próbie przejęcia Plantacji przez japoński koncern metalurgiczny. Capitano wiedział czego chce. Najczęściej były to pieniądze i surowa lojalność. Był stary a jego długa broda i beret mogły być brane za oznaki sympatyzowania z Fidelem Castro i Che. Nic bardziej błędnego. Religia Capitano to fizyka i fizyka. - Jak leci Hombre? - Wyszczerzył krzywy zgryz. Tiago domyślił się, że to ma być uśmiech i też pokazał garniturę. - To jest Tiago, mój wspólnik. - Rzekłem wskazując na Tiago. - A to Manolito, nasz współpracownik. - Wskazałem na Manolito. Capitano przywitał się i powiedział. - Wypiliście izotopowy znacznik antyserolityczny. W przypadku zanieczyszczenia organizmu będziemy wiedzieć, co wam podać dla zbilansowania dawki. Przejdźcie teraz przez czytnik, który zapamięta waszą schematykę mineralną i izotopową. Jak macie broń, to nie musicie jej wyjmować, bo nie ma to żadnego wpływu. Jesteśmy teraz nad komorą neutrinową. Panowie, to jest największa komora na świecie i ma ponad cztery kilometry głębokości i kilometr średnicy. Mierzymy powolne neutrina przelatujące przez nasza Ziemię, czyli naszą kulę. Przelatują one od drugiej strony, a ja tu mierzę te, które dotarły jako powolne i chcą wylecieć przez powierzchnię z tej strony. Czyli, senores, jesteśmy tu przy wylocie neutrin w kosmos po tym jak przybyły z kosmosu i przeleciały całą masę naszej kuli by pobiec dalej w kosmos. - Opowiadał i fascynował się tym coraz bardziej. Tiago słuchał go zafascynowany. - Jak to możliwe, że te neutrina przelatują przez środek naszej Ziemi, jej jądro i płaszcze, płynne frakcje magmy i niklo-żelaza? - To proste, senor Tiago. Niech pan sobie wyobrazi, że każdy atom wygląda jak nasz układ słoneczny, ale że pierwsza planeta jest dopiero w trzystu odległościach wielkości Słońca od niego. I tak dalej. I teraz puszczamy jakiś statek kosmiczny w poprzek tego naszego pustego jak dla malutkiego statku, systemu. Szansa trafienia w jakiś element jest mała i statek przelatuje obok planet na wylot. To samo dzieje się z neutrinem lecącym przez atom. - Co to za neutrina? - Spytał zirytowany Tiago wspominając sobie, jak całował stópkę Jezuska. Miał głupią minę. Posmutniał bardzo, gdy uświadomił sobie, że składa się z pustki przez którą mkną neutrina całymi strumieniami nie zderzając się z jego planetami. Gdzie jest jego dusza ? Gdzie Syn Boży ? Gdzie Duch Święty? Gdzie Duchy Przodków i Głos Wewnętrzny, który mówił mu całe życie jak przedostać się do następnego dnia? Zauważyłem ten stan. - Tiago, przynosisz wstyd depresji. - Roześmiałem się na głos. - Lepiej obejrzyjmy komorę neutrinową. - Capitano powiódł nas schodami w głąb Plantacji i stanęliśmy w metalowych drzwiach na szczycie olbrzymiej dziury w Ziemi. Obudowani metalową siatką, zabezpieczającą przed upadkiem kilka kilometrów w dół, spoglądaliśmy na daleki zarys ścian oświetlonych punktami żarówek. Wewnątrz wiał bezgłośny wiatr a niewprawne echo powtarzało każde nasze słowo. Capitano promieniował co prawda nie neutrinami ale prawdziwą jaśniejącą dumą. Bo i Plantacja była imponującym laboratorium. Weszliśmy do sali odczytów, siedziało tam kilkunastu ludzi analizujących dane przy swoich pulpitach. Na środku stał długi stół zastawiony jedzeniem i napojami. Było nawet pieczone prosię z jabłkiem w ryjku. - To na twoja cześć, Hombre. - Powiedział Capitano. - Prosie po polsku z jabłkiem. - Wielki to zaszczyt dla mnie, Capitano. - Rzekłem ujęty prosięciem po polsku z jabłkiem w ryjku. Siedliśmy razem z technikami za stołem a Manolito wyjął przyniesione z bagażnika butelki polskiej wódki i jedną flaszeczkę spirytusiku z Krakowa specjalnie dla Capitano. Wypiliśmy po jednym kieliszeczku spirytusiku , po którym oczy wyszły nam na wierzch i zaczęliśmy kaszleć. Przepiliśmy to wódką. Tiago nie odważył się tego pić nauczony wcześniejszymi doświadczeniami. - Co do gliceryny, Hombre, to potrzebna jest na wczoraj. - Rzekł Capitano, gdy doszedł do normy. Mamy niespójne dane, ale nie będę cię zanudzał szczegółami. Tak na przykład wczoraj mamy obraz cieni ludzkich na zapisie. To dlatego również dzisiaj daliśmy wam mleczko izotopowe. Te cienie to jakaś totalna bzdura. Czegoś takiego nie powinniśmy w ogóle mieć. - Jak to cienie w odczytach? - Spytałem od niechcenia zjadając podskórny tłuszcz prosięcia, którego nigdy nie lubiłem, gdy mi go w Polsce nakładali na talerz. A tu patrzcie, sam sobie nałożyłem! Alkoholu tez nie pijam, a spirytus nauczył mnie pić Saszeńka na jego urodzinach, gdzie jako przepitkę stosowaliśmy mocną wódkę. Tylko wtedy to działa. Nigdy nie przepijaj spirytusu wodą. Żeńska część inżynierów zmieniła surowe kombinezony na sukienki i wypuściła włosy spod czapeczek ochronnych. Ktoś częstował domową sałatką z czarnej fasoli i małymi placuszkami wygiętymi w pół. Polska wódka działała szybko. Tiago gdzieś mi zniknął a Manolito siedział posmutniały, gdyż nie wolno mu było nic pić, gdy był z nami w pracy. Capitano nieźle już podchmielony chciał koniecznie zaśpiewać w komorze neutrinowej. Manolito nie było na swym miejscu. Dochodziliśmy już do metalowych drzwi, gdy wypadł stamtąd Manolito cały dygocząc i płacząc. Weszliśmy do środka. Tam na przeciwległej ścianie lub w jej pobliżu wisiał Tiago jakby zaczepiony na niewidzialnej nici. Był przytomny, tylko wystraszony, albo może należałoby powiedzieć, pokorny. - Tiago! - Krzyknąłem do niego. - Co ci jest? Jesteś ranny? Capitano starał się wyprostować i oprzytomnieć. W końcu wykrztusił. - Ależ senior Tiago popiłeś zdrowo! Ale Tiago był trzeźwy na tyle by się z tego nie śmiać i przerażony na tyle by odpowiedzieć logicznie i sucho. - Uwięzili mnie tutaj. Wiszę bez oparcia dla nóg i rąk. To nie żadne neutrina ale jakieś mumie! Wtedy ich zobaczyłem. Było ich całe mnóstwo. Otaczały Tiago ze wszystkich stron. Aż dziwne, że do tej pory nie zwariował. Succuby tłoczyły się też przy wejściu. Pomyślałem aby oddali mi Tiago a oni odpowiedzieli, że zaraz go puszczą. Nagle przestałem się bać. Tiago podpłynął do mnie przez szerokość komory, a Capitano zwymiotował na neutrina wylatujące w kosmos na sam ten widok, który nie mieścił się w jego fizyce. Tiago bełkotał coś o przodkach i figurce Jezuska. A ja śmiałem się z tego całego zajścia, patrząc w oczy Manolita i podtrzymując chwiejącego się Tiago. Zawlokłem ich z powrotem do stołu, który Capitano zdołał jeszcze zarzygać drugim pawiem i siedliśmy wśród śpiewających naukowców nieświadomych zaszłej sytuacji. - Capitano, a więc wiesz już, co to za cienie? - Klepnąłem go po ramieniu. Patrzył na mnie zdębiałym wzrokiem i wychylił kieliszek spirytusu bez popitki. - Teraz masz problem, bo jak to opiszesz w swych raportach? - Hombre, chyba nie powiesz nikomu, co tu mamy? Zamknęli by mi Plantację! Capitano jeszcze nie rozumiał, co to są Succuby , ale już zaczął się bronić. Tiago siedział i patrzał na mnie tępo. Manolito był trzeźwy i dlatego rwał sobie włosy z głowy. - Hombre, co to było? - Zapytał w końcu Tiago. Podałem mu dużą golonę i szklaneczkę wódki, którą wychylił bezwiednie. Wzdłuż stołu krążył joint i dotarł do mnie podany przez jakąś kobietę z kwiatami we włosach. Pociągnąłem dym do siebie i zatrzymałem pod powierzchnią nosa. Tiago nie chciał podanego jointa i podał go machinalnie dalej. - Nie powinieneś ich znać. - Powiedziałem powoli. - Choć właściwie przedstawię cię im, Tiago. Popatrzył na mnie groźnie a potem coś się w nim przekręciło i wstał pełen respektu. - Jak tak uważasz , Hombre, to chodźmy do nich. - Powiedział to poddańczym głosem pełnym aprobaty. - Siadaj. Nie musimy do nich iść. Zaprosimy ich do nas. - Manolito wymierzył do mnie z pistoletu. - Hombre, jak to zrobisz, to cię kropnę. - Tiago uśmiechnął się pod wąsem pierwszy raz od godziny. - Popierdoliło cię, Manolito! Przecież ja bym już może nie żył, a fruwać nie umiem. - Umiesz. - Rzekłem rozbawionym głosem. - I Manolito też umie. Wiem już po co im ta gliceryna. Tiago! Z podłogi zaczęły wyłaniać się głowy a potem całe postacie Succubów. Inżynierowie klęli na swoje tytuły a succuby przysiadły się do nas do stołu, jeśli tak można powiedzieć, gdy ktoś wisi do góry nogami dotykając głową miski z sałatką, albo wystaje do łokci ze środka blatu. Ludzie dostali szoku, a ja najspokojniej przedstawiałem succuba Tiagowi. - Senior Tiago, to jest Succub. Senior Succub, to mój przyjaciel Tiago. Succub oczywiście nie wziął nic do ust ani nie napił się wódki, nie mówiąc o zajaraniu trawki. Capitano unosił się z pól metra nad stołem przemyśliwując realność zasady nieoznaczoności Heisenberga. Przywykł jednak do tego stanu i trzymał nawet w dłoni talerzyk z małżami i cytryną. Większość naukowców fruwała wkoło stołu próbując okiełznać umysłem nową fizykę i stare przyzwyczajenia. Succuby fruwały między nami ale nie machały rękami a ich nogi rozrzedzały się niknąc dla naszych oczu w powietrzu. Niektórzy próbowali zgadywać płeć Succubów lub zajrzeć w ich twarze, rozmazane i nieprzeniknione w swej bezwymiarowości i bezbarwie. Capitano pytał się coś przepływających obok niego succubów, ale chyba nie otrzymywał odpowiedzi. Nalałem kieliszek frunącemu wprost do mnie inżynierowi a on podniósł go w górę i zawołał. - Niech żyje gliceryna! Manolito siedział obolały a obok niego leżał rewolwer. Tiago wstał i podszedł do mnie dziwnie trzeźwym krokiem. - Czy oni żyją? Hombre, czy oni są żywi? - A co, chciałbyś móc ich zabić? Czy wtedy wydawałoby ci się , że masz nad nimi władzę?- Tiago zatoczył się i zamiast odpowiedzi wywrócił oczy do góry. - Przecież jak kogoś zabijasz, to twoja władza nad nim się kończy. Po co ci taka władza? Po co taka kara? Jeśli zabicie kogoś jest rodzajem kary? A jeśli oni nie żyją, tylko egzystują? Popatrz jakim jest nasz świat? Może zaraz wrócą do swojego mrowiska jak mrówki do swojego. - Czy my się znamy z mrówkami? Znasz jakąś z imienia? – Rzęził Tiago strzepując oliwę z rękawa... Tiago i Manolito patrzyli na mnie rozumiejąc wreszcie. Manolito odparł całkiem na trzeźwo. - Chodźmy więc do ich mrowiska. - Nie, Manolito! - Krzyknąłem wtedy.- Chodźmy tylko z nimi pofruwać! Succuby jednocząc się ze mną pofrunęły w stronę metalowych drzwi a my wszyscy pofrunęliśmy razem z nimi do komory neutrinowej. Capitano zapalił światła i wielki korowód ludzkich postaci i succubów wił się serpentyną niczym klucze ptaków w całej kilkukilometrowej komorze. Fruwaliśmy tak całą noc, a może i cały następny dzień. Bo zapisy odczytów nie były precyzyjne. A obudziliśmy się na dnie komory dwa dni potem wśród trupków much i innych owadów przypadkowo zmarłych na dnie. Pojedyncze succuby tkwiły pod ścianami lub między nami nieruchomo, ale nie baliśmy się ich ani one naszych naukowców. Dużo czasu zajęło wszystkim wdrapywanie się po małej, kilka kilometrów długiej , metalowej drabince do samej góry komory. Siedliśmy nad szczątkami uczty. Niektóre succuby tkwiły przy stole miedzy nami. - Co robimy? - Spytał rzeczowo Capitano swoją ekipę. - Wariujemy? Czy znajdziemy wspólny dla nas wszystkich mianownik? - A co na to nasze rodziny? - Odezwała się grubaska z lewej. - Jakie rodziny? Jakie zwierzania? - Żachnął się główny inżynier. Przecież to musi być tajne jak nasza praca. Inaczej nas do czubków pozamykają. - My już nie istniejemy! - Jęczał ktoś z twarzą w dłoniach. - Nie da się utrzymać takiej dużej grupy? Przecież nie zostaniemy sektą? - Czy to zaprzecza istnieniu Boga? – Pytała cycata geolog. - Jedynego tak, ale Boga jako takiego, na pewno nie! – Odparł zimno Tiago wspominając nóżkę Jezuska oraz swoich przodków wraz z ich listą imion. Succuby zaczęły błyszczeć ale to zauważył Capitano po chwili. Wsiedliśmy z Tiago i Manolito do wozu a winda wywiozła nas na powierzchnię. Manolito wsadził sobie lufę pistoletu do ust, a potem wyrzucił daleko cały pistolet i zapasowy magazynek. Wiedział, że śmierć nie jest już ucieczką. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS147
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: SKRZYPEK DLA HOMBRE - Szukam pana Puddinga. - Wchodzimy sobie w paradę. - Na pewno? - Ktoś dał mi te zdjęcia. - Widzę na nich siostrę Puddinga, ale to niewiele zmienia. - Czy pojechała na zachód za bratem? Czy wiesz, co teraz się z nią dzieje? - Co z tego masz? - Mogę odkładać na emeryturę. - No właśnie. - Kiepski powód życia. - Umiem czytać między wierszami. - Wracaj do domu. Skrzypek urwał jakby skończył mu się smyczek, albo grał do kotleta. Koncert wiolinowy Mendelssohna wydał mu jakiś taki wyświechtany. Wyświechtany? Zamyślił się na chwilę i rozpoczął nowa frazę koncertu e-moll. Wszystkie włoski na rękach i plecach stanęły mi dęba a drżenie przebiegło mój grzbiet i rozpostarło się na całe plecy. Dźwięk ciągnął się tęsknotą tak obrzydliwą i prawdziwą zarazem, że wessał mnie całkiem w swoje wiry i kazał iść z nim dalej do wspominajek bajecznych czasów dzieciństwa, skąpanych w słońcu zapomnianych dni i rozrzewnionych soczewkami łez scen. Ciągnął mnie przez obszary niesfornych zdarzeń przeinaczonych przez zmysły i ustawionych w kolejce marzeń do raju mego dzieciństwa. Muzyka kleiła się do moich złych myśli obłaskawiając i ogłupiając mój mózg. Błogość rozlała się po moim wnętrzu zmiękczając złe zakusy i podłości mojego ciała kryjące się teraz po kątach. Skrzypek grał nie wiedząc, że jestem jego więźniem. Podniosłem ramię aby go uderzyć, ale nie dało się go dosięgnąć a moja ręka zamarła w pół drogi i tkwiła tak uniesiona bez afektu i celu. Zazgrzytałem zębami. Nie mogłem znieść tej muzyki i jej piękna. Geometryczna czystość jej dźwięków wdzierała się w moje łzy i krystalizowała napiętymi liniami w moich trzewiach. Ach, żeby wreszcie przepiłował to pudło i poszedł! Tego nie da się znieść! To zły duch piękna zawładnął moim krnąbrnym umysłem i naigrywa się ze mnie. Było mi fizycznie niedobrze i dostałem torsji. Piękno ociepla mnie niczym Dobre Słońce butelkę oranżady, która jedyne, co umie w takiej sytuacji zrobić, to tylko wyprysnąć kaskadą bąbelków tracąc swoje życie. Ale ja byłem sparaliżowany a ten cholerny Mendelssohn piękny. Był doskonałością i esencją geometrii i taktu pomieszanych z barwą dźwięków oddzielonych segmentami w najlepszych proporcjach. Skrzypek skończył grać i przetarł okulary, jakby się nic nie stało. Sięgnął po szklaneczkę i przepił wodą. Sięgnął znowu po smyczek ale chwyciłem go za przegub i syknąłem. - Wystarczy ! Wystraszony uciekł, a ja nie miałem jak podbiec do niego i pogratulować mu, i przeprosić. Siedziałem całkiem przygnębiony napompowany niby energią, która zaklęta w tej muzyce oplotła mój organizm i przedostała się do pamięci gruchotając fałszywe pomniki. Nie umiałem się ruszyć a ona grała we mnie cała i jednocześnie pulsowała swoją geometrią barw i naprężeń. Wiem już, jak można leczyć muzyką, bo mnie właśnie powaliła. Dostrzegłem kelnerkę płynącą w moją stronę między stolikami. Była blondyną o długich prostych włosach. Miała minę jak welonka przed wrzuceniem do kibla, więc zamówiłem koniak, a ona wkleiła mi uśmiech jakby zrozumiała, że zacięła się spłuczka i czyściec potrwa dłużej. Wyszczerzyłem do niej zęby pełne współczucia a może komensalizmu, dość, że zrozumieliśmy, zdawać by się mogło, nasze wzajemne intencje. Miałem tylko nadzieję, że nie da się napluć mi do koniaku, a jeśli już, to się zaraz samo zdezynfekuje. Tkwiłem nadal ogłuszony muzyką i czułem jak bolą mnie włoski na ramionach i plecach, i skrobią układając się znowu do snu. Podczas, gdy oburzony skrzypek perorował w bezpiecznej odległości gestykulując żywo. Poczułem na sobie karcące spojrzenia obsługi, koncentrujące swe zabójcze promienie na moim stoliku. Było mi wszystko jedno, byle już nie grał. Wybrałem numer Tiaga i zamówiłem półmisek pieczonych małych langust. Odlałem sos do miseczki a raki polałem koniakiem. Jadłem je jeden po drugim rozłupując i dzieląc skorupy. Tiago wszedł pod koniec półmiska i tez zamówił coś do picia i jedzenie. Siedzieliśmy milcząc i jedząc. - Dlaczego muzyka nie gra? - Spytał z głupia Tiago popatrując na stolik obsługi. - Daj im dzisiaj spokój. - Wyszeptałem nieswoim głosem. - Aha. - Rzekł Tiago. Welonka przyniosła dodatkowe taccos i jakiś straszny likier. Pomału odzyskiwałem mięśnie i oczy. Muchy zaczęły normalnie bzykać i odgłosy z ulicy jakoś poczciwie docierały do moich uszu. - Muszle podpięte już do kilu i łódź czeka gotowa. - Powiedział Tiago między kęsami. Skinąłem mu głową na znak zrozumienia. - Poczekajcie jeszcze do wieczora. - Powiedziałem. - Muszę mieć potwierdzenie i wtedy w drogę. Tiago gryzł jakiś uparty kęsek a ja patrzyłem na skrzypka. Muszle były pojemnikami z plastiku pasującymi do kształtu jachtu. Przypinaliśmy zawsze po dwie muszle od wysokości kilu. Napełnione były wszelkiego rodzaju artefaktami, którymi można było obdzielić kilka muzeów. Każda muszla warta była fortunę a szły do końcowego klienta. Żadnych pośredników. Klientów dobierałem sam i nigdy nie sprzedałbym jakiemuś Japończykowi obrazu, zwłaszcza Paula Gaguina, lub Renoira wiedząc, że żółtek chce się z nim dać pochować albo spalić pośmiertnie. Najlepiej jeśli klient był snobem, bo nie rościł sobie pretensji do znawstwa i można było z nim zjeść normalne jedzenie, a nie jakiegoś barokowego ślimaka o strasznie francuskiej nazwie i zzieleniałym ze złości nadzianku o smaku strawionej ziemi. Najlepszym klientem był oczywiście Watykan. Jednak skupywał przeważnie sztukę nowoczesną więc artefakty pozostawały w procentowo znikomej ilości. Drugim klientem było oczywiście Nasa, gdzie lądowała większość zbiorów i czasem zastanawiałem się czy nie wożą tego promem kosmicznym i nie rozrzucają tych artefaktów po orbicie. No, ale dość tych głupot. Każda muszla dawała spory zysk. Miała wewnętrzny kompresor, który napełniał ją powietrzem aby wypłynęła z głębiny, gdyby zaszła potrzeba zatopienia jej przed strażą celną, a potem wydobycia w dogodnym momencie. Baterie wystarczały tutaj na miesiąc. Nieraz używaliśmy tej metody pozostawiając towar do dyspozycji klientów. Europa była gorsza i lepiej strzeżona. Już sami piraci na swych szybkich łodziach, zjawiający się znikąd i w dowolnym miejscu Morza Śródziemnego, dawali przedsmak porażki. Nawet, gdy znało się tego czy owego, zawsze znalazła się jeszcze jakaś grupa łodzi gotowa ugryźć na oślep. Odpinaliśmy wtedy muszle uciekając mocniejszym przeważnie jachtem przed piratami. Zeszłej jesieni zabili nam dwóch marynarzy z obsługi jachtu. Po tym zajściu chyba się opanowali i omijali nasze transporty milcząco. Nie wtykałem nosa do Afryki, skąd coraz częściej pojawiali się kurierzy z zaproszeniem. Ja jednak dawałem do zrozumienia, że nie będę przedzierał się miedzy pontonami piratów, ani omijał ich wodnych bomb. Tak więc Arabowie pojawiali się w Puli i tam dokonywaliśmy transakcji. Kto i dlaczego finansował piratów nie wnikałem. Ale nie raz widać było a raczej słychać po intonacji arabskiego głosu, kto i zacz jest tu uwikłany. Oczywiście inaczej jest na Morzu Czerwonym, które rządziło się swoimi zależnościami i podziałem wpływów. Welonka podpłynęła znowu na znak Tiaga. Przyniosła cygara na tacy, do wyboru. Siedzieliśmy i dymiliśmy. Skrzypek gdzieś się zawieruszył a nowi ludzie przy stolikach nie mieli pojęcia o zaistniałym wcześniej incydencie. - Pojedziemy wcześnie na plantację. - Rzekł Tiago. - Pogadasz z kim trzeba i załatwimy sprawę europejską do końca jak należy. - Wiesz, Tiago, muszę mieć moją glicerynę. Na plantacji już zbyt długo na nią czekają. - No tak, ty swoje. A po kiego im aż tyle gliceryny na raz? - Wyszukują tory cząstek spowalnianych. Robią to metodą kropelkową Millikana. Sam nie wiem po co aż tak dużo. Może mają jakiś olbrzymi tunel? - Tiago poprawił mankiety i wytarł usta serwetką. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS146
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: RICO CAŁUJE POSĄG W USTA. Rico pocałował posąg w usta. To gryzetka w czepku, takie popiersie ustawione na parapecie okna , patrzące jednak w stronę pokoju i zatroskane w swym kamiennym wdzięku niemymi ustami. To taka sama sytuacja, jak gdyby ktoś posadził kobietę z krwi i kości na cyferblacie wielkiego zegara o twardych metalowych wskazówkach i zimnej porcelitowej bieli cyferblatu tak dużego, jak ona sama. Nie mówmy tu jak gruba czy chuda byłaby ta kobieta. Ważne jest, jak miękkie jej ciało poddałoby się czasowi. Pocięte i rozsmarowane w zwolnionym tempie przez wskazówki rozmazało by się na porcelicie kryjąc cyfry brunatną wydzielina tłuszczu, mięśni i płaczu. Zmieszane kości i jelita przyschnięte wokół osi nie wstrzymają wskazówek ani na chwilę. Czas wymaga swoich makijaży i piękna. Dlatego warto pocałować posąg w usta i dlatego drżenie w skroniach jest zimne jak usta posągu. Ktoś porysował kredką szyję dziewczyny, a marmur przyjął to bez skargi. Rico oparł tam swą dłoń lecz wyczuł tylko kurz i gładkość zimnego kamienia pod spodem. Zmieszał się i przełknął ślinę, bo myślał, że napotka miękkość i ciepło ciała. Marmur był suchy i gotowy rozpaść się za byle przyczyną a jednak tkwił tu od dziesięcioleci nieuszkodzony i nie martwy a przecież bez życia, bo bez marzeń. Żyłki na skroniach Rica napęczniały migotaniem dziwnego płynu w środku , a jego usta przylgnęły do ust posągu na długą sekundę. Wszystko czego szukał i co chciał powiedzieć światu umieścił na jej ustach, będąc pewnym jej dyskrecji i opanowania strachu przed jego wizją. Wargi posągu były bezszminkowe. Poszedł dwa kroki dalej nie patrząc na posąg . Unikał jego spojrzenia. Długo zastanawiał się nad sensem, ale dał spokój swoim domysłom obracając pętelkę po urwanym guziku kamizeli dotarł do schodów prowadzących na ulicę kłębiącą się spalinami, odchodami psów i emerytami spiesznie kupującymi coś przeciw inkontinencji. Kwiaciarki dolewały roztwór cukru przedłużając agonie kwiatom a gołębie roznosiły choroby wśród zwierząt domowych i kruków. Z góry spostrzegł Mariję wchodzącą do sieni przez rozświetlone słońcem z ulicy drzwi. Stanął przy drewnianej barierce. Obie dłonie zapiął na poręczy i patrzył w dół na dziewczynę. Wiedział, że nie ma odwrotu i że nie może jej ominąć ani zawrócić z drogi. Ona zatrzymała się wpół schodów i podniosła głowę w stronę Rica. Kobieta osłabia w mężczyźnie serce. - Czy coś zanęcasz i sieci rozciągasz jak pająk lub rybak? - Rzekła niedbale Marija patrząc Rico prosto w oczy. Bał się i nie wiedział, co teraz będzie. - Dlaczego? - Spytała Marija. Stał wysoko nad nią i bał się zrobić jakikolwiek ruch. Zimno pocałunku posągu tkwiło wciąż na jego wargach, mimo że były teraz rozpalone. Przygryzł je mocno ale nic się nie zmieniło. - Sprzedałeś ich tak po prostu? Pomyśl o swoim ojcu. Pomyśl o jego ojcu. Oni wszyscy patrzą na ciebie. - Rico nie znał swego ojca, ale pomyślał o nim. - Chciałem coś zmienić i nie dało się tego uniknąć. - Burknął Rico. Nie sprzedałem ich wcale, ani nie powiedziałem, dokąd pojechali. - Akurat! - Rzuciła mu w twarz karteczką z danymi rezerwacji lotu. - To nie tak. - Powiedział Rico. - To nie tak. Chcesz, to mnie, zastrzel. Ale to nie prawda. Bał się coraz bardziej. Oczywiście poznawał kartkę. Oczywiście pamiętał, jak