Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: CISZA Suche me wargi i język suchy. Spierzchnięte i popękane do głębi moje usta wołają wilgoci twych ust. Wiatrem targane marzenia uleciały daleko. Jesteś przy mnie jak kokon pustka. Przy moich kolanach włosy twoje siwe. Dzieło twego życia pazur złego orze. A Sator Arepo już opera rotas. Nadchodzi cisza. Tkwisz na pustym miejscu. Gdzie nawet wiatr liści nie kładzie. Ciężar serc do Ziemi dobił szalę. Oparzoną ręką przesypujesz piasek. Cisza milczy i nic jej się nie chce. O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS128
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: Jd.jz.dzziaa CZEKANIE W malignie zapomnień ponad nami ich wstęgowanych imionami pełzną białe glisty. Żują nasze myśli. Padliną codzienność przetrawia kot idący nad płomieniem. Jest czarny i smutne jego oblicze zwraca w stronę piekieł. Nie dziś, nie jutro, wody wszystkich mgieł zatęchłą ideą nas zmuszą do oddechu, do pół życia na łąkach drganiem się dusza upaja. Odchodzą cielce śmierdzące i łyse. Trupy ich legną w bajorach i bagnach. Groźbami zdrady cierpień i miłości nieuchronności przemijania łączenia zjawy z pól. Gonitwę dusz rozpocznie mrok. Gdzie są granice przebaczania? Isztar powiedz mi! Gdzie serce? Gdzie kochaliśmy ? Czy chcemy to unieść poza światy stęchłe, zwiędłymi kwiaty wyuzdanych gróźb i ranionymi torsami trwając nieruchomi milcząco sklejonymi oczodołami, obrzydłym spojrzeniem kota spoza snów przybywa do nas tym wzrokiem. Usta nam krwią napełnia a mowę językiem pęcznieje. Spalenizną dotyka i mdli. Mdłości wzburzają. Długie są minuty. Długie palce Pretekineterów i ich paznokcie. Torsje powtarzają odruch wymiotny. To świat w całym swoim pięknie pozwala ci oddychać od nieskończoności do wieczności. Zamknięte wszystkie wrota. Ciemnośc ogarnia dusze zgarbione, lecące bez kierunku. Bez nadziei. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS127
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: SZUMMERR W kraju Nabuchodonozora się panoszę i nie dbam o kobiety. Codziennie jem bułeczki z masłem miłości serca nierozumny. Od takiej uciekłem. Zamknąłem ją w pudle z goryczą. Jedna łza upadła na piasek suchy. Po chwili już jej nie było. Czyste słońce zabiło moją pamięć. Z rozkazu głosu serca nie opuszczam pieczęci. Siedzę w niej. Klinem się walcującej w glinie skurczony siedzę. Na samym szczycie ziggurattu podlewam ziarno fasoli, która rozsadzi piramidę i zetrze kolory jej pięter. Już tak kiedyś robiłem, gdy byłem Przejściem a El Micho jeszcze się nie narodził. W najdalszych zakątkach pamięci ludem Szumerskim powstałem, zszedłem w dolinę by budować miasto. Niewolnice rodziły mych synów i mocne były ich kolana. Żyłem dwadzieścia cztery cykle po połowie tarczy. Byli wojownikami. Sprowadzili wielu niewolników do budowy mojego miasta. O słodka Isztar ! O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! O słodka Isztar, kochanko mojego ciała po wielokroć! O słodka Isztar, kochanko mojego ciała i matko moich potomków! O słodka Isztar, zabójczyni mojego rozumu! Moje miasto było najwyższe. Bero jego sława. Czarne i żółte jego mury. A dachy dla słodkiej Isztar białym posypane popiołem. Fontanny szumią dla słodkiej Isztar, gdy przechadzała się wraz ze mną po placach mego Bero. Leżą na brzuchach nie śmiąc spojrzeć na nią, gdy idzie ze mną ulicą. Ołtarze palą warzywa polane zwierzęcą krwią i piwem na jej cześć. Wrogowie ofiarują swe życia znajdując się na jej drodze. Isztar malowała mój makijaż. Isztar wkładała swój język w moje usta, by mówić słowa, by dawać rozkosz boską. Isztar dała mi swą boskość na zawsze, bo jestem Przejściem między Światami. Bo jestem bez rozumu. Zabiłem wrogów moim mieczem. Zabiłem ich potomstwo. Uczyniłem niewolnikami ich dumę i chciwość. Pod biczem gną grzbiety, wznosząc ceglane, wysokie miasto dla mojej słodkiej Isztar. Dla niej płodzę liczne potomstwo z niewolnicami. Dla słodkiej Isztar robię wszystko bezrozumny i silny. Ona leży przede mną jakby nie była boginią lecz strzępem suki. Odbiera mi Rozum. Nadaje mi Wielkość. Pamiętam tylko jej słodkie Imię i jej boskość w przejściu. Nie posiada opaski. Swoje nagie plecy pomalowała niebieską gliną na znak miłości do mnie. Miasto jest wielkie ku jej chwale. Bero-Isztar na każdej cegle jej imię odciśnięte na tysiąc dwunastu. Isztar słodyczą pozbawia mnie rozumu. Dziurawi moją pamięć stając się moją suką. Jest Wielka i Wieczna. Jam Przejście. Sandałem w kurzu świętą stawiam stopę, którą odciąłem mym patronom. Czerwoną cienką rękawiczkę wkładam na rękę aż po łokieć. Naciągam zmarszczki aby zabić ciekawość pooranej twarzy. Patronom skrzydła uczesałem w nielotne koafiury chimer i do ich rąk wagę przybiłem by mierzyć ich uczynki. Moim patronem był Sarkazm, Syn Podeptanej Duszy, Wnuk Niemiłego Serca, Prawnuk Deszczu w Dolinie. Mezopotamia mnie woła. Glina wyschła. Źdźbła zgruchotane i zmięte wciśnięto w ciałka cegieł, na chwałę Pana Czasu, polano cegły krwią kurczaków, sokiem warzyw, moczem wojowników. Posypano popiołem drzewnym. Dotknięto palcem maga. Przed tysiącami lat. A one nadal są. Na chwałę Pana Czasu. I udało im się to. Kiedy wyjdziesz na taras pocałować me dłonie, w żarze Słońca twoje czarne oczy będą nieruchome obrysem makijażu nie przymrużonych powiek. Przeźroczyste tuniki w kolorach błękitu wody i nieba oblepią mokre twoje ciało, nogi i brzuch pusty, gotowy na przyjęcie mężczyzny a potem wzrostu dziecka. Dumny swoją płodnością. Smukły teraz, ponętny. Gruba peruka natłuszczona czerwienią lśni pachnidłem i miodem. Sandały i obręcze ramienne przystroiłaś wełnami w kolorach miłości i oddania. Woda z twojego dzbana dowodem przyjaźni, istotą życia, życiem w pokoju dusz, pięknem i czystością myśli. Wiatr północny powiewa lekkimi przeźroczystymi zasłonami. Zwisają z baldachimu, za którym stoisz naga. Isztar słodka. Wysuwasz palce wąskie o długich paznokciach. Wydłużają się nadmiernie i łatwo wbijasz je w moje serce. Popychasz mnie do innego świata? Zatrzymałaś mnie w tej pieczęci? Woda. Góry, z których spływa, jak nasz lud Szummerrski, naszymi rodzicami, źródłem wiedzy i potęgi na wieki, i wszelkie obroty siostry naszej Innanny. Księżyca, co tnie płaszcz czerni nieba. Siostry naszej wioślarki, co wiosłuje czterdzieści razy po czterdzieści. A potem znowu tak samo. Owocem jej suka . Wierności symbol. Magia. Nie płacz więc teraz. To jest Czas Radości. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS126
: Data Publikacji.: 14-03-25
: Opis.: Jc.jz.dzzizaza SŁOJE Znajomy przyniósł mi kawałek stopy z palcami. Robi tak dla mnie zawsze, gdy musi odkroić stopę aby buty pasowały do nogi zmarłej osoby. Buty są z papieru malowanego błyszczącym czarnym lakierem. Lakier łatwo pęka, dlatego nie da się wcisnąć stopy. Musi pasować. Tak się zdarza czasem i on mi je przynosi. W mojej szafie zamknięte w słojach tkwią i pławią się w nieruchomym śnie kawałki śródstopia z palcami. W mętnych płynach obserwuję je. Paznokcie kiełkują im nadal , choć beznadziejne są ich dążenia. Rosną zwijając czas w szarość. Nic nie słychać. Wszystko w tych słojach żyje bezgłośnie i jednocześnie, choć od zamknięcia pierwszego słoja minęło już kilka wiecznostek. Pierwszy zakręcałem drżącymi rękami, bo nie śmiałem wyrzucić kawałka człowieka, tak jak inni całują kawałek chleba podnosząc z podłogi. Myślałem, że może należy wymieniać płyn w słoju jak wodę rybkom. Gdy miałem pięć słojów opatrzyłem je naklejkami i zauważyłem ich wewnętrzne poczynania. Najpierw niezauważalne i nie docierające za bardzo do mojej jaźni. Potem wyraźnie dające się we znaki w moich snach i sposobie spędzania wolnego czasu na plaży oglądając stopy plażowiczów przygotowujących się do wieczności. Widziałem jak piach wysysa z nich życia i jak zgrubienia na palcach i piętach ewoluują w kierunku zmarszczki grozy i namysłu , jak ją obecnie nazywam. Wiedziałem już jak to się skończy i choć prawda była tylko cząstkowa, dostawałem bowiem tylko urywek stopy, to jednak wyraźnymi cięciami bruzdy kierowała światło prawdy na przyszłość jaką można było jawnie widzieć dla właściciela stóp. Wiedziałem jak będzie leżał i dlaczego umrze. To co działo się w słojach przerastało najśmielsze oczekiwania. Robiłem dokumentację fotograficzną i popełniłem przynajmniej dwa by tak rzec, dokumentalne filmy , gdzie w zwolnionym tempie widać rozwój i zmiany urywka stóp i wykwintne ruchy paznokci kręcących się barokowymi łukami i rozrostami w kierunku rokoka to znów strzeliście i niewyszukanie wzdłuż szklanej ścianki słoja. Stopniowo powiększałem , kierowany szacunkiem dla mieszkańców słoików, miejsce na półce. Potem zdecydowałem się przenieść inne słoiki, to znaczy, grzybki i borówki oraz peklowane kiełbasy na inny regał, a szafę odświeżyłem i odmalowałem w kolorze kremowym z czerwonymi żyłkami , by wspomnienie koloru skóry owiało mieszkańców częstością swoich drgań. Mieszkańcy byli bowiem koloru szarej wątróbki smażonej na patelni i w niczym nie przypominały kawałka człowieka ni kształtem , ni kolorem. Co prawda niektóre stopy miały paznokcie malowane lakierem na czerwono. Po jakimś czasie budowała się na tych resztkach lakieru mgiełka jakiegoś dziwnego osadu tłumiąc kolor i powodując efekt galaretowacenia całości. Choć było to tylko złudzenie, wiedziałem, że lakier, jako twór sztuczny był żywym dysonansem do całości wyglądu mieszkańca. W każdym słoju trwała cisza i szarość. Ten spokój niezakłócony nawet fantomowymi bólami nieistniejących tu pięt i kostek , i łydek. Napuchłe , to znów skurczone opuszki i poduszki palców drętwiały lub odprężały się właśnie w swoich fazach bytu drugiego i następnych , a ja słuchałem tej ciszy i tkwiłem napojony szacunkiem do mieszkańców i ich społeczności idealnej. Tak! Społeczności pełnej spokoju i dostojnej powolnej emanacji trwania. Czułem się jak ktoś potrzebny by podtrzymywać i służyć owym mieszkańcom co wyciskali piętno na mych snach. Przecież gdyby nie ja ,kończyli by w koszu, na śmieciach, a w najlepszym razie w kieszeni marynarki swego ciała lub pod podgłówkiem trumiennym. I to wszystko z powodu papierowych lakierków. Dziś patrzę na wnętrze szafy. Nie przyjdzie mi przecież do głowy by kolekcjonować żywe nosy. Tzn. nosy żywych ludzi, patrząc jak się zachowują, domyślać się co akurat robią ich właściciele, mierząc anilografem długość przyrostu włosów w nosie i ilości, i jakość wycieków z tłuszczowych porów. Podziwiałbym zachowanie się chrząstek i wewnętrznych warstw skóry. Niestety przy palcach umarłych ludzi nie mam tego zapału. Podziwiam tylko ciszę. Dziś patrzę na wnętrze szafy. Myślę, że mieszkańcy są jadalni. Może przez spożycie zawartości słoja przejąłbym jego doświadczenie i mądrość. Może nie potrzeba łzawiących oczu by widzieć świat przez soczewkę uczuć? Może wystarczą skłębione włosy zmieszane z paznokciami? Każdym krokiem zbliżały właściciela ku przeznaczeniu, i każdy krok był potrzebny. Te palce wiedzą wszystko. Mieszkańcy pławią swe trwanie w słojach a ja odkurzam półki starając się nie zamącić płynów przy przestawianiu słoików. Niektórzy mieszkańcy wypełnili już szczelnie słoik, inni przywiędli i zespolili się ze szkłem ścianki. Niektórzy zawiśli na trzeciej części wysokości płynu i kontestują markotnie półmrok. W snach słyszę ich krzyki. W snach biegają obuci w sandały lub kalosze. Śmieją się z mej bezradności. Nie wiem, który mieszka w jakim słoiku. Krzyczą i biją się między sobą. Uderzają w podłogę dużym paluchem rozpulchłym i z odklejającym się pazurem długim i pozwijanym w świder, lub podkręconym i wrosłym na poły do palca. Kawałki kości sterczą z drugiej strony okryte galaretkowatym nalotem bez koloru i bez nazwy. A jednak sny kończą się jak zwykle, a ja odczuwam szacunek do mieszkańców i ich wspólnoty w słojach. Każdego nowego mieszkańca witają z uśmiechem i pobłażliwością dla jego niecierpliwych pierwszych bąblowań w płynie, gdy zamykam pokrywę. Przetrzymują cierpliwie ruchy, gdy próbuje się usadowić i przybrać pozycję w słoju. Wiemy ,że zmieni ją wielokrotnie i będzie sterować obracając się we wszystkie strony. Nie mogę obciąć sobie kawałka stopy i dodać własnomięsnego mieszkańca do tamtych, bo złamałbym zasadę i byłoby to wbrew obyczajowi, gdy na dużym paluchu zawieszają kartkę z numerkiem na woskowanym sznurku. A więc palce żywego kogoś nie nadawały się na mieszkańca. Kiedy spadł śnieg spożyłem zawartość pierwszego słoja pragnąc doświadczyć jego przeżyć i doświadczeń. Białość przykryła trawnik i drzewa pokazując ślady ptaków i ścieżki kotów na białym planie. Cisza przykryła mój żołądek trawieniem pazurów i odcisków. Pierwszy mieszkaniec nie powiedział nic i musiałem spożyć następnego , może bardziej doświadczonego w rozwoju. Wybrałem stary słój, jeden z pierwszych, który jednak zgryzł chemicznymi reakcjami mętność płynu pozostawiając klarowność, dzięki zachłanności, jak sądzę, jakiegoś grzyba. Spożycie galaretowatej zawartości było co najmniej trudne, ale możliwe, dzięki szacunkowi jaki wyrobił się we mnie, przez lata, do moich mieszkańców. Zachorowałem na ponad dziesięć dni i walcząc z zatruciem pokarmowym próbowałem pokonać mrok i szarość, aby przyjrzeć się wizjom mieszkańca numer dwa. Wódka i jeszcze więcej wódki postawiło mnie na nogi i po tygodniu picia piwnicznych nalewek poczułem się zdrowy i silny. Moje nogi same unosiły się i skakałem w pijackim zwidzie długo, aż upadałem spocony i zdyszany na starą kozetkę rozśmieszając ponure sprężyny trocinowym podłym śmiechem i napięciem płóciennych pasów. Moje nogi zdawały się być lekkie i beztroskie. Po prostu były żywe. Zmuszały mnie do chodzenia i biegania po piwnicy a ja wmawiałem sobie, że to pijacka moja przekora o stopach bez palców i z podwójnymi paznokciami. Że to jakiś zespół adory i że zaraz się obudzę z pleśniejącym słoikiem w jednej a zakrętką w drugiej dłoni. Nic podobnego się nie wydarzyło. Byłem nadal pijany , zadowolony nie wiadomo z czego, i ciągle w ruchu ,od ściany do ściany. Szafa patrzyła na mnie. Spostrzegłem to i zrozumiałem prawie jednocześnie. Ze wszystkich półek poczułem piekące spojrzenia oplatające moje nogi zazdrosnym powojem aż do kolan i kurczowo wypijającym z nich soki. Wreszcie zrozumiałem, że mieszkańcy pojęli, że ja też mam u stóp palce i paznokcie. I, że mam coś więcej , bo i pięty, i całe łydki wraz z cięgnami i kościami. No to teraz się zacznie. Wybiegłem z piwnicy i był to najlepszy pomysł, bo w kuchni wróciła mi władza w nogach. Mocna kawa pozbierała mój umysł do kupy w chwili, gdy tylko jeden paznokieć dzielił mnie od szaleństwa. Nie mogłem przecież zjeść ich wszystkich, a przynajmniej nie na raz! Miałem na sobie ich galaretowate myśli i kożuch wspomnień ludzkich dolegliwości. Tylko moje nogi potrafiły z tego korzystać. Ja byłem doczepionym chwastem. Byłem pępkiem wokół rozbuchanego ciała, które myśli, że jest najważniejszym tworem samodzielnym, a zapomina, że z pępka się zrodziło. I że nadal pępek steruje budową i funkcjami całego ciała, jego wielkością i odnawianiem zepsutych kawałków oraz gojeniem i odpadaniem nieużytków. Problem sekrecji nie jest domeną mózgu ni rdzenia człowieka lecz funkcją pępka. Czwarty listek zarodkowy? Obudziłem się nad ranem goły na progu domu. Cały w błocie i śniegu. Moje stopy były odmrożone i czerwono czarne opuchlizny nie dawały wątpić o skutkach nocnej przygody. > : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS125
: Data Publikacji.: 14-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025