Rombacha
- Kraj:Polen
- : Język.:polski
- : Utworzony.: 02-04-16
- : Ostatnie Logowanie.: 07-01-22
Jestem se Rombacha, śmieję się hahaha!
: Opis.: DWA CELE. Potrzebne im dwa cele. CEL BLIŻSZY, czyli chcenie aby zrobić następny krok. Oraz CEL DALSZY, czyli dokąd mają te kroki doprowadzić. Sformułowanie tych dwóch celów dostarcza radości istnienia zarówno dla hodowcy jak i robota. Daje hamulce nie pozwalające wbijać szpili w ucho, i wyznacza sens istnienia i potrzebę walki o cel. Dziś już tylko poprzez zdefiniowanie samych tylko celów, nie mówiąc o tym, czy ktoś je rozumie, czy też są to tylko hasła, można by zahamować falę samobójstw. Bezpośrednim faktorem prowadzącym do fal samobójstw jest zdewaluowanie się wartości celów w oczach grupy . np. wskutek upadku jakiegoś autorytetu, lub ideologii. Pomijam powody irracjonalne w stylu , zbliżania się roku 3000 itp. Pomijam też woodoo wykluczające z grupy osobnika, który zjadł zakazane mięso czarnej kury, zaczął chudnąć, bo myśli, że musi umrzeć. Został wykluczony ze swego świata przez grupę, świat-wioskę. A poza wioską nie ma dla niego nic, co obdarzyłby celem i dla czego można by zadeklarować inne prawa. Jego mózg wyhodowany w świecie wioski murzyńskiej obdarzył go już winą i samoskazanie na śmierć stało się. Również algorytm woodoo kazał pradziadkowi w zaborze rosyjskim palnąć sobie w łeb pod stołem ze wstydu, że pierdnął przy damach. Mimo, że poprzedniej nocy biegał z kolegami oficyjerami nago po burdelu z pawim piórem w pupie upudrowanej francuskim różem. Ale porządek być musi! Tak więc wyhodowanie odpowiedniej maści i wielkości robota nastręcza kilku podstawowych trudności. Pierwszą trudnością jest to, że nie da się tak łatwo wyhodowanego obiektu odprogramować. Druga trudność to, to, że obiekt ciągle musi nowe informacje segregować rozstrzygając, co jest dobre a co złe. Wynika z tego trzecia trudność, że nie można raz zakodowanego podziału na dobro i zło przeprogramować. Nie da się zmodyfikować pierwotnych aksjomatów osądów , co jest dobre a co złe, bo cała nadbudowa runie w umyśle hodowanego obiektu. Pomnij na glinę, która twoją matką. O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! To mówią wargi miasta Bero wyschłe tęsknotą do ciebie. Łatwiej uśmiercić hodowlę, jednostkę lub grupę. Można też ominąć prawdy absolutne wprowadzając demokrację, czyli twór niemoralny i przede wszystkim nieetyczny. Mrówki dobierające się ze wszech stron do kamienia prawdy. W którą stronę go przesuną? Po co ? Czwartą trudnością jest rozstrzyganie, co jest dobre a co złe absolutnie mając jednak na uwadze cel bliższy. Można się spodziewać, że przy pewnej prędkości robienia kroków przez robota ilość decyzji osądów będzie wraz z nabieranym doświadczeniem robota hamować kroczenie, chyba, że robot zautomatyzuje w sobie pewne odruchy myślenia, a podejmowane decyzje spłyci do potrzeb celów bliższych i nie będą one już absolutne. Weźmy na przykład sikanie pod wiatr. Powtarzanie się celów bliższych upodobni decyzje do siebie, co spowoduje obarczeniem błędem osądu. Np. można wymordować terrorystów i zakładników, aby pozbyć się problemu terroryzmu. Lub! Można jeść kiełbasy z chorych świń i zdrowych nafaszerowanych chemikaliami świń twierdząc, że to to samo. Można też wymordować wszystkich mieszkańców twierdzy, nawet tych co pomagali otwierać wrota. Inspicjent to nie to samo co stabilizator. Mucha lecąca do światła uderza w szybę i nie