zagadnięty w progu podał nr lotu kurierowi. Nie zdawał sobie wtedy sprawy dlaczego i kto tak faktycznie chce wiedzieć. A jednak nie powinien tak robić. Jest zbyt starym lisem aby nie zareagować właściwie. Może jakaś część w nim chciała ich wpadki. A może cos podszepnęło mu, jak pozbyć się problemów z pomocą słowa. A jednak nie uronił ani jednej łzy, co w jego przypadku było dowodem niewinności. Uczepił się tej myśli. Podziwiał Mariję za proste słowa. - Marija, co teraz zrobimy? Zapytał. Czy zabijesz mnie tutaj? - Ani ja nie mam zamiaru cię zabijać, ani to nic nie rozwiąże. Potrzebujesz czasu by wygrać tę grę. - Teraz dopiero zauważył, że ręką schowaną na plecach zabezpiecza dyskretnie broń. A więc jednak. Miała go i nie strzeliła. Chciałby być teraz tchórzem i się posikać ze strachu. Nic jednak takiego się nie stało. Dopiero po chwili zrozumiał sytuację. Zszedł powoli ze schodów i podszedł do dziewczyny. Nie śmiał podejść zbyt blisko, ale ona wyraźnie nie bała się go wcale. Pomyślał, że go lubi. - Rico, zaproś mnie do restauracji. Chce mi się jeść i pić. - Powiedziała Marija szybko i bez wahania. - Bueno. - Odpowiedział zaskoczony. - Chodźmy się przejść, tuż obok portu jest dobra restauracja. W tym narożnym budynku. To nie daleko stąd. - Strach mijał mu powoli zawieszony na kołku jak miecz Damoklesa nad prokrustowym łożem. Było mu nieswojo, ale właśnie otrzymał szansę. Tutaj w tym obcym mieście. W dawnej Republice Weneckiej. Pula była obecnie dekadenckim miastem, a mieszkanie Hombre pełne dziwnych gratów. Indianka znalazła go tu w miejscu, gdzie nie powinno go być. Teraz ta restauracja. Wzięła go pod rękę. Szli nadbrzeżem obok kołyszących się jachtów i wózków z pamiątkami Koloseum do którego wił się ogonek turystów. Usiedli daleko od klimatyzacji w najbardziej zacienionym kącie i zagłębili się w lekturze menu. - Co właściwie chcesz? - Spytał Rico. - Zjem sałatkę i wino bianco do tego. - Dobrze, ale ja chcę wiedzieć, co chcesz ode mnie, Marija? - Jego twarz zdradzała ojcowską troskę, ale Marija nie patrzyła wcale na niego skupiona widocznie na przekładaniu broni na plecach w mniej uwierającą pozycję. Rico zamknął kartę dań i kelnerka przyjęła zamówienie. Popatrzył uważnie na Mariję. Nie była to już smarkula, jaką znał z domu El Micha. Nagle dostrzegł w niej wroga i kobietę jednocześnie i nie mógł sobie z tym poradzić przez chwilę. Wybrał opcje z wrogiem. - Jesteś pajacem incognito. - Wypaliła nagle Marija. Od razu zrozumiał, że popełnił błąd, i zmienił opcje na tą, z kobietą. Nie była jego wrogiem. Pomyślał, że Marija ma ładne oczy. Ale nie powiedział jej na głos żadnego komplementu, aby sobie nie wyobraziła czegoś głupiego. - A więc czego chcesz ode mnie? - Powtórzył pytanie. Dziobała widelcem kawałki sałatki próbując trafić w groszek. - Rico, masz czas, bo go chciałeś. Odkręcisz wszystko. Hombre nie musi o tym wiedzieć, ale, i tak się dowie. - Uśmiechnęła się dziwnie pod nosem. Pocałował ją chociaż miała sałatę w ustach. - Czy to już apokalipsa? - Zakpiła Marija. Rico pocałował ją jeszcze raz, a jej spodobało się to bardzo. Napiła się wina i zapytała Rica przekornie. - Na pewno tego chcesz? Wiedziała, że Hombre dowie się wszystkiego z jej głowy, ale teraz spodobał jej się ten pajac Rico a wino zakręciło w głowie. - A umiesz całować w esperanto? - Spytała. Zanim zrozumiał, o co chodzi, zamówiła dwie porcje befsztyka z cebulą. Pocałował ją znowu. I patrzył na nią inaczej. - A co z Hombre? - Zapytał nagle zdumiony słysząc swój własny głos jak wyrzut sumienia. - A co ma być? - Odparła. - Będzie żył i tak dłużej od ciebie, to sobie odbije. Uśmiechnęła się znowu dziwnie pod nosem i ukroiła kawał befsztyka. Rico pomyślał o broni na plecach Indianki, ale nic nie powiedział. Zamówił następną butelkę wina. Marija przybliżyła się do niego i było jej dobrze. Starała się nie myśleć o kamieniach ani o zimie, ani o lamach, ani kolorowych wełnach odmierzających cyfrą światy. Spróbowała skupić się na roli i sformułować jakieś pytanie. W końcu wydukała. - Co z tą galerą? - Rico spojrzał na nią podejrzliwie. - Nie kłam tylko. Masz już galerę a Hombre obiecał ją Puddingowi. Gdzie ją ukryłeś? Rico objął ją ramieniem. Pozwoliła się znów pocałować. - Wiesz, Marija, to nie jest zwykła galera. Czerwony okręt ze złotym żaglem i purpurowym baldachimem. Pozłacane drągi wioseł i zielone burty. Żółte ptaki na dziobie i rufie. Wielki gryf dziobowy i olbrzymi kolec do taranowania przeciwnika, cały w cynobrach i pomarańczach, niczym olbrzymie żądło osy. Wiesz, Marija, to dzięki tejże galerze Republika Wenecka stała się