Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: BEZ SNU Zasłonił księżyc serwetką na drutach robioną przez babcię według wzoru. Nocnik emaliowany przygotował pod łóżkiem. W razie czego. Będzie mógł. Stanowczym ruchem naciągnął pacierz pod samą brodę bojąc się przyznać do strachu przed ciemnym pokojem. Policzył barany na półce do snu. Policzył przemykające po podłodze krasnale i na wszelki wypadek policzył jeszcze do dziesięciu. A dziesiątkami do stu. Nic się nie stało i nie zasnął. Zrozumiał, że komar nie może uciąć kota z powodu sierści Ale może wypić trochę człowieka w czasie snu. Wyjął z szuflady tabletkę i przetoczył ją po blacie szafki nocnej. Wyjął spod poduszki pluszową połówkę misia sprzed dekady. Obserwował cienie na suficie od świateł autobusów zmieniających pozycje na przystankach. Odczekał kilka uderzeń serca wyobrażając sobie przepływ krwi w nogach i mózgu. Wyobraził sobie małą żyłkę w głowie, która mogłaby pęknąć nagle. Wyobraził sobie ile jest załatwiania formalności przy pogrzebie. Stwierdził, że niepotrzebnie prasował piżamy w zeszłym tygodniu. Usłyszał chyba pająka w kącie jak ten cyckał coś na sieci. Wyrzucił z głowy nękające słowo na J i pięć liter, które nie dawało mu spokoju od popołudnia, kiedy kolega pokazał mu jak się rozwiązuje krzyżówki. Skonstatował, że ma udane życie. Wsadził połówkę misia pod poduszkę. Zaplątał się w spocone już i rozgrzane prześcieradło. Zadarł sobie paznokieć o guzik od poszewki poduszki. Połknął gorzką tabletkę po nieudanej próbie rozpuszczenia jej śliną. Ułożył sobie plan w punktach, o czym chciałby dziś w nocy śnić. Natarczywą rzęsę potarł palcem, ale nie dawała mu spokoju, więc poślinił ją i poczuł ulgę. Leżąc całkiem płasko policzył mentalnie , że ma dziesięć palców i wyobraził sobie ich moc , gdyby był czarodziejem. Nie mógł się zdecydować co do koloru iskier, ale reszta była ok. Przewrócił się na drugi bok od razu chcąc przyspieszyć rytuał zasypiania. Jednak przewrócił się na pierwszy bok, bo wiedział, że nie oszuka przecież sam siebie. Wreszcie zasnął i obudził się natychmiast , bo chciał sprawdzić , czy na pewno już zasnął. Usiadł wściekły na łóżku, że znowu nie śpi a już zasnął. Zrozumiał ,że nie ma swojego życia pod kontrolą i posmutniał. Sprawdził broń. Poszedł do łazienki i dał do zrozumienia odbiciu w lustrze, że nie z nim takie numery. Siedząc bez celu na toalecie przeczytał z małej książeczki kilka dowcipów , których nie zrozumiał, ani nie wysilił się na uśmiech. Przed łóżkiem potknął się o nocnik. Wyprostował prześcieradło i poduszce wcisnął rożki w puch. Położył się jak zwykle szybko a rożki wyskoczyły jak zawsze przepisowo, udając małe diabełki. Poprawiło to jego humor i zamknął oczy . Czekał nieruchomo. Sen nie nadchodził. Odchylił kołdrę i puścił bąka higienicznie. Pomyślał o molekułach gazu krążących po pokoju, i że on tym oddycha. Wywietrzył pokój. Z ulicy wpuścił spaliny autobusowe pomieszane z wyziewami z huty i jakimś odczynem drożdży. Włączył filtry klimatyzacji aby pozbyć się zapachów i odczekać chciał pięć minut aby je przełączyć na automatykę, ale niechcący wcześniej zasnął. Śniło mu się, że jest owsikiem w kosmosie. Małym ale wszechpotężnym Owsem, który leci świdrowatym ruchem do krainy mleczek jelitowych. Rano obudził się z ręką w nocniku, oczywiście czystym i emaliowanym. W kieszeni piżamy znalazł połówkę misia z poprzedniej dekady. Było zimno, bo klimatyzacja kompresowała powietrze aż do rana. Zjadł gorącą jajecznice i tosty prawie czarne, jak lubił. Lubił też swoją pracę. Był treserem. Niejednemu spędził z oczu sen. Niejednemu zafundował. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS120
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: j.ja.daai CO TERAZ? Teraz spokojnym, wolnym krokiem pójdziemy w stronę przeznaczenia. Ręka w rękę z ziejącą chłodem Córką cienia przyjmiemy i noc, i świt. Jej pocałunek dla cierpień słodyczą wpaja nam swą śmierć. I poplujemy sobie w brodę, że tego nie chcieliśmy wcześniej. To wszystko wreszcie zamazane. Niełaski plon, wzgardzonych śpiew. Już tratwa mocno powiązana, więc trupy roślin nas poniosą do dali fantomowych bólów uciętych ramion, korzeni oraz głów. Skrzywione leżą me marzenia, pogięte blachy dagerotypu i poplamione kartki snów, gdzie mętną wstęgą niepamięć skrępuje nam oczy. W trawie wiatr niepokonany odważnie szepce o śmierci. W ziemi wilgoć całuje trupy i mlaska ku nim. To czas wycieka z życia w przestwór nie przemierzoną kapilarą. Wysysa trwanie z resztek ciała. Pod obolem czarnym język wyschły niemym się kurczem chowa. Niemocą róże płonące, róże palce twoje, gniotące pęcherze rybich skarg. Opuchłe od ukąszeń muchy, mokre i śliskie śliną z warg ust twych czerwonych, uśmiechniętych krwawym grymasem maski zła. Piach się osypał z jej powierzchni świt obnażając aż po kości. Zegar tyka. Zamiast wahadła ogon stwora miarowo huśta sercem. Może to tarcza jest księżyca, który zapomniał o miłości? Srebrnymi łzami nas zachwyca kiedy dążymy do nicości. W przelocie jedynego tchnienia, niepomni przestróg ani gróźb, miłości swej całopalenia oddani sercem, łkaniem próśb. Na długiej nici jedna chwila błąka się ślepą ćmą. To miłość ludzka, której siła większa od zła. Zegar tyka. Sprężyna pręży muskuł ślimaka. Przez cały Czas. Aż do zgaśnięcia zegarmistrza, co do gwiazd zgubił klucz. Póki co, odpadkami nocy odżywia swój ogień. Już czas. To ja Isztar, wołam Ciebie z daleka, choć mogłabym od razu zamieszkać w Twojej głowie. Mogłabym z niej wystawać do połowy zanurzona w meandrach Twoich myśli. To ja Isztar, przyzywam Cię do siebie! > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS119
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: CI . A tu własny mózg go zaskoczył. Jeśli ktoś jest wybrańcem, to nie ma wyboru. Ta prosta prawda obarcza wybrańca garbem nr 44. A tu tymczasem myślisz, że to twój, a to tylko włosy na plecach ci się kłębią. Boś kołtunem. Odrzuciłeś miłość. Dziobem matowe łzy ronisz. Kapią na twój ostatni już miłosny list. Ślepe litery alfabetem kropek wykuwasz w woskowej tafli złudzenia. A obok siną się plamą odznacza zło. Dziury pamięci. Czym byłeś? Czy byłeś opoką, na której mogli inni budować sny? Czyś źródłem czystym i ożywczym zdrojem, gdzie spijali ducha idei? Czyś gorącym tchnieniem diablich córek, szczękami zielonymi gaszącymi życia? Czy jesteś istnieniem, co peleryną nocy ochrania drżących nóżkami ratlerów? Czy jesteś olbrzymem o powolnych ruchach, skazanych na niepowodzenie? Czy to larwa jest twoim objawem i przeznaczeniem motylim? Otwórz to pudełko, mimo, że wiesz, że jest puste. W nim smutek, nie jawne milczenie związane słabą przysięgą. Moja miłość do ciebie była coraz większa. Coś mnie dręczy i wzywa daleko. A ja nie wiem dokąd. Zapomnę o bólu i cierpieniu. Zapomnę o duszy co naprzykrza się nawet wtedy, kiedy śpię.Ta muzyka wyrywa mi mózg. Nic nie wykrzyczy twojego jestestwa wśród chmur ołowiu. Nikogo nie ma w podziemiach zimnych, w