wie, że trzeba wejść w małą ciemną szparkę w futrynie aby faktycznie przedostać się na zewnątrz. Musiałaby choć raz odrzucić priorytet :”światło jest dobre”, ze swego oprogramowania. Cofnąć się kilka kroków w tył aby zwalczyć szybę. Ale mucha tego nie zrobi, Może przeszkadza jej w tym honor, a może zdanie bzykane od tysiącleci przez ducha much. Fakt, że znajdujemy zdechłe muchy przed szybą. Niezrozumienie dobra i zła oraz świadomość tego, prowadzą robota do strachu przed kolejną decyzją. Nie dość, że nie potrafi podjąć decyzji, to jeszcze gorsze jest to, że nie umie wyobrazić sobie następnego kroku. Czyli, nie wie następnego celu bliższego. Nie płaczcie. Lepiej uśmierćcie hodowlę robotów, jednostkę lub nawet całą grupę. W zasadzie nie jest to takie ważne, jakie kroki drepcze robot aby dojść do celu dalszego, tzn. tego nadrzędnego. Jest to jednak inaczej postrzegane przez robota, który chciałby osiągnąć cel dalszy najszybciej jak się da, gdyż zdaje sobie sprawę z przemijania. a7dwHbMf6eU q-g_PMZ4JQ0 xoZkJ-uCf8g W hodowli śmierć jest determinantą odwagi decyzji. Robot wie, że dodają się następne roboty , które również przyswajają różne ilości osądów i hodują w sobie następne światopoglądy. Roboty za powolne ulegają zatraceniu się w hodowli i śmierci, nawet jeśli bytują fizycznie sprawnie jako jednostki . Nie powodują jednak rozwoju hodowli ani nic nowego do swej jaźni nie wnoszą. Marnują tylko cień. Jedyną sensowną działalnością takich robotów jest sprzeciw i niszczenie dotychczas zdobytego światopoglądu. Twierdzą przy tym, że robią to z ważnych pobudek. Najczęściej mówią tu o odświeżaniu i swego rodzaju katharsis hodowli, lub grupy w środku hodowli. To bardzo ważny aspekt KAŻDEJ hodowli, nawet hodowli motyli czerpiących energię ze Słońca do kolektorów na swych pneumatycznych skrzydłach. Konglomeraty jaźni bezkrytycznie przejmowane przez roboty od innych są zapalnikiem entuzjazmu .Potem aby bronić takich przejętych konglomeratów robot staje się fanatykiem. Pomnij na glinę, która twoją matką. O słodka Isztar, kochanko mojego ciała ! To mówią wargi Bero wyschłe tęsknotą do ciebie. Do tego aby wiedza nabyta nie była traktowana autorytatywnie, potrzebne są hodowcy wyróżniki wyboru, rugujące te roboty, które stopują i hamują niezależny rozwój przez warunkowanie swoim fanatyzmem postępków innych robotów. Wyróżniki wyboru to denuncje ustawiane jako chwilowe cele propagandowe, dające możliwość wykazania się robotowi czymś nowym na tle grupy. Mogą też działać na robota cicho i bezgłośnie, powodują jednak jego rozwój i antagonistyczne nastawienie do hodowlanych jaźni. Autorytety działają tylko poprzez hasłowość nielogiczną. Szum wywoływany przez Gilgameszów i spotęgowany opowieściami Enkidu jest idealizowany i droga odbyta przez herosów staje się źródłem do naśladowania. Cechą wspólną wszystkich manifestów mitologicznych jest happyend . Happyend zakończony śmiercią jest Prawdziwym Happyendem. Każdy robot wie, co się kryje pod słowami „żyli długo i szczęśliwie” i rozumie dlaczego Gilgamesz musiał utracić ziele nieśmiertelności mimo dotarcia do praszczura swego, Untapisztima. Każdy półbóg staje się zwiędłym i miłym starcem, a mądrość swą powierza opiece. Jednak u ojców nie praktykują synowie! Oni idą do obcych mistrzów i tam zdobywają szlif. Powracają do domu jako antagoniści starego porządku i swych ojców. Powracają długo wiosłując po wodzie 400 razy po 400. Powracają do domu jako zwycięzcy wchodząc kuchennymi drzwiami, by stać się jeszcze pełniej zwycięzcami. Powracają długo wiosłując po wodzie 400 razy po 400. Powracają do domu pokornie po długim przemyśleniu kroków. Powracają kierowani przez względy, które paraliżują słabych i etycznie powstrzymują silnych. Powracają długo wiosłując po wodzie 400 razy po 400. Wiosłowali, wiosłowali, wiosłowali, wiosłowali długo. Muszą powrócić, by nie okazać się zdrajcami siebie i rodziny. O.ai.daai) 4s4johfJxRo XUyEyvOOBUg EUwZkdZN0uI : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS076
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: GERUNDIUM Ja.as.daadaa Myślenie zaczyna się od dzieła, gdy algorytm staje się przedmiotem. Gdy SŁOWO staje się CIAŁEM. Z tego wynika ,że gerundium jest myśleniem. Gerundium cogitam est. jj.as.daadaa ROZUMIENIE tekstu to nie to samo co INTERPRETACJA tekstu. Interpretacja jest zawsze PARAFRAZĄ, a rozumienie jest DEFINICJĄ CZYSTO STATYSTYCZNĄ. (b. ważne !!!!!!!!!!!!!!!!!!! gdy mamy robota, któremu chcemy wytłumaczyć świat , lub dziecko, gdy pyta nas o dobro i zło. Jak przekazać czego sami nie mieliśmy przekazane do końca ? Jak obnażyć prawdę o nodze widząc tylko nogawkę? Jak obwarować wyjątki od reguły nie znając mechanizmu algorytmów? Posłużymy się opisem jak parafrazą, to wyhodujemy robota psychola. Posłużymy się definicją , to wyhodujemy urzędnika. Co jest lepsze? Jeden i drugi ma w dłoni cienką, długą igłę. Jeden i drugi ma możliwość wkłuć się do twojego mózgu przez ucho. Nie potrzebne im empiria ani honor. Tym razem jest z nimi czarownik. Choć zajęty ślubem, musi wysłać swe oko na czaty, by sprawdzić czy skrzydła wolności nie straciły ani jednego pióra. 6qTxEeukmyc Fo3o6bsaRh0 GrM9hxEaISk : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS075
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: Do.ac.dzaiazaz REBUS Jeśli człowiek znajdzie się w sytuacji, której nie rozumie ZUPEŁNIE np.: wszystko co widzi wokoło siebie jest niezrozumiałe i nie interpretowalne, to, gdy złapie jakikolwiek element rozpoznawalny, to robi z niego problem czy cel, na którym ogniskuje całą swoją jaźń i ...wtedy nie zauważa tego, czego nie rozumie, a cały kadr widzenia wypełnia mu tylko element „do rozwiązania” (,który, jak uważa, że go rozwiąże, że sobie z nim poradzi.) W ten sposób dzieci aż do późnej starości starają się zrozumieć otoczenie. Dlatego nie pamiętają dzieciństwa, bo go nie asocjują, a wśród pamięci nie znajdują niezrozumiałych obrazów, nie nazwanych dziecięcym językiem majaków, z niczym nie skojarzonych scen i uczuć nie pasujących do dorosłego wzorca listy odczuwań i odruchów, i zachowań. Dzieciństwo patrzy na świat poprzez teleskop, ale świat jest tuż już. Percypujesz czy jarzysz jak twój towarzysz? Wystarczy przygotować go z ulubionymi dodatkami. Starość patrzy natomiast na świat przez grapefruitowe okulary : różowe i gorzkie. A zdrowe dziąsła są potrzebne zawsze. Dlatego chroń swoje dziąsła i masuj. Gorące pozdrowienia ślemy dla ciebie. Życząc zdrowych dziąseł na zimno i na gorąco z abonamentem możesz więcej. Gumowa lala męska ? A czy sprawdziłaś, czy ma wentylek? Pomyśl o nicości. Kieruj się zyskiem. A może lubisz coś innego? Pora powiedzieć matkom, dlaczego umarły ich córki. Trudno zaufać nurkowi, bo się nie uśmiecha. Lekarz odchodzi od łóżka pacjentów. Pacjenci odchodzą od zmysłów. Lekarz nie uśmiecha się, chociaż tlen wsysa bez rury. Tak zmysłowo cię otacza i dlatego, gdy raz spróbujesz, będziesz wciąż wracał do tego smaku. Jest tylko jeden tak głęboki smak. Spokojnie, ma pan wszystko pod kontrolą, bo Pan kontroluje czas i dwa czasy i pół czasu. Dzwoni telefon. - Już łączę. Dzwoni Hombre. - Praca w pojedynkę nie służy mi jednak. – Mówi Rico. Rico ma problem. Głupia sprawa. Nie wyśle swoich ludzi by zabić rodzinę da Esvas, spalić ich domostwa, zniszczyć i wypalić do gleby wszystko. Wcześniej nie wiedział, że chodzi o Carolinę, a może było mu to obojętne. Nie był też chłopcem do wynajęcia. Śmierć synów targnęła nim wstecz i skaleczyła, lecz mogła być jedynie pretekstem dla zniszczenia da Esvas. A tu cyk, i lama pokazała mu język plując na jego los. - Jak tam Manolito? - Spytał głos Hombre przez siteczko słuchawki. Rico milczał chwilę, w końcu rzekł lakonicznie. - Żyje i przeżyje. - Słychać było jakieś trzaski. - Rico, dowiedzieliśmy się, że to Amarilla namówiła twoich synów. Teraz uważaj: Twoja córka to też jej dzieło. W odwecie dla Esvas. Prowokuje po chińsku. - Skąd wieści? – Spytał głupio Rico i zaraz pożałował niedowiarstwa. Głupio tak do Hombre mówić. Chinka Amarilla urodziła się w indiańskiej rodzinie i była już od urodzenia Chinką. Miała skośne oczy i trójkątny przekrój włosa, pasujący pewnie do stożkowych kapeluszy jej rasy. Dwa przednie siekacze wystające upodabniały ją do karykatur Chinczyków z kreskówek lat trzydziestych. Nawet okulary nosiła okrągłe obrysowane zdziwionymi, cieniutkimi, wyrysowanymi depilacjami brwi. Nie wiadomo skąd się taka urodziła, może jej ojcem był chiński marynarz a może była indiańskim wybrykiem natury. Długa a raczej wysoka i chuda jak tyczka o muskularnych ramionach, na których praca od dziecka wybiła piętno tragarza w postaci szram i znaków jakie mają wszyscy nosiciele skrzyń i pasów jucznych. Życie skazało ją na dobrobyt więc pięła się po drabinie kariery połykając pomniejsze ryby i rekinki wraz z ich organizacjami i wpływami. - Mamy video z Amarillą. Dostała zlecenie z koncernu Nim, no.... a teraz rozgrywa własna grę. Tiago zawiadomiony. - Będziecie jutro? – Z nadzieją w głosie spytał Rico, bo wreszcie powiał ożywczy wiatr. - Jadę do ciebie. - Powiedziała słuchawka. Rico położył telefon i myślał. Nie odwoła akcji tylko zwróci się przeciwko Amarilli. A tu wystarczy jeden helikopter i dwie godziny lotu. Miał już dość tej wściekłej baby i jej maniackich rozgrywek. Babsztylowi nie dość. Ma linię narkotykową i jeszcze porywa tłuściochów dla okupu. Pracują dla niej setki ludzi, i Rico nigdy nie wtrącał się do jej rewiru. Kto naprawdę zmiażdżył ciało ich córki ? I kto faktycznie zabił ją łamiąc kark? Na pewno nie Carolina. kFfI9NuPosg iNamlVxh5GY Wszedł Hombre. Rico spojrzał nań krótko, tak jakby nic się nie stało. Rico zobaczył w Hombre w tej jednej chwili więcej niż chciał. I nie było w jego spojrzeniu żadnego błysku, i wiedział już, że mózg Hombre powziął decyzję i Hombre tnie ścieżkę. Zawiadomili Tiago i pojechali spotkać się z nim przy helikopterze. Był już na miejscu i siedział koło pilota. Dwóch ludzi z tyłu. Hombre i Rico zajęli swoje miejsca. Lecieli i noc okleiła ich nieprzenikliwą gęstością. Wylądowali na dachu płaskiego olbrzymiego, lecz niskiego budynku. Poszli do wieżyczki windy zostawiając swą broń ludziom Chinki. Zjechali. Rico zapalił cygaro. Szli wolno korytarzem prowadzeni przez straże. Milczeli. Przejęli ich inni uzbrojeni po zęby. Szli znowu korytarzem. W pokoju na końcu było ciemno nie licząc małej zielonej lampki na biurku. Amarilla nie uśmiechnęła się na powitanie. Podeszła do Rico. Była wyższa od niego i spojrzała mu głęboko w oczy. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj, Rico. - Była faktycznie mieszanką indiańskiej i chińskiej krwi. Miała słodki, głęboki głos, który nie znosił sprzeciwu. Podeszła potem do Tiago uśmiechając się dziwnie i do Hombre, gdzie specjalnie spoważniała. Patrzyła mu długo w oczy. Hombre nie spuścił spojrzenia aż zirytowana zawróciła w kierunku Rico. - Więc? Co teraz Rico? Po co przyjechałeś? Rico westchnął ciężko. - Jakie zadanie ma Treser? - Wyrzucił z siebie. - Czy dostaniemy kawę? - Spytał nagle Hombre. Amarilla machnęła ręką aby przynieśli kawę. - To samo, co ty, Rico. - Powiedziała. Rico skrzywił się i usiadł w fotelu. Cygaro wisiało jakby nagle straciło smak. - Widzę, że mnie się tu obraża. - Stwierdził cynicznie Rico. Chinka stanęła na wprost niego i rzuciła krótko. - Córka Da Esvas żyje jeszcze? Rico wypuścił jej dym w nos. Babsztyl się wściekł i próbowała dać jakiś znak ręką, ale Tiago obciął jej ramię swoją plastikową batutą wyciągniętą zza kołnierzyka. Było w tym coś kiczowatego i nierealnego, i wszystkich zdziwiła szybkość Tiago. Babsztyl upadł a Hombre nadepnął jej na grdykę miażdżąc gardło. Tiago zabił w tym czasie strażników. Hombre zabił tego, który zjawił się z kawą. Chinka martwa a Rico ciągle trzymał w ręce jej żywe, obcięte ramię. - Co teraz? - Spytał. Hombre spojrzał na Tiago. Podeszli do biurka i przetrząsali papiery. Znaleźli kwit na glicerynę i notatki z adresem. Hombre położył nagle zdjęcie przed nosem Rico. Byli tam dwaj całkiem żywi synowie Rica, jeszcze z torsami. Rico wstał i złapał Chinkę za włosy. Nożykiem do listów z biurka naciął skórę trupa i ściągnął skalp. Niedbale schował go do kieszeni marynarki upychając włosy. Kopnął rękę i zadzwonił po chłopaków w helikopterze by oczyścili drogę. Starał się nie pobrudzić klapki telefonu. jpJcJJ-HgF8 bd_GdC8eyTc : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS074
: Data Publikacji.: 08-03-25
: Opis.: RICO I CAROLINA Da.zt.dzasaz Każda zemsta ma swą słodycz. Niektóre mają i gorycz spełnienia. Goryczą dla żony Rica była śmierć ich córki. Nagle znaleziono jej ciało zmiażdżone w zgniatarce złomu na placu należącym do Da Esvas, we środę rano. Żona Rico dostała szału, i tym razem z dziwnym przekrzywionym uśmiechem na masce swej twarzy zaprzysięgła wymazać nazwisko Da Esvas z tego świata. Faktycznie jej mała córcia nie mogła być niczemu winna, i jej dziwna śmierć przewróciła matce całą wiedzę o podłości ludzkiej na gorszą jeszcze niż podszewka stronę. Zadawała już ciosy na ślepo, ale zupełnie..... było to bez znaczenia. Rico dwa dni siedział bez ruchu w ciemnym pokoju i nie chciał nikogo widzieć. Potem znikł na jeden dzień załatwiając jakieś sprawy wprost z auta, które widziano tu i tam parkujące lub przemierzające ulice La Palma del Fior. Dziwnym zbiegiem okoliczności i Hombre i Tiago byli zajęci swoimi sprawami a El Micho na górskiej wyprawie z pasterzami. Rico był sam. Już dawno wiedział, a może chciał wytoczyć największe działa, lecz nie miał tak naprawdę przeciw komu, i nie bardzo wiedział, czy tak naprawdę nie skieruje ich wtedy przeciwko sobie. W końcu wiedział niepodważalnymi faktami, że głowy w walizce należały do jego synów, i że skoro nie zginęli w wypadku lub pod lawiną, to ktoś specjalnie odciął im je od torsów, i że ten ktoś miał powód aby to tak właśnie zrobić. Oraz...co najistotniejsze...głowa Rico miała prawo znaleźć się tam jako trzecia. Co więc w takiej sytuacji? To jest pat! Całe jego życie i przyjaciele, którym ufał i z którymi dobrze się rozumiał, wszystko, co uzyskał i stworzył rozsypywało się jak domek z kart. Wiedział to aż za dobrze. Teraz samotny, osaczony nawet przez własną żonę, demona zemsty, nie mógł się zwrócić do nikogo, kto rozsupłał by jego życie, kto poradziłby jak cofnąć czas i wrócić do swych przyjaciół w białej kamizeli i czystym spojrzeniu... Jak to się stało, że przed chwilą był jako ”El Rico”, „ten” Rico, - mówili na niego -, a teraz jak kundel prowadzi z nimi wszystkimi wojnę? W ten sposób można odnaleźć skalp. Bo to jest wskazówka geometryczna w/g Talesa. Topią mi się zęby. Myślał Rico i wypuszczał gorące powietrze jak buchaj przez rozdęte nozdrza. Rico siedział w za wąskim, niewygodnym foteliku zatoczki szpitalnej poczekalni. Pamiętał Carolinę jeszcze z opery, gdzie razem dali do wiwatu. Nie wiedział wtedy nic o Mariolo ani o tym, że Carolina ma dziecko z Tiago. Była sprytna i zawsze tajemnicza. Manolito dostał przypadkiem i to właśnie od niej. Nie potrzebnie lazł do tego biura. Myślała, że to Treser wypuścił swe ryże małpy. A skasowała by była chłopaka. Rico zamyślił się na chwilę. Nie zauważył, że siadła obok, i dumał gapiąc się na własne buty. Odchrząknęła. Była przyzwyczajona do podziwu ze strony mężczyzn i jej pojawienie się wywoływało gorące reakcje, nigdy jej brak. - Nie szkodzi. Chrząknęła zirytowana jeszcze raz. Rico poderwał się spłoszony. - Siadaj. Proszę. - Rzekł znudzony jednak frazą i zaciekawiony jej wyglądem. Teraz dopiero naprawdę ją spostrzegł. - Powiedz mi, powiedz dlaczego nie jesteś odpowiedzialna za to wszystko? - Ja wstydzę się nawet oddychać. Wiesz, jestem całkowicie odcięta od wiadomości o rodzinie. - Późno wróciłaś. Co robi więc twój Manolito? - Mój? - Może nie twój, ale, jak się domyślam, żywy. - Ma zdjęcia .Ogląda. Ale on nie jarzy komentarzy. - Siadła na kanapce i wcisnęła złożone ręce między kolana. - Na pewno dobrze się czujesz? - Spytał chcąc mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, co na prawdę się tu dzieje. - Mhm, no tak. - Stęknęła myśląc o czymś innym. - Nie spocznę dopóki Manolito nie wyzdrowieje. - Pozwolą mu na to? - Tak, jeśli nic nie zakłóci porządku. - Spojrzała wymownie, choć Rico nie zrozumiał, o co chodzi. - Manolito twierdzi, że był tam nie sam. - Ciągnęła Carolina. - Nie rób mu krzywdy. To ty ich zabiłaś. - Zaryzykował Rico patrząc na jej usta. - Stoczył się na samo dno i nie potrafił zapomnieć. - Westchnęła. - Niedługo będziesz musiała porozmawiać o Manolito i o całej reszcie. - Zamknij drzwi, musimy więc porozmawiać. - To długa historia. A i miejsce jest nieodpowiednie. - Pojedźmy gdzieś. - Rzekł i zaraz tego pożałował. Nie chciał nic od Caroliny. Nie chciał też, aby ona tak pomyślała. Był tu w końcu pół służbowo. Było już jednak za późno, bo Carolina dziwnie na niego spojrzała, a on wiedział dlaczego. Natychmiast zaczął mówić, aby skierować rozmowę na właściwy temat. - Ta kobieta powiedziała, że jesteś zła. Że chce, abym cię zabił. Może pochodzę nie stąd, ale nie będę marionetką. - Dodał. - Ten lachon, który powiedział ci, że jestem uosobieniem zła, bardzo się pomylił. Chyba nie sądzisz, że akurat do Manolito miałabym cokolwiek... -Warknęła