potęgą! Ona nie jest na sprzedaż! To ona dała potęgę i uczyniła z małej niepozornej Republiki Weneckiej najpotężniejszą handlową republikę wszech czasów. - Jeden statek? - Spytała naiwnie Marija. Nie uwierzył jej. I miał rację. Nie obchodziło jej to. Próbował ją jeszcze raz przekonać. - Mamy go, ten statek, namalowanym na obrazie...hmhmhm. - Ciągnął dalej. - San Marco in Bocca Lana to mała wyspa zatopiona na lagunie. Tam dobiła ta galera w swym ostatnim rejsie. Nie da się jej jeszcze podnieść i nie powinniśmy jej nigdzie przenosić. Musimy tam poszukać czegoś dalej. Marija, to nie jest taka sprawa, jak mur, który Hombre rozebrał i wywiózł. Musimy tam pojechać. Zobaczyć, gdzie dokładnie leży ta galera. Co robią te statki na terenie klasztoru? Dlaczego są tam dziesiątki ludzkich kości, całe szkielety i fragmenty. Czy ty wiesz, co to za odkrycie? Na tej lagunie leży ta jedyna 700letnia galera. Kto ją zbudował ? Dzisiaj jej szczątki próbują powiedzieć nam jak została zatopiona i jaki los spotkał jej galerników? Kto siedział za wiosłami i dlaczego galera przycumowała do wyspy na której był klasztor. Co to za druga łódź, typu barka, znaleziona po drugiej stronie klasztoru? Czy doszło do bitwy? Kto w tamtych czasach zbudował tak ogromną barkę? Na czyje zlecenie? Rico wydawał się bardzo zaaferowany sprawą galery. Był przecież starym przemytnikiem i dziwne było takie podejście do sprawy. Tu zarobek szykował się kolosalny. Sam Watykan chętnie połknąłby taki artefakt niezależnie od ceny zanim muzea obcych krajów rozkradną poszatkowany na kawałki skarb i nie zostanie nic ani dla wiary, ani dla analizy naukowej, poza wywieszkami miernych badaczy i pseudosław żywiących swą próżność odpadkami dawnych świetności. Co przewoziła taka wielka barka? Co kryją mury zatopionego obecnie klasztoru? Dlaczego tam zakończyła swą podróż sławna galera Republiki Weneckiej? Wierz mi Marija, że to nie są jakieś tam tolteckie skorupy . Kiedyś byłem ankieterem i lubię rozmawiać z ludźmi. Przypadkowo znalazłem się w pobliżu jakiegoś przyjęcia. Nudził długo. Co zamierzasz teraz zrobić? - Spytał Rico na koniec przemowy. - Przeliczyć swoje atuty. - Rzekła szybko Marija. Rico pocałował ją znowu. Nie opierała się wcale i specjalnie przedłużała pocałunki. - Całujesz się z córką swego przyjaciela i z żoną swego przyjaciela. Omawiasz i planujesz zdradę interesów swego przyjaciela z jego żoną. Boisz się śmierci, ale nie boisz się tego, co po niej nastąpi. Rico, czy ty dlatego nie płaczesz? - Wiesz kto to jest? - Nie dobijaj mnie. To twoi synowie bez głów. A jeśli będziesz robić nadal wszystko bez głowy , to stracisz i swoją. Dobrze to ujęłam? Rico zatkało. - Ty jesteś potworem! Jak możesz być tak cyniczna? To moi synowie! - Dlaczego więc Eduardo ich zabił? Czy wziął pierwszych lepszych aby udowodnić coś Tiago? - Zapytała nagle oburzona. Litość litością, ale mi się wydaje, że chcieli wykończyć ciebie i mojego Hombre i Tiaga również. Co z tego, że działali na pohybel Mariola? No co? Wiedzieć musieli co ich ojciec, co ty robisz. I dość tych bredni! Rico, czy ja mam szesnaście lat żebyś do mnie tak ściemniał? Rico patrzył na Mariję okrągłymi oczami, jakby faktycznie zobaczył potwora. Nie spodziewał się w tej indiańskiej dziewczynie tyle cynizmu i logiki. Właśnie potraktowała jego synów jak głowy kapusty, a jego samego jak trzeciego głąba. Siedziała ciut pijana poprawiając złote sznureczki upięte na swych kruczych włosach i złoty kolczyk w nosie. Popatrzyła na Rico jeszcze raz krytycznie i mrożąco. - Niczego więc nie rób zanim nie wrócę z Triestu. OK., Rico? - Możesz mi to powiedzieć? - Powiem jak wrócę. - To świetne. - Rico był lekko ogłupiały, a może chciał zyskać na czasie. - Oglądałeś to kiedykolwiek? - Spytała Marija od niechcenia. - Może Hombre jest wrogiem publicznym numer jeden, ale ja nie muszę. To ostatnia rzecz jakiej bym sobie życzyła. - Potrąciła kieliszek i oblała serwetę i nakrycie Rica. - Czego więc chcesz? - Reprezentujesz nasze interesy, jak przedtem. - Zniszczyłaś mi najlepszy garnitur. - Zacznę robić interesy z kimś takim komu będę mogła w końcu zaufać. I będę tak cwana, że nie zaufam, bo nie lubię popełniać wciąż tych samych błędów. - Chcesz drinka? - Spytał naiwnie i prosząco Rico. -To może się przytrafić każdej normalnej kobiecie. - Dodał. - Dobrze powiedziane. - Popatrzyła na niego . - Pozostaje więc jego wspólnik.- Rico zauważył, że Marija nie słucha go gapiąc się na przechodniów za szybą. - Jednym uchem wpuszczasz a drugim wypuszczasz. - Już idę. Zajmę się tym. - Teraz ona go pocałowała i Rico wyczuł, że przegapił już właściwy moment. Kiedy wypili jeszcze po kilka kieliszków wina, poszli pod rękę ulicami Puli do domu Hombre. Wspięli się znowu po schodach a Rico czuł się jak świnia. Najgorsze było to, że Marija chciała się z nim kochać i jakoś nie rezygnowała z tego zamiaru. Chętnie by się z tego wycofał, ale jednocześnie jego honor macho nie pozwalał mu zrobić nic w tym kierunku. Sprawa była beznadziejna. Tak jak powiedziała Marija, był świnią i nie umiał płakać. Idzie za siksą na górę do mieszkania swego przyjaciela robić sex z jego żoną, która przed chwila obraziła pamięć głów jego synów, którzy stracili je słusznie, jak mu wygarnęła ta siksa, dla innego jego przyjaciela. A on tu idzie się z nią kochać jak baran na rzeź po to, aby jego inny przyjaciel i mąż siksy wydał na niego wyrok za uwiedzenie mu żony?! To czyste szaleństwo. I to z kobietą, która pluje na odrąbane głowy jego synów! Zamknął szczelnie i delikatnie drzwi na klucz. Nie skrzypnęły w ciszy. Popatrzyła mu w oczy. Pomyślał, że jest za stary na takie czary mary. Dopadł ją a ona owinęła mu się wkoło brzucha. Kochali się do rana niepomni odrąbanych głów i serc czekających za górą. Rico nie wiedział nic o Mariji. I nic się więcej nie zdołał dowiedzieć ponad sex, który wyzwolił go z letargu wspomnień małżeńskich i oczekiwania na śmierć przez zapomnienie. Świat jednak otworzył się przed nim, i już nie pragnął ani zemsty, ani miłości. Siedział na brzegu wanny i klął pod nosem w niezrozumiałym języku wspominając scałowaną stópkę Jezuska w kościele. Wspomniał też padre Antonio i padre Salvatore, którzy biczowali się aż do czerwonych, zaschniętych pian. Za zdradę, którą wyrządził przyjaciołom przebił sobie obie dłonie nożem kuchennym w miejscach stygmatycznych. Marija znalazła go siedzącego w klęczkach na podłodze kuchni i pomazanego krwią. Nie było za późno. Obwiązała mu dłonie tamując wypływanie krwi z przeciętych miejsc. Zawlokła nieprzytomnego na koc, bo nie mogła go podnieść na łóżko. Obmyła ciało ciepła wodą i starannie otuliła grubą warstwa koców. Chciałaby teraz widzieć jego myśli, ale to tak nie działa. Weszła sama pod prysznic i chciała zmyć z siebie pocałunki nocnej zdrady, której dopuściła się jakże świadomie! Tarła mocno skórę i wypłukiwała wszelkie możliwe resztki spermy i śliny z zakątków swego ciała. Owinięta w gruby szlafrok, którego nie śmiała wczoraj używać z powodu wyhaftowanej na nim dużej litery H, położyła się przy Rico i otuliła ramieniem jego głowę, głaszcząc włosy i całując czoło, i policzki. Poszukała w apteczce surowicy i zrobiła mu zastrzyk, tak na wszelki wypadek. Rico spał a raczej wegetował w półśnie cierpiąc lub nie, za winy i przewiny swoje. I jakby chciał, również swoich bezgłowych synów, którzy, był co do tego przekonany, nie byli jego synami. A może i oni wiedzieli o tym? Może to tak dlatego, nie mieli skrupułów? Może uczynił im coś w młodości, coś, co zasklepiło się w ich młodych sercach wiercąc gorycz i zwątpienie, i skazując ich na wyzwolenie się od tego jadu poprzez zdradę. Czyż to nie jest logiczne? Indianka podeszła do drzwi ostatniego pokoju i przekręciła klucz. Potem postawiła notebook na stoliku i przegrała blutoothem wszystkie dane z telefonu Rica. Łącznie ze zdjęciami i akustyką. Wskoczyła w jeansy i jakąś bluzkę, którą musiała zaraz zmienić, aby zakryć ugryzienia jej nocnego kochanka. Poszła po świeże rogaliki i mleko. Kiedy wróciła Rico już nie spał. Leżał na podłodze i patrzył w sufit jak lalka. Był osłabiony upływem krwi i widocznie jak zombie myślał, że już umarł. No , w każdym razie nie wierzył, że żyje dalej. Marija przycupnęła przy nim. Rico zaklął pod nosem. - Coś ty sobie myślał? - Nie godny jestem twoich pocałunków, Marija. - Zajęczał Rico przewracając oczami. - Niegodny jestem być przyjacielem moich przyjaciół. Marija pochyliła się nad nim i całowała go po twarzy. - Nie martw się. Nie kocham cię, Rico. Kocham tylko Hombre. Numerki odstawiasz dobrze ale myślisz kiepsko. Całą mnie pogryzłeś. Rico jęknął ze zgrozy i wstydu. Nie myśląc wiele Marija położyła się na nim i całowała jego czoło i policzki. Wkręcała się językiem w ucho i pociągała koniuszkami warg za jego rzęsy. Rico jęczał nie mogąc pogodzić się psychicznie ze sprzecznymi sygnałami jakie wysyłał jego mózg. W końcu zemdlał. Marija wstała zaskoczona zmianą sytuacji. Widząc, że nic mu nie jest, zostawiła go leżącego i zabrała się do śniadania. Wystrojona elegancko wyszła na miasto, gdzie miała spotkać się z przyszłym właścicielem galery. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS145
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025