ścianach zmurszałych. Nie bój się nocy, która jest dla ciebie i siostrą, i bronią. Nie chcij gwiazd ,światów dalekich ani zwierciadeł, planet zabitych słonecznym żarem, gdzie duchy nasze stłoczone siedzą w szklankach herbaty. Kobieta płonie żywcem ze zwłokami męża. Na stosie. Oczy jej płoną. Uszy zasklepione i suche zęby od tego płomienia, co chciał by jej miłość była wieczna. Duch twego syna powrócił i żyje w wężu. Wzlatujesz ponad równinę. Widzisz to jasno bez oczu. Lubię, lubię, lubię i jest mi dobrze. Nie podchodź do brodacza w turbanie na starym mieście. Nie zbliżaj się. Zachowaj dla siebie swoje myśli. Inaczej ci je wykradnie. Zrozpaczona biała śmierć poddała się miłości. Lecz ta odrzuciła jej zaloty idąc do nieba. Deszcz cię oczyści. Popiół opadnie. Stróżkami deszczu wpłynie w szczeliny Ziemi. Schowa się tam razem z przeznaczeniem co kocha się w tobie. Ciężarne brzuchy pękają. Krzykiem przerażenia wiszący na pępowinach witają uradowanych rodziców. To nowy świat. Ból wzmaga się i ustaje. Pieką pięty . I duszne ich płuca. Jak możesz znieść tyle cierpienia? Mogę, bo nie jest moje. Czyjego boga uczyłeś nie zamykać oczu? Zmęczonego. Zimnego. Bezużytecznego. Bez uśmiechu i tańca. Boga za frajer. Już milcz. Dość na dzisiaj. Uciętą głowę przyjaciela zatknij na kołku w podzięce, że oddał za ciebie swe życie. Już wkrótce i on się nie obudzi mówiąc o trawie szumiącej i mknących ludziach włochatych. Pora połamać ten święty chleb. Zjednoczmy się w gwiezdnej miłości okruchów cierpienia i szczęścia. Płacz jest szczęściem ubogich. Apage satanas powiedz albo lepiej. Pomnij na glinę, która twoją matką. O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! Nie gnieść się przed wejściem i nie trwonić cienia. W godzinie śmierci twojej amen. Zaczęło się od tego, że w panice wyrzucili paski od zegarków i spodni. Potem spodenki i futra. Przestali jeść kiełbasy i jajka. To przez ten miernik życia, który wskazał, że w bunkrze jest żołnierz, a to była tylko jego skórzana kurtka. No i pokazało się, że ona wciąż żyje i ma swojego ducha skóry wygarbowanej i polakierowanej fabrycznie. Potem panika ogarnęła wszystkich, bo okazało się, że żołnierze w kurtce to jedna forma życia i tak pokazywał licznik dopóki żołnierz nie zdjął kurtki. Jeden duch dla dwóch stworzeń? Duch zjednany? Duch gromadny? A może żołnierz stawał się częścią kurtki? I jej duch miał wpływ na żołnierskiego ducha? Kim stawali się razem? To tak jak z przeszczepionym sercem mordercy. Ale w przypadku kobiety w ciąży licznik wskazywał więcej niż jedno życie. Kim staje się kobieta w futrze z wilków? A kim jest futro z karakuł? Kim Krakowiak z pawim piórkiem, a kim krokodyl, który połknął paryżankę z torebką z jego wuja? Mam nadzieje, że gdy skończy się ta obsesja, ta głupia moda, ludzie zaczną chodzić jak do tej pory, w czapkach z lisów podziwiając ich dusze, a szanując i życie , i śmierć. Oddadzą pokłon swym przodkom ubierając się w ich skóry. Technologia istnieje już dzisiaj , w XXI wieku. To ludzka psychika nie nadąża. A szacunek nakazywałby nosić rękawiczki z ciotki rąk i z pewnością nie mogłyby to być jednorazówki. Deflacja przemysłu kiedyś doprowadzi do trwałości pojedynczych egzemplarzy i odejdzie od masówki. Ptaki się lubią. Rozmawiają tylko parę razy. Na końcu linki z psem jest ucho i pan trzyma je w dłoni. Idą razem czując linkę. Nie muszą się widzieć. Pies i jego pan. Zegar wybił zardzewiałym głosem ósmą godzinę. - Nie jedź. - Lepiej ożeń się ze mną. - Jest rysa. - Hombre przeszedł przez pokój aż do okna. Zasunął kotary i zapiął klamrę. - Zawsze miałeś dar przekonywania. - Carolina zdjęła pelerynę i kapelusz z szerokim woalem, następnie perukę i rzuciła na fotel. - Muszę cię mieć. Hombre polizał ją po łysej czaszce. Wiedział, że Marija wie, co on tu wyprawia. Patrzyła na tą samicę jego oczami i wąchała jego nosem. Czerpał z tego dziwną satysfakcję. Marija była zbyt ciekawska, aby to ominąć, i zazdrosna na tyle by się wściekać. Hombre wysłał jej myśl, owo wspomnienie jak uwiodła Rica. Nie mogło być gorzej. Poczuł strach i napływ pożądania do Caroliny. Wiedział jaka jest. Na głos powiedział jednak. - Wszyscy się boją. A ja muszę się przespać choć chwilę. - Niewinni przychodzą tu z siodłem czy kulbaką. - Zadrwiła z niego i siadła okrakiem na krześle. - Jesteś równie ładna co punktualna, a plotki, które słyszałem są nie prawdziwe. - Nie rób takiej miny. - Proszę. - Krótki spacer? - Spytała innym głosem i założyła ponownie perukę. To wszystko chyba jest nie dla mnie. Dziwne studium antropologiczne. Słońce spadło za morze. Jakoś zbyt szybko. Linia horyzontu z początku ostra, zamazała się i rozedrgała. Czerwone kółko tarczy słonecznej wpadło za nią . Tak nagle. - Na co czekamy? - Rozebrała się do naga i położyła wygodnie. Zdjęła perukę i zauważył, że głowa i całe jej ciało zostało dokładnie wygolone i wydepilowane, i nie posiadało nigdzie, ale to nigdzie, ani jednego włoska. Podnieciło go to do tego stopnia, że upadł łapiąc nagle urywany oddech i skręcając się w konwulsji kopał nogami. Było mu wspaniale a ona gładziła go po ramionach. Była śliska i całkiem łysa , i oplatała go nogami w pięciu kierunkach. A zresztą , kto to zliczy. Wiła się i łasiła ocierając się o niego biodrami, a on, nieruchomy dał się ponosić falom ciepła i zimna przechodzącymi go na wskroś. Niespodziewanie ubrała perukę a bujne loki opadły na jej piersi. Po co to zrobiła? Przewrócił ją na brzuch i położył się na jej plecach. Leżeli nieruchomo przez bardzo długą chwilę. Każde z nich czekało na sygnał i przeciągali ten moment dalej i jeszcze. W ciszy. Było to bezpieczne i niebezpieczne zarazem. Nie powiedzieli ani słowa. Lizał jej stopy i ssał palce. Dotykał szyi i całował nasadę jej łysej czaszki. Żłobiła paznokciami rysunek jego mięśni na ramionach i na plecach. Drapała mu uda i kolana. Gryzła szyję. Ugniatał jej biodra w milczeniu. Zapomnieli o peruce zagubionej w międzyczasie gdzieś z boku i potarganej na strzępy. Kiedy zakrztusił się jej sztucznymi rzęsami, poszli się kąpać, a on kaszlał wciąż od nowa. Śmiała się z niego jak rasowa blondynka. Ale czy nią była? Małe zielone portrety zmarłych prezydentów na pieniądzach mówią wiele o życiu. To przez drukarski raster. Ale łysa naoliwiona dupa tarzająca się jak suka mówi jeszcze więcej. Drosofila melanogaster. Nawet jej paznokcie były bezwłose i nie lakierowane. Dajmy sobie z tym spokój. Niech UFO się tym zajmie. Oni wszystko kładą pod lód. Zwłaszcza latem. Instytut przyjmuje tylko takie dziewczyny. Oczekujemy od pana by przekazał nam pan jej bagaże. Zdziwiony kot siedział tuż przed drzwiami wpijając oczy w nasze postacie , co jeszcze nie dawno były źródłem tych wszystkich dzwięków uniesienia. Nie mógł uwierzyć ani zrozumieć co stało się w pokoju obok. I dlaczego mamy zadowolone twarze po tych wszystkich okropnych dźwiękach, które usłyszał? Wiolonczela miesiła niski ton i miękkie dźwięki. Nie gnieść się przed wejściem i nie trwonić cienia. W godzinie śmierci twojej amen. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS118
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: Jo.e.daai DUPEK. - Pomóż mi go powstrzymać! - Krzyczałem prawie do niej. Za późno. Spadaliśmy już miedzy drzewami a konstrukcja samolociku wślizgiwała się wciąż niżej w zieloność wybudzając tłumy owadów , rwąc liście i łamiąc gałęzie epifitów. - A ty dlaczego to robisz? - Marija ze wszystkich sił parła do przodu. Wydostaliśmy z kadłuba jakieś skrzynki i nieśliśmy je w kierunku pobliskiej skały. - Kieruje mną gniew i wściekłość. - Wypluwałem słowa przez zaciśnięte zęby. Marija nie obejrzała się nawet. - Powierzam ci moje życie i życie mojego syna. Ochronisz mnie, prawda? - Głos jej drżał. Dotarliśmy do skały i otworzyliśmy wreszcie skrzynię ze sprzętem rozsypując resztki jedzenia i torebki z wodą. Podłączyłem prąd. - Będziemy szli. Wąż pierzasty nas otuli i czaszką zieloną nas zasłoni. - Szybko, włącz komputer i zaświeć jarzeniówkę w jaskini. - Wściekła wskazała na pobliską kupę gałęzi. - Wyreguluj fotel bo przed nami długa sesja, Hombre! - Nie musisz być cyniczna i nie myśl już o tych czaszkach, bo nie mogę się skupić. - Ah! Machnęła rękami. Bez samolotu nie dotrzemy tam nigdy. I bez radia. - Zwiesiła głowę i siadła wprost na glinianej wilgoci. Miała rację ale musieliśmy się stąd wydostać wbrew logice i statystykom o rozbitkach. . Wilgotne liście oklejały twoje łydki. Małe przywry nadgryzły naskórek ud i ramion. Gorączka kazała nam przeć naprzód przez zieloność, kierunek sam się rozumiał wskazywany jakimś instynktem. Pragniesz lodu i wiatru północy. Chłodu zimy i widoku lam deptających śnieg kopytkami. Kawałem otwartego nieba też byś się zachwyciłł. Tatejro i bumellager też , bo jak coś robić , to porządnie. Liście, liście większe, coraz większe te liście, liście , ogromne płachty liści i łodygi, łopiany, rabarbary, języki teściowej, draceny i diffenbafie pstre i gutujące w cieniu parnymi, żrącymi kroplami. Kapilarne przepływy wszystko niszczącej wilgoci ,liście małe, rozciaprane skórzane resztki naszych butów. Rozmiękłe ubrania i oklapłe strzępy kapeluszy. To tyle wspomnień po cywilizacji. Niepotrzebne jest tu i złoto i banknoty. Mam kompas, bo brak gwiazd. A tu coś po nas łazi. Nie ma jak się wyspać, by nie spuchnąć od ukąszeń małych, niewidzialnych stworzeń, które otaczają nas ze wszech stron, a my znamy tylko zapach, który je przyciąga. Nasz własny smród. Ile robimy dziennie? Piętnaście kilometrów? Mamy ci mówić, że masz o nas zapomnieć? Bo my o tobie nie zapomnimy. Pot zalewa nam oczy. Trzeba iść dalej. Nieznane nazwy paproci i epifitów nie zamącają nam mózgów. Znam sytuację. Jeśli dotrzemy do szosy będzie nam się wydawało, żeśmy uratowani. Ale to nie będzie prawda. Grzyby rosną szybko. Pod nimi wychowują się dzieci krasnoludków. Charakteryzują się minimózgami podobnie jak grzyby. Amor tuż po krasnoludczym urodzeniu trafia ich prosto w serca srebrnymi promieniami księżyca wśród snu o grzybowej zupie. Ich brody rosną zwolna i dostojnie. Czapeczki szpiczaste pokrywa zatruta czerwień. Uwięzione w zakratowanych latarenkach blade świetliki tęsknią do lokomotywy wyrzucającej iskry. Ich smuteczek to drań. Zmąca sen krasnoludków i siedzi w pieprzniczkach purchawek. Komputer sterujący grzybem przebiegle omija ciała śpiących krasnali i dąży do zgrzybiałej doskonałości. Po cichu rozlega się pod mchami i niteczkami ogarnia nowe połacie lasu. Jego jest próchno i zgnilizna, i chwała na wieki. Grzyby są nieśmiertelne. One nie są z tego świata, ani nie będą do niego należeć. Wie to krasnali ród i tam się chroni. Apage satanas powiedz albo lepiej. Pomnij na glinę, która twoją matką. O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! Tuż przy szosie znalazł nas Dupek o twarzy dupka. Uratował nam życie i nakarmił, i napoił. Bandażował nasze rany. Byliśmy fatalnie spuchnięci od ukąszeń tysiąca małych głodnych stworzeń. Odkaził benzyną całe nasze ciała, tak , że przez chwilę myśleliśmy, że chce podpalić. Znał las. Nie uśmiechnął się ani razu. Złożył ofiarę duszy knieji, że puściła nas z jej objęć. Znał się na tym. Dupek nałowił ryb i nasmarował nas ich tłuszczem. Odzyskaliśmy jędrność ruchów, ale nie jasność myśli. Dalej trwaliśmy w koszmarnym położeniu i mieliśmy sraczkę, czyli ładniej mówiąc rozwolnienie. Owady uciekały jednak od nas a zatrucie ich jadem przestawało dawać się we znaki. Wrzucił nas do samolotu i wystartowaliśmy w noc. Lot był głośny a my upijaliśmy się mętnym płynem z flaszek. Sraczka nam minęła ale za to pojawił się łomot w głowach i zdrętwienie języków. Nogi spuchły nam i nie dało się nimi ruszać. Dupek porobił nam zdjęcia, które zamierzał sprzedać miejscowej gazecie. Naciął nam skórę na spuchliznach i ropa ściekała na podłogę. Więcej nie pamiętam. I nie chcę. Krasnoludki gromadnie biją w bębny. Dziś święto gada. Ogolili kapelusze grzybów z małych, białych włosków . A może były to owsiki. Potem wydłubali im oczy. Dupek zapalił światło przekręcając jakieś dziwne urządzenie na ścianie obok drzwi. Poczuliśmy wdzięczność i krochmal czystych prześcieradeł w łóżkach. Byliśmy w nano czasie i w epoce genetyki. Tak to się przynajmniej nazywa w grach komputerowych. Wentylacja i klima. Moskitiery w oknach. Dyskretny strażnik na dachu, a drugi na dzwonnicy. Wszystko wróciło więc do normy. Wysoki betonowy mur z zatopionym ostroszkłem na grzebieniu. Spiralny drut kolczasty ponad grzebieniem, a nad nim izolatory z drutem prądowym pod napięciem. Dom Dupka. Dupek jest chyba lekarzem bo na helikopterze i avionetce ma namalowane maltańskie krzyże. A może jest ostatnim z tych krzyżowców co opacznie rozumieli wyprawy krzyżowe? Biedota nie napadnie go nocą by ukraść pralkę i żonę. Maszt radiowy jest tu najważniejszym urządzeniem. Boją się go wieśniacy i pokłony oddają jego potędze. Wystarczy, że piśnie radiowa fala i na pomoc przyleci ze swoimi ludźmi sąsiad. Lepiej nie zaczynać z Dupkiem mimo, że mało ma tu ludzi. Sieć masztów to Siła Prawa Siły. Nawet Zły Las nie ma tu dostępu. Dupek składa dary w ofierze, bo zna się na lesie. Ale nie żartuje w razie ataku. To się nazywa bogobojność. Chyba nie. To się nazywa pokora. I my ją czujemy całym swoim jestestwem. Głupie, ale zabilibyśmy w tym miejscu każdego, kto zaatakowałby Dupka. To nasza pokora wobec potęgi natury. A my zostaliśmy jej częścią i podlegamy jej prawom. Duch lasu jest teraz w nas, więc nawet daleko od tego miejsca będziemy nadal składać mu ofiarę i hołd istnienia. - Co z tobą ? - Nic, przepraszam. - Marija, jednak się wydostaliśmy. - Nie słuchała mnie. Kręciła się w kółko przymierzając nową pstrą sukienkę, tak jakby świat był pełen domów, w szafach których wiszą wieszaki z jej ulubionymi sukniami i innymi ciuchami. Włożyłem kalosze i zacisnąłem skórzane rzemyki na ich wlotach. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS117
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025