a kocie iskierki zalotnicy znikły z jej oczu. - Przekonajmy się. Siedzi przed tobą anioł śmierci. Ani się nie poruszę. - Rico zaczął się wiercić w fotelu, w końcu pochylił się w jej stronę poufale. LkaFMVLvOLI ls8JCM4vCqk Wcale nie przypominał anioła śmierci. - Ty też nie jesteś zabójcą. - Spokojnie stwierdziła Carolina. - Weź to na wypadek, gdybyś się jednak rozmyśliła. - Rico dał jej swoją broń, jak ksiądz, gotów wysłuchać wyznania. Przymknął oczy i zbliżył ucho do jej głowy. - Nie chciałam tego zrobić, ale zrobiłam. - Szepnęła Carolina i zamilkła. Siedzieli tak. - Witamy w korporacji. - Rico wyciągnął drugi, malutki, niemęski pistolet i przystawił jej lufę do szyi. Wstał aby nie pobrudzić garnituru, a ona automatycznie z nim. Rico myślał. Pamiętam jeszcze to śniadanie, kiedy byliśmy młodzi i spragnieni soków. Pogładziła mnie po włosach i poczuła ołów na swych palcach. Dłoń ciążyła pęczniejąc od dni przeżytych i od myśli wygładzonych niesłusznie. Marne oczka, co płaczecie, gdzieście wy z oddali pogardzały życiem ludzi i ichnimi problemy, płaczcie dalej i coraz dalej od nas. Rico schował rewolwer do kieszonki obok butonierki. - Oddaj mi. - Powiedział do Caroliny. Miała okrągłe oczy. Machinalnie oddała mu broń. Wziął ją za rękę jak małą dziewczynkę i wyszli ze szpitala na ulicę. Wsiedli do limuzyny a Rico trzymał ją wciąż za rękę jak lalkę, bezwolną i w stanie woskowatości mesmerycznej. Nalał dwie szklaneczki. I postawił na podświetlanym stoliczku. - Nie martw się. - Powiedział jej do ucha. - Ukryję cię. Powiedz mi, dlaczego chciała, abym cię zabił? - Jak to? - Carolinie wrócił już świat a fala gorąca kazała zwymiotować na podświetlany stoliczek i na kryształowe szklaneczki z czymkolwiek były. Rico zrozumiał, że lekcja dotarła do Caroliny zbyt szybko. - Więc? - Zapytał nie tracąc rezonu, choć nie mógł patrzeć na rzygi ani ich wąchać. - Co ci mam powiedzieć? Nie wiem. Znaleźli taką jedną . Zabiłam ją przez pomyłkę. - Mnie to nie obchodzi. - Wystękał. - Ani nie jestem płatnym mordercą, ani nie mam ochoty prowadzić prywatnych wojen. Ten lachon, jak powiadasz, chce, abym wysłał moje helikoptery i zrównał z ziemią wszystko, co twoje. - Co moje? – Gapiła się na niego okrągłymi oczami i myślała o synku. - Wszystko! - Podniósł głos. - Ma mojego synka? - Jęczała. - Nie, ale będzie mieć. Szukają go. - Kto? - Treser i małpy. - Przeczytaj i powiedz. - Rico dał jej jakąś kartkę z obdukcji. Smród wymiocin był nie do zniesienia, ale dojechali już do jednego z hoteli El Micha, gdzie zaraz poszli do elmichowego apartamentu dla swoich. Rico zdumiał się, że nie widzi w Carolinie obiektu pożądania a tylko kłopot. Tak, jakby ktoś zmazał nagle całą szminkę z manekina. Carolina czytała. „Liczne złamania żeber. Pęknięta wątroba....” - Gdyby w momencie zgniatania dziewczyna żyła, było by tu mnóstwo krwiaków. A więc jak to było? - Rzekł Rico. - Więc to nie ja ją zabiłam.... musiała już wcześniej, być ,...no wiesz.... - A więc zgnieciono zwłoki. Nie ma żadnych śladów krwi. Nic. Powietrze w tkance skłania do przypuszczenia, że ciało uległo silnemu zgniataniu. - Dodał po chwili, gdy próbowała coś z tego zrozumieć. - Śmierć nastąpiła przez uszkodzenie nasady czaszki przez coś szybkiego. Rico czyścił broń. Nie używał jej już od wielu lat. Używał ludzi. Umiał się skupić na tej czynności, jakby od niej zależało jego życie. Nie była to prawda. Jego życie dawno już zależało od kogo innego. A Rico był tu nieświadomym wykonywaczem czynności, rzemieślnikiem. Rico przedmuchał wycior i poluzował dokrętki. Broń zważył w dłoni i zamyślił się na chwilę. Tkwił tak w bezruchu uświadamiając sobie swoje jestestwo, bezmyślnie pogrążając się w obrazach i świt wyrwał go z tego. Carolina spała w ubraniu, budząc się i popłakując co jakiś czas. Rico nigdzie nie dzwonił. Ludzie czekali na rozkazy. On, sam jak palec, siedział tu z Caroliną. Miał ją przecież zabić. Powinien lecieć i zrównać rodzinę da Esvas z ziemią. Wysłał już przygotowania i wszystko było gotowe. Czy miał prawo? A kogóż to obchodzi. W końcu nie musiał jej słuchać. Tego babsztyla. Nie chciał nic od Caroliny, ale jej nie zabije. Nie! Nie zabije Mariola, mimo wszystko, co mu zrobić chciał lub zrobił. Nie na rozkaż tego babsztyla! Babsztyl był teraz zrozpaczoną matką chcącą pomścić swą córkę, ale niech robi to sama. On, Rico, ukryje Carolinę, jej zabójczynię. Jeśli faktycznie ona ją zabiła....A co Carolina zrobi, to jej sprawa. urbYWSqvKao tHrATr-RhSQ Stała za nim. Cicho czekała aż się obróci. - Co z tobą? - Spytał troskliwie. - Rico, dlaczego to robisz? - Była cała rozmazana i zgaszona. Rico nie wiedział, co jej powiedzieć. To znaczy miał odpowiedź gotową, ale szukał innej. Nie znalazł. - Rico? - Jak byłem małym dzieckiem, zabili mi matkę. Byłem sierotą. Całe życie. Ojca nie znalem. Nie zrobię tego twojemu synkowi. - Wyrzucił z siebie stękając. Otarł ręką czoło. - Musisz żyć. - Dodał. Carolina padła przed nim na kolana i dobiła czołem do podłogi. Rozumiała, że Rico ściąga na siebie wielkie kłopoty. - Rico, co chcesz, co chcesz, co tylko chcesz będzie twoje! - Powtarzała jak maszynka. - Nie bój się. Już wiesz, co trzeba. - Powiedział spokojnie. - Dziękuję ci za życie. - Tkwiła nadal bez ruchu z twarzą ku podłodze. - Masz tu sygnet. Ukryjesz się i ściągniesz synka. – Miał dość tego patosu i całej tej sytuacji. Prawda, tak, to była prawda, że on, jako sierota, nie mógł a raczej nie chciał za nic na świecie zrobić tego samego jej. Ale przecież ta dziewczynka była jego własną córką, młodą i martwą teraz. I...i.... tylko dlatego jego własna żona zażądała aby wysłał helikoptery i kilku uzbrojonych wytępić ród Da Esvas, wypalić do ziemi jak przeklęty ród Atrydów! Mieli zginąć wszyscy wraz z potomkami i ze wszystkim co posiadali! Rico przystał na to, najpierw powodowany ową nie wysłowioną żałością po stracie kolejnego dziecka, potem, gdy ochłonął zrozumiał, że logicznie będzie wytępić Mariola i cały jego klan. Robił bilans i logika zwyciężyła do momentu gdy musiał osierocić małego synka Caroliny, zabijając mu matkę. Coś w nim zawyło : Dlaczego?! I nagle zrozumiał, że musi postąpić właśnie odwrotnie, nawet, jeśli nadal wszyscy będą myśleć, że prowadzi za nią pościg... - Wstań już, zamówię coś, zjemy może coś wreszcie. -Zaproponował Rico. - Kości zostały rzucone ale nie obgryzione. - Zadrwił. - Zadzwonię do Hombre aby zajął się Manolito. Ty nigdzie nie dzwoń a komórkę wyłącz i wyjmij baterię, bo cię namierzą. - Już wczoraj to zrobiłam. - O baterii też wiedziałaś? - Mhm. 0F1BLOSOIv8 XKVeKZLr2w4 : Poprzedni rozdział: Następny rozdział: : Automat tłumaczył ten tekst na 91 języków z oryginalnego języka polskiego. Tytuł oryginału "Teoria Strzałek" . Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawo autorskie: Jakub Nowak TS073
: Data Publikacji.: 08-03-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025