Nadmi
- Kraj:Polska
- : Język.:deutsch
- : Utworzony.: 06-10-15
- : Ostatnie Logowanie.: 30-11-25

: Opis.: Choć herbata uchodzi za symbol zdrowego stylu życia, nowe badania pokazują, że może zawierać niepokojąco wysoki poziom pierwiastka, który w nadmiarze działa toksycznie na organizm. Naukowcy z Wrocławia apelują więc do producentów o umieszczanie bardziej szczegółowych etykiet na swoich produktach. Fluor - pożądany czy niebezpieczny? Fluor to mikroelement potrzebny do prawidłowego rozwoju zębów i kości, jednak jego nadmiar może prowadzić do tzw. fluorozy, a nawet do uszkodzeń nerek i układu kostnego. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu przeanalizowali 30 badań dotyczących zawartości fluoru w różnych rodzajach herbat. Wyniki są niepokojące: poziom fluoru w naparze może sięgać nawet 11 mg na litr, czyli ponad dwukrotnie więcej niż dzienne zalecane spożycie dla osoby dorosłej. Jak podkreśla prof. Maciej Dobrzyński w komunikacie przesłanym przez uczelnię, zawartość fluoru w herbacie zależy od wielu czynników - od rodzaju liści, formy herbaty, sposobu parzenia, aż po jakość wody. Już jedna filiżanka może zawierać nawet 1,5 mg fluoru. Przy kilku filiżankach dziennie łatwo zbliżyć się do górnej granicy normy. Jak ograniczyć spożycie fluoru z herbaty? Eksperci radzą, by przy wyborze herbaty kierować się nie tylko smakiem, ale i formą produktu. Najwięcej fluoru zawierają czarne i zielone herbaty, szczególnie te w formie granulatu lub torebek. Zdecydowanie bezpieczniejsze są herbaty ziołowe, białe i Pu-erh - najlepiej w postaci liściastej. Należy też unikać tanich herbat sprzedawanych w wielkich opakowaniach "rodzinnych", które często zawierają starsze liście - a te akumulują fluor przez całe życie rośliny. Sposób parzenia również ma znaczenie. Fluor najintensywniej uwalnia się w pierwszych minutach zaparzania, szczególnie w wysokiej temperaturze. Dlatego zaleca się nie używać wrzątku i nie parzyć herbaty dłużej niż 5 minut. Co ciekawe, ponowne zalanie tych samych liści skutkuje naparem z mniejszą ilością fluoru. Nie bez znaczenia pozostaje także jakość wody. Woda z kranu bogata w fluor dodatkowo podnosi jego poziom w naparze. Z kolei twarda woda zawierająca wapń może nieco ograniczyć przyswajanie fluoru. Czy herbata jest zdrowa? © Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu Czas na zmiany w etykietach? Naukowcy z Wrocławia postulują wprowadzenie obowiązku umieszczania informacji o zawartości fluoru na opakowaniach herbat, podobnie jak ma to miejsce w przypadku kofeiny. Choć końcowe stężenie fluoru zależy od wielu czynników, orientacyjne dane na etykiecie mogłyby pomóc konsumentom podejmować świadome decyzje. \– Konsument bez wiedzy specjalistycznej nie ma szans ocenić ryzyka. Etykiety z zawartością fluoru to krok w stronę odpowiedzialności producentów – przekonuje mgr Agata Małyszek z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Wnioski z badania nie mają na celu demonizowania herbaty, lecz uświadomienie, że nawet codzienne rytuały mogą mieć wpływ na zdrowie. Szczególnie ostrożne powinny być osoby pijące duże ilości herbaty, dzieci, kobiety w ciąży oraz osoby z chorobami nerek. Świadomy wybór rodzaju, formy i sposobu zaparzania może pomóc cieszyć się smakiem herbaty - bez niepotrzebnego ryzyka. Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski Źródła Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu http://e-manus.pl/ https://pl.wikipedia.org/wiki/Fluor Fluor (F, łac. fluorum od fluorytu) – pierwiastek chemiczny, niemetal z grupy fluorowców w układzie okresowym. Fluor w stanie wolnym występuje w postaci dwuatomowej cząsteczki F 2. Jest żółtozielonym silnie trującym gazem o ostrym zapachu podobnym do chloru. Jest niemetalem i najaktywniejszym pierwiastkiem o największej elektroujemności, tworzącym związki z większością innych pierwiastków (nawet z gazami szlachetnymi – kryptonem, ksenonem i radonem). W przeciwieństwie do innych fluorowców fluor łączy się wybuchowo z wodorem, tworząc fluorowodór bez dostępu światła i w niskiej temperaturze. W strumieniu gazowego fluoru palą się szkło, metale i woda. Z powodu jego dużej aktywności nie można go przechowywać ani wytwarzać w naczyniach szklanych. Wchodzi w skład kwasu fluorowodorowego i fluorków, m.in. minerału fluorytu (CaF 2). W roztworze wodnym najczęściej występuje jako jon fluorkowy F− . Znane są także jony kompleksowe fluoru, np. − , H 2F+ lub PF− 6. Zawartość w górnych warstwach Ziemi wynosi 0,054%. Jedynym stabilnym izotopem fluoru jest 19 F. Otrzymywanie Zarówno w skali przemysłowej, jak i laboratoryjnej, fluor otrzymuje się praktycznie wyłącznie poprzez elektrolizę ciekłej mieszaniny fluorowodoru i fluorku potasu. Pierwotnie stosowano mieszaninę bogatą w HF i temperaturę niższą od pokojowej, później opracowano proces wysokotemperaturowy, w którym elektrolit miał skład KF·HF i temperaturę topnienia 239 °C. Metoda ta dominowała w pierwszej połowie XX w. Obecnie przeważa proces średniotemperaturowy, prowadzony w 80–110 °C, z elektrolitem o składzie KF·2HF (ttopn. = 71,7 °C).
: Data Publikacji.: 13-11-25
: Opis.: W sercu dżungli Belize, na terenie ruin Majów w Caracol, archeolodzy dokonali przełomowego odkrycia. Natrafili na nietkniętą dotąd komnatę grobową, w której wnętrzu odnaleźli szczątki władcy Majów oraz bezcenne artefakty, które rzucają nowe światło na życie, religię, politykę i kontakty starożytnych cywilizacji Mezoameryki. Ruiny majańskiego miasta Caracol w Belize © AdobeStock W grobowcu sprzed około 1700 lat znajdowało się ciało władcy pochowanego z bogatym wyposażeniem, świadczącym o jego wyjątkowej pozycji. Archeolodzy odkryli m.in. rzadką mozaikową maskę pośmiertną wykonaną z kawałków jadeitu, luksusowe ozdoby, jak kolczyki z tego samego kamienia, muszle pochodzące z wybrzeża Pacyfiku, a także liczne naczynia ceramiczne o symbolicznym znaczeniu. Część z nich miała formę zwierząt – sowy, małpy i charakterystycznych ostronosów, znanych też jako coatimundi – ssaków przypominających skrzyżowanie szopa z lemurem. Jest to pierwsze tego typu odkrycie w Caracol – największym stanowisku archeologicznym Majów w Belize. Władcę zidentyfikowano jako Te’ K’ab Chaka, który objął tron w 331 roku n.e. i – jak twierdzą badacze – zapoczątkował dynastię, której rządy trwały przez wieki. Miasto Caracol w jego czasach było jeszcze stosunkowo niewielkie, jednak z czasem rozwinęło się w ogromne centrum liczące około 100 000 mieszkańców, a następnie – podobnie jak wiele innych miast Majów – zostało opuszczone około 900 roku n.e. Arlen Chase, który wraz z żoną Diane Chase od ponad 40 lat prowadzi wykopaliska w Caracol, był jednym z pierwszych, którzy weszli do grobowca. Już po stylu ceramiki wiedział, że ma do czynienia z niezwykle wczesnym okresem w historii miasta. Obecność czerwonego cynobru – minerału związanego z elitarnymi pochówkami – potwierdziła wysoką pozycję zmarłego. Jednak to mozaikowa maska pośmiertna z jadeitu sprawiła, że odkrycie nabrało zupełnie innego wymiaru. „O mój Boże, to o wiele ważniejsze, niż myślałem” – wspominał Chase cytowany przez „New York Times”. Diane Chase, która przyjechała niezwłocznie z Uniwersytetu w Houston, potwierdziła wyjątkowy charakter znaleziska. Uwagę archeologów zwrócił także stan zachowania szczątków – badania antropologiczne pokazały, że władca dożył sędziwego wieku jak na swoje czasy, m.in. stracił wszystkie zęby. „Nigdy wcześniej nie znaleźliśmy kogoś, kogo można by z całą pewnością uznać za władcę Caracol. To już samo w sobie było niesamowite. A jeśli dodamy do tego, że był założycielem dynastii – to naprawdę podwójne 'wow'” – mówiła archeolożka. Odkrycie grobu pierwszego władcy Caracol rzuca nowe światło na historię Ameryki Środkowej Szczególnie intrygujące są powiązania artefaktów z innymi znaleziskami z Caracol, datowanymi na połowę IV wieku. W jednym z grobowców w tym mieście znajdowały się skremowane szczątki, zielony obsydian pochodzący ze środkowego Meksyku oraz pocisk do atlatla – urządzenia do miotania włóczni, typowego dla kultury Teotihