Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: WSPOMNIENIA Kiedy odpadły pióra wyjąłem z dziury metalowe zawiniątko z aluminiowej folii a w nim skarby dzieciństwa. Rozpłakałem się odkrywając kolejno wszystkie rodzynki. Całe życie i wszystkie tamtych dni pragnienia dziecka pokazały mi się w każdym przedmiocie z pudełka. Ożyły więc: ołowiany strzelec i jego teściowa, złoty ząb kleszczami wyrwany i samochodziki, drabinka wraz z pętelką małej szubieniczki, i kulki szklane, kolorowe murmle, i pudełeczko po cukierach z doklejonym skrzydełkiem zmęczonego życiem owada, motocyklista w pędzie z malowanej blachy, karty sportowców, którym powypalał ktoś oczy zapałką, i stara wykałaczka Leonarda da Vinci, i intymne potrzeby mrówek tzn.: miniaturowe sedesiki wraz z murzyńskim okiem w środku łypiącym białkiem z pogardą na robotę białych. Caaałe dzieciństwo. - Jak twój syn był bosy, to mu wyciskałaś, to teraz masz. - Gdakała pani z sąsiedztwa. - Jest taki niesamodzielny. - Dorzucała pani co ma pupę z bani. Myślałem o tych dniach wielokrotnie i niepotrzebnie się nimi przejąłem. Wtedy. Dzisiaj powiedziałyby pewnie inaczej i bardziej, z kamiennym licem. - Nie potrafi nawet sam przeżyć na księżycu bez hełmu marki samoprzeżywacz. - Niepotrzebnie się tam wybrał. - Dodałaby filozoficznie ta z pupą. Dzisiaj w dniu babci najmilsze są kwiaty cięte a nie szybki skok. - Czary jakieś czy co? Nawigacja nie działa. - Stwierdziła nagle Marija wybijając mnie ze wspomnień. Po cóż są owe wspominajki? Jakie sprawy rozwiązują? Wszystkie. Albo raczej pokazują twoje uczucia. Kim byłeś onegdaj, gdy najważniejszym problemem był mały pajacyk i metalowy pęd motocyklisty? Gdy nie znałeś smaku kobiet ani przywiązania mężczyzn. Więc? Po co to wszystko i te wspomnienia? Pytanie milknie za pytaniem. Przed odpowiedzią. Kiedy stracił przytomność szedł przez sny. Wydawało mu się, że śni, ale natrętny obraz był jego prawdziwym wspomnieniem. Widział swoje miasto i powiewające tkaniny w kolorach Isztar, boskiej, na murach, wśród zieleni. Ręce podrzucające życiodajny muł Eufratu ku chwale życia. Pieśń, trąby, bębny i świeże cebule w procesji wokół murów jego miasta, Bero-Isztar, i na jego chwałę. Upał wzmagał się a powietrze drgało przygniatając zmęczeniem w cień, gdzie pięcioskrzydłe chimery grając na trąbach ku chwale Isztar wprawiały ludzi w obłęd rozkoszy i malignę pragnień. Niektórzy słyszeli tylko brzęczenie owadów i syk listowia lentyszków i mirtów. Nieudolnie, lecz bez ustanku, woda ożywiała serca, by pozbawić ich pragnienia, które znów, prowadzi do czynów. Słabnie potomstwo na zawsze. - Sygnał znikł. - Rzekła Marija tak, jakby to zgasły lampki na choince. Jej kolorowa bluzka widoczna nawet mimo ciemności panujących w aucie wydawała mi się ruchliwą rośliną. Za chwilę będzie rozjazd i musimy wiedzieć. Ulice były podobne do siebie tym bardziej, że w przeddzień święta, zaciemnione dodatkowo i wymarłe. Tradycje. Tak to ludzka zdobycz ważniejsza od prawa. Nawet balkony przysłonięte zazdrostkami i żaluzjami ziały czernią i cieniem. I znowu natrętne myśli przywiał do mnie wir kurzu....znowu byliśmy z Mariją wysoko i patrzyliśmy w dół przez lupę na małe, miniaturowe miasto, a może było daleko i to, to, dlatego tak. Na placu wśród piasku stał generał Filistynów... - Co to?! – Zawołał Tarik uświadamiając sobie, że nie jest na tym dziwnym placu sam. Nie śmiał odwrócić się i kątem oka widział czupiradło z włosami dotykającymi piasku, o pięknym zapachu, jaki delikatnie otumanił go i właśnie uspokajał. Ten plac nie był „jego” i niczym nie przypominał placów Aszkelonu czy Ekronu. Tutaj było inaczej. Tu piasek nie przypominał piachu kuźni w jakich dorastał Tarik. Ucząc się tajemnego wypieku żelaza, zdołał przywołać w sobie dawną woń zmieszanych wody, oliwy i bogatego w azot moczu, którymi hartowali żelazne miecze, puklerze i topory. Nie było tu paleniska ani studni. Nie było zadaszenia placu podcieniami, ani siedzących figurek bóstw Aszdody i Dagana, demona mórz. Tarik zrozumiał, a raczej, nie starał się rozumieć. Kiedy pierwszy raz przekroczył rzekę Szichor, stał się cierpliwym dla oglądania śmierci swych żołnierzy. Prowadził ich kierując się chęcią przetrwania i władzy. Wygrywał bitwy i wracał do domu, do Afek, zanim przeważające siły wrogów zdołały zwyciężyć jego armię. To inni, nie mniej przenikliwi, a jednak - to inni nieśli jarzmo klęsk i przegranych bitew. On jako dobry taktyk zdołał zagarnąć swoje i wycofać się w chwale. Ale teraz? To czupiradło? Córa Enlila? Skąd ona... ? BnvYdvqBdEg RyO7c7WoSps - Mam nadzieję, że wkrótce znów się zobaczymy. - Isztar stała na placu obok Tarika, przerażonego teraz bliskością bogini w ludzkim ciele. Zupełnie nie wiedział, co robić. Jak zachować się w takiej bliskości? Choć oczywiście wyczuwał jej boskość i czcił tym bardziej bogobojny, że była realną, tuż obok i tak nagle. Mówiła do niego powoli i słowa wnikały w jego uszy. A potem dalej, do jaźni. - Dlaczego pozwoliłaś mi istnieć? - Spytał Tarik poprawiając bródkę. - Musisz strzec Przejścia. Weteran chce pierwszy powrócić do domu, i pozostawić ludzi samym sobie, a my nie dokonaliśmy jeszcze całej pracy tutaj. Teraz należysz do nas, podobny tym, co ocalili swoje dzieci jako część planu. Ludzie jeszcze nie nauczyli się zabijać i robią to bez sensu. Będzie i tak niedługo, że wybraniec Samson niepotrzebnie zawali świątynię i niepotrzebnie zabije ich wszystkich. I siebie, i ciebie. Każesz zanurzyć się synowi w morzu i wrócić. - A co się stanie, gdy zabierzemy im śmierć? Czym się staną? Potworami? Tarik, nie starał się tego pojąć, bo ufał boskiej Isztar. I to mu wystarczało. - Szanowni Państwo, witajcie w raju! - Zawołała Isztar i ciągneła zwracając swą twarz do Tarika. - Dziś gołąbki i żurek z preclami... Czy Pretekineter każący ludziom umierać jest potworem? Nawet wtedy, gdy spogląda za horyzont i widzi tam zakryte? I wie, że powinni umrzeć z powodów oczywistych choć zakrytych i dalekich być może? Tarik wybałuszał gały wyraźnie nie pojmując, co Isztar chce przez to powiedzieć. Isztar była boginią, to i wiedziała dokładnie, o co chodzi Tarikowi. Podarowała mu stringi z cekinami a on nie śmiał podnieść już na nią oblicza.... jak Marduk w akcie otrzymywania listy praw od Utu, słonecznego ojca. Gołębie zafurkotały przelatując nad placem. - To była pułapka. - Zawyła Marija spoglądając wymownie w moją stronę węsząc nozdrzami i szykując się jakby do skoku. Patrzyła w dół przez lupę na plac, na Isztar i na Tarika przymierzającego stringi przed czasem. Isztar syciła zmysły jego nagą męskością w akcie przymierzania stringów. - Pasują? - Spytała Isztar generała a ten uśmiechnął się szeroko i zrobił piruet ściągając jędrne pośladki i prężąc, co się dało, ... na przykład muskuły łydek, symbol siły. - Chcą wojny? - Zapytałem głupio. - Będą ją czcili. - Potaknęła Marija patrząc nadal przez lupę na plac pod nami. - Możemy przecież... - A on musi negocjować. - Powiedziała kiwając głową w stronę lupy, pod którą prężył się Tarik. Marija schowała lupę do kieszonki fartucha. Wiedziała, że chcę lub będę zmuszony ich zabić. Ale z Tarikiem jest całkiem inna sprawa. Isztar? Taaa..., ona go ochroni. Napłynęła na mnie tkliwość... nie powinienem. Wiedziałem, co chodzi Mariji po głowie. Chciała mnie uchronić. Choćby ten obecny kawałek sumienia, gdy jesteś młody i nie zabiłeś jeszcze, a już musiałeś wybrać, czy tego nie uczynić... - Nie sprawdzaj mnie, a i ja potrzebuję odpowiedzi. - Naciskałem na Mariję coraz od nowa. - Na grobie ich nie znalazłam, a tylko coraz więcej pytań. - Rzekła opryskliwie. - W głowie mi się kręci, kiedy mam rozsądzać, co dobre. - Nie zniosę twego ognistego oddechu i czuję się papierową marionetką, i mogę spłonąć. - Musisz wybaczyć samemu sobie, gdyż zemsta nigdy nie jest słodka. Patrzyła na mnie uważnie i dorzuciła nagle. - Ja tylko mówię prawdę, ale to ty musisz ją zrozumieć. Wtedy cień, nos za nos, się zakończy. Podeszła bliżej i położyła mi dłoń płasko i delikatnie na koszuli, na mojej piersi. - Czy będziesz błagał, gdy nadejdzie ból? Gdy pękniesz jak balon? - Widzisz, co mam w sercu. Tylko wtedy, gdy go zniszczę, będę mógł cię kochać. Szeptałem kolejne słowa dziwiąc się, że w ogóle wydobywają się z mych ust. - Dam ci coś więcej. - Powiedziała spokojnie i popatrzyła w dal. - Dam ci go. Jak wąż przyjął stronę zła. Wiedziałem, że ona też tak o nim myśli. A jednak wyrecytowałem to na głos. - Daj mi moc. Abym mógł go zniszczyć. - Gdy go zniszczysz, czy będziesz mnie kochać? - Zapytała jakby z wnętrza mgły. - Obiecuję. - Jesteś dobrym człowiekiem. - Zaufam ci. - Rzekłem. Była nadal smutną twarzą i wyciszoną sercem. Mówię więc wygładzając swe pióra wzdłuż ramion. - Owiń głowę szalikiem jak każda. Marija odpowiada plątając palce swych dłoni. - Ciągle mi spada. - Stwierdza żaląc się. - Marija! - Mówię strzepując popiół z płaszcza.- Może masz za małą głowę? - Paznokcie Mariji wydłużyły się i zaraz wróciły do zwykłej długości. haYknYw22fs ncxBekZg6CI Tymczasem u dołu Tarik wyszedł na środek placu podniosł pięść do nieba, jakby mógł dostrzec lupę i nas patrzących na niego . Potrząsnął ramieniem i wykrzyknął: - Czas wybaczyć, nie zabiję cię, wrogu! A czy ty mi wybaczysz wrogu we łzach leżący? Czy będziemy kochać tę samą kobietę? Rozumiemy ten stan?! Odłóż dziryt! W zasadzie to już wszystko. Tarik podrapał się po głowie rozmazując tłuszcz z pomady fryzury na palcach. To, co planowała Isztar, przerastało jego rozumienie. Tarik poprawił płaszcz i skierował się ku bramie, której cherub patrzył nań czarnym okiem. Tarik wiedział, że dane mu jest zbudowanie planu ludzkiego zgodnego z planem boskim, choćby taka Isztar... Wie czego chce. Każde jej słowo jest śpiewem duszy i czynem zarazem, dającym ludziom oddychać pełnią i istnieć lub umierać. Tarik wspomniał o geometrii i o wysokości kosmosu ponad nim. Jak wysokie jest niebo, twe myśli rozpostarte i ukrzyżowane, gotowe niczym lotnia. Taka figura nazywa się latawiec albo deltoid. A przestrzennie to ostrosłup, nie mylić z ostrobokiem, bo to taka ryba. Ostrowodna. - W zbyt przejrzystej wodzie nie ma ryb. - Przypomniał sobie półgłosem generał i poskrobał się w doklejoną bródkę. Zarastamy włosami na plecach i dziczejemy stając się ponownie włochaczami garbatymi i pazurzastymi. To tylko te cechy są w nas nieśmiertelne. To tylko to trzyma nas przy życiu, a nie ten wszczep intelektu. Znowu ktoś nasikał na dżdżownicę a ona myśli, że to święty deszcz. Nie ma oczu a za to dwie płcie. Inteligencja niższa nie widzi inteligencji wyższej, nawet jak ją przeczuwa, to nie jest w stanie ani zobaczyć, ani skontaktować się. Bo i po co? Właśnie wyróżnikiem rozdzielaczem między poziomami jest brak kontaktu. I brak wspólnych celów. Stąd brak kontaktu. Dlatego ufoludki mają nas gdzieś. I dżdżownice. Tarik poczuł ciepło na swym torsie i zorientował się, że cień przesunął się był spod bramy dalej a on nagle stoi znowu w pełnym słońca nagrzanym powietrzu i wdycha pył znużony powolnym opadaniem miniaturowych ciałek. Poczuł podniecający zapach w nozdrzach. Tarik znał ten zapach. Kurz i cisza. - Może ciepło słoneczne to to samo, co święty deszcz dla dżdżownicy? – Zamyślił się Tarik. A włosy na plecach nadal rosną i swędzą żądzą łaknienia zakazanych owoców. Wiją się meandrami i falują falangą. Lingham. Pojawiają się nawet na zębach i na gorącym piasku. Chcą sexu i ocierania spoconych powierzchni. Mylą się, co do istoty treści sexu. Błyszczą w ciemnościach białkami rozpalonych oczu. Spopielałe pięty są zawsze na rozkaz. Są takie spięte. To końce człowieka. Piotr kazał się ukrzyżować do góry piętami. Potem zawsze pieta. Giovanbaptista Ricci z Navarry wraz z zespołem Andhisboys wykonali freski w kaplicy z XVIIw wokół grobu pięt Św. Piotra. Czy św. Piotr czuł włosy na plecach? Zdawał sobie sprawę, że staje się zwierzęciem? Miał zaparcie? Był kandydatem do mielonki. Na dzisiaj, chwilowo jest pozytywnie zweryfikowany przez rynek. Chwilowo. Bez obola w martwych dziąsłach. Kontroluj obolałe dziąsła, to tak jakbyś kontrolował czas. A BÓG ma jeszcze dwa czasy i pół czasu. Każda chwila jest cenna i każdą ......... 9VtxQ7o83Qw m_MYTji9Vyg : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS056
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: SZACHY Szachy to taka gra, gdzie król nie umiera. Wśród czarnego światła brodzi bosy bocian. Dopieszczając w swym mózgu znajdującym się tuż za dziobem szczegóły lotu, pręży skrzydła i wdycha odór bieli. Czarne zaczynają pionem na de sześć. Nadchodzi lato. Cienie stają się krótkie a podświetlone granatowo szarym, jarzącym się światłem, uginają miękkość i schną. Laufry biegną skosami. Nadchodzi nużące lato. Brzęczy lipa stworami. Owadzi chichot wypełza i buzuje z nagrzanych hektolitrów powietrza. Ciemną ścieżką wygody idę z chrząszczem pod rękę po korze w dolinę konarów lipowych i snu. A konary pod pachami mają mrówkę. Fotele wygodne suną uśmieszkiem po horyzont. Uśmieszek jest głupawy i dotyczy mrówek. Tytoniowy dym dodaje powagi i unosi myśli w nic i dalej, gdzie i bez dymu zamazuje się świat. Jedynie wytchnienie daje smuga ciemnego światła w moich nie mierzonych dniach. Ds.ai.daaeaz 9md3bQkFWbw vNDL9dOXODA : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS055
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: KOPTYJSKI POLIKANDYLION NA 4 LAMPY VI LUBO VII w. Coś soki krążą w okolicach Pana Torpedy i rejonów rozrywki. Woda kolońska się skończyła wyparowując z twojej skroni rzeźwiąc twój zmysł. Dorzyna cię sexem jarzyna a deprecha ma wyraźnie pecha. Potrzebujesz resetu. Wnet. Czy słaba nitka dynda pańskim życiem? Wyczuwam w tobie hieroglifa, przewagę wagi. Wypas czy kicha. Flet. Miał nie ogolone pachy. Chciał zrosić muszlę. Jedna iskra z butelki lejdejskiej wznieci cię chwilowo do niechybnego upadku. Ksiądz od swego plenitenta dobywa zeznań nie rozumiejąc, że właśnie w owej chwili, bez czucia, uczynki przenikają i wlewają się na duszę albo raczej na to coś chłodnego, co tkwi pod guzikiem komży. Bóg, a może obyczaj, każe nam przebaczać nieprzyjaciołom. Dlaczego miałby się więc inaczej, gorzej, obchodzić z tymi, co nas kochają. A jednak. Ksiądz kochał dagerotypy Grety Garbo, flecistę filharmonicznego z półpiętra z porożem miast kędziorów. No cóż. Tajemne potęgi administracji każą przybić stempel tam, gdzie św. Tomasz z Akwinu i Egipcjanie z Eleusis nie mają dostępu. Zwykły kawałek papieru z pieczątką sprawił, że ksiądz pokochał każdego bliższego i dalszego osobnika. Miłość i rozdawanie dobra z urzędu nakazują zrozumieć te koszmary nocne i dławce, i pocenia poranne męczące od wielu miesięcy, od nakazu pieczęci. Zupełnie naturalnym zdał się wiatr trzeźwiący. Zaczął przyjmować tylko osoby, które zostały mu wcześniej przedstawione. To najczulsze zaklęcie. Dobry to znak, jeśli chory odwiedza doktora. Zwłaszcza, że pamięć wróciła już na swoje miejsce ukazując chimeryczne wykrzywienia jaźni. Wystygłej jaźni, bo bez namiętności. Jaki ptaszek wyćwierkał ci nazwę tego zadupia? Kościelny, jak zwykle. Podkradał się od tyłu. Typowy pacyfista. l_aaRr9CbwI dGb4buTNiok Dp.zs.daaezz Kubaba, któremu przeznaczenie dodało pięty, rzucił się na dolinę. Kubaba, napadł na dolinę, jemu pięty los dodał i przykazał mocno stąpać. Jeśli uda mu się dojść na brzeg, jeśli uda mu się nadlecieć nad dolinę, jeśli rozpostarte skrzydła jego lotu ogarną powietrze i nadciągnie cieniem nad miasta i pola, jeśli.... Tarik myślał intensywnie o tym dniu, i widział rozfukane nozdrza potwora tuż nad sobą . Świszczały przenikliwym oddechem i pochłaniały osady, drzewa, bydło, domy i ludzi wśród kurzu i piaskowej zamieci. Elektryczność pokrywała całą dolinę i dręczyła czoła i łydki biegaczy. Iskrzyła na dachach zabudowań i na ostrzach masztów. Suche powietrze docierało do krtani, pękało na oczach zamiast łez, drgało i mieszało się z pyłem wysoko, to znów nisko i duszno przy samej Ziemi. Tarik nie ruszał się. Wiedział, że to samo minie byle tylko utrzymać własny oddech i nie uciekać. Tu popatrzył na krzyczących biegaczy, którzy bez składu i ładu biegali po dolinie we wszystkich kierunkach chcąc uniknąć losu. O, nieszczęśni ! O nieszczęśni po czterystakroć i siedem! O nieszczęśni po kres doliny i dzieci ich bojaźliwe! Tarik powtórzył biadolenia kilkakrotnie ale nie stało się nic, co odwróciło by ich bojaźń sprawiając łagodność ich myśli i oczyszczając ich serca. Dotknął framugi drzwi i stwierdził, że Anschlagleiste niczym cienki string jest wciąż na swoim miejscu. W pokoju nauczycielskim panowały współgrając: nieskazitelny odświeżacz szkolny i cień, jaki dawały żaluzje tnące światło w paski. Tarik przyszedł do siebie i pomruczał coś pod nosem. Poprawił bródkę i pomyślał: To już kolejna przerwa...ile jeszcze? Helmut gapi się na mnie, a Pasquale na niego. Zmowa niedopitych herbat. Milczymy więc. Jest to lepsze niż takie bezsensowne gdakanie naszych koleżanek po fachu. Nie mamy przecież marzeń a te, które były wielkie, - przepraszam, te, które w ogóle były kiedyś, - odleciały jak nadęte balony. Niedosięgłe i dryfujące. Helmut żuje. Ja udaję, że nadzoruję przez okno tych, co biegają za piłką na boisku szkolnym. Awarisem przez życie? Bzdura! Już dawno fałda brzucha przykryła moje ambicje i oparła się o uda. Stary przyzwyczaił się postrzegać mnie jako dopasowany mebel. To dobre. Przynajmniej tyle. Przemykam korytarzem bokiem, tak, by nikt nie wytrącił mi dokumentów spod pachy. Czasem się nie udaje. Dziewczyny wrzeszczą. Są wstrętne. A te ciche - jeszcze gorsze. Jestem generałem i czuję się nikim. W mrokach szkoły bogowie kazali mi istnieć, aby zaczyn ich słów stał się ciałem. Boję się? Czego? Nić już uprzędzona. Nic innego nie może mi się przydarzyć. Tarik przygryzł język jakby coś powstrzymywało go od obrażenia któregokolwiek lub każdego z bogów. Wspomniał jak wygrzebali go wtedy z gruzów. Taak.... Martwy Samson uśmiechał się. Dlaczego miałem żyć dalej? Byłem tylko częścią tego planu? Największym zwycięstwem jakie może odnieść generał jest pokój. Ale zapomnienie?! Rada nie przejęła się zbytnio zabitymi a więcej i bardziej, i gorączkowo rozprawiano o stracie świątyni. Sacrable! – Zaklął Tarik po filistyńsku i w duchu. Dobrze należeć do wielkiego narodu! Dobrze. Pamiętał Dalilę z dzieciństwa jak jąkała się niepewna, najmniejsza i chuda, biegająca z tyłu za gromadką dzieci. Obiecał więc, że, jeśli przeżyła, to weźmie ją sobie jako kolejną żonę. I znowu poczuł się ułamkiem planu boskiego i wrednego, bo powiedzieli mu, że ją znaleźli, i, że oddycha. Pamięta. Dalila to bardzo stare słowo oznaczające pożądanie. Długie miesiące leczył to pokiereszowane ciało, niegdyś piękne a wtedy, ułomne. Patrzył na nią jak na opuncję i nie potrafił pokochać. Wpatrywał się w nią godzinami świadom jej człowieczeństwa. Rozmawiał z nią nocami próbując antonimów i sudoku oraz porównań antropomorficznych, rozważając konstelacje intryg na dworach tamtych dni. Dalila upierała się - jak to przewidująca kobieta, - że część może być większa niż całość, a bomblujące erupcje jej erudycji staczały boje z elokwencją i elegancją ruchów generała. Ślub był wielki. Wspaniały! A on dostał w prezencie dużo sztucznych loków i bródek. Uciekła potem z jego synem – pachnącym solą morską i zapachem maków. Tarik był generałem i musiał za nimi puścić pościg. Przykazał dyskrecji dowódcy pościgu aby ich przypadkiem nie złapali. Tarik wiele miesięcy ostrzył nóż ukryty w bródce. Dziś uczy własne prawnuki i obcina ich marzenia chłodnymi nożycami nauki, a co gorsza, niszczy ich entuzjazm i psychiczny optymizm wybuchami cynizmu. Paznokietki przycina małymi nożyczkami, które służą mu również do modelowania intymnych fryzur w nosie. Wspominał wtedy zawsze syna Słońca, Samsona. Czy wycinanie włosków w nosie umniejsza moją moc? Zgadywał Tarik. Najwyraźniej tak. Tarik spochmurniał i klepnął wielbłąda. Na wszelki wypadek klepnął wielbłąda ponownie, tym razem w inny garb. A może jego niby siła była jak ta sztuczna bródka na miodzie? Może musiał ukrywać w niej mały sztylecik, aby mieć jej poczucie i zaznać tej mocy? Wrócił chyłkiem do pokoju nauczycielskiego i spoconymi dłońmi wyszarpnął drzwiczki swej szafki. Bródki i miecz były na swoim miejscu. Dotknął ich jak Ibn Saful i nacisnął dłonią swoje ciemię. Chwilę trwał tak we frakcji pomiędzy jawą a codziennością kołysząc głową, ściskając ją oburącz. Myśli wróciły na ulubione miejsca, tak, jak to u nas, Filistynów, w zwyczaju. Nie spuszczał oczu z liczydła, a kolorowe paciorki uświadomiły mu upływ lat i stuleci, gdy samotnie toczył się on – małe kółeczko boskiego planu. Był nikim i pociły mu się ręce. Przestał już dawno chodzić na kurhan Dalili a jej popioły użyli do wyrobu cegły. Orh2nkeu4ik GVrVkEZoDCM : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS054
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: ŻONA RICO Rico siedział przy stole a z talerza gapił się na niego rozdziawiony rybi pysk. Poplamiona obiadem koszula obchodziła go w tej chwili tyle samo, co wyrzuty tej ryby, gdyby tylko umiała mówić z półmiska. Drętwe jego ręce nie mogły się ruszać a on sam nie wiedział, czy zdecydować się użyć teraz widelca, czy...? Ech... czy w ogóle sięgać po kawałek ryby... Gdybyż głowy jego synów umiały mówić po śmierci. Ale nie! Podobne rybiemu rozdziawieniu milczą odcięte od ukochanych ciał, a Rico jeży się na samą myśl, że oto musi powiadomić swą małżonkę o tym i nie tylko. Musi powiedzieć o zdradzie jakiej dopuścili się synowie i co z tego wynika dla niego, dla niej i dla ich córki. A raczej jak wielkie niebezpieczeństwo wisi nad jego własną głową, już to z kierunku zleceniodawcy Da Esvas, już to faktycznego kupca, już to ze strony Hombre i Tiago, którzy nie muszą wierzyć w jego klęskę. W końcu to głowy jego synów... No powiedzmy, że nie byli jego synami i nie wiadomo do kogo tak naprawdę byli podobni. Fakt, że kochał ich jak swoich, i aby prawda nie wyszła na jaw , wysłał ich jak to szybko możliwe do szkół daleko i bogato wyposażając we wszystko, co potrzebne młodzieńcom. Mimo zaangażowania się w studia, z którymi nie mieli problemów, znikli obaj z pola widzenia. Rico wysyłał nadal czeki i nie interesował się zbytnio chłopcami, mając swoje własne problemy i zajęcia. Żona Rico była szybka i jadła po drugiej stronie stołu z apetytem trzęsąc żuchwą i nie zważając na rozmazaną szminkę. Białe wino piła krótkimi małymi łykami odstawiając niechlujnie szklaneczkę. Musiała być ładną kobietą, jednak los, a może charakter naznaczył jej twarz posępną zmarszczką daleką od zmarszczki zamyślenia. - Nie żyją. – Wyrzucił z siebie Rico, patrząc spode łba na żonę. - Nie strasz, kto taki znowu? Rico opowiedział o walizce i deseczce balsa, i o głowach. O tym, że odpiłowane, i, że bez wyrazu. O Eduardo i Tiago, i o Da Esvas. Kobieta padła na fotel a potem biegała po pokoju rozpaczając i rwąc włosy. - Zemszczę się ! Zemszczę się na nich wszystkich! Też stracą swoje dzieci! – Jęczała i płakała. Nagle usiadła na podłodze - nogi wyprostowane jak u lalki - i całkiem spokojna kiwała się nucąc jakieś swoje dawne melodie. Coś przekręciło się w niej i Rico przeraził się teraz dopiero, spostrzegłszy tą zmianę. Zawsze się jej bał, jeszcze bardziej jej pomysłów, a najbardziej jej planów. Tym razem był przerażony! Podszedł do niej i pomógł jej wstać, otulił szalem i poszedł do kuchni po tabletki uspokajające. Gdy wrócił stała bezwolnie tak jak ją zostawił - obok kanapki, wpatrzoną w okno. Nie powiedziała już tego wieczora ani słowa. I co najdziwniejsze nie spytała Rico, czy przypadkiem, to nie przez niego ich zabili. Rico pomyślał o tym i zadziwił go jeszcze jeden fakt, że matka nie spytała, gdzie są ciała jej dzieci?! Ale teraz nie mógł się tym kłopotać. Musiał działać i to mimo podejrzeń, należało działać z Tiago i Hombre. Tak...., aby jak najszybciej dojść do sedna sprawy. Gdyby wiedział, już wysłał by tam helikopter ze swoimi ludźmi. Ale taki pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. z6MJcGqXQ80 MVSuBdEeLxY : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS053
: Data Publikacji.: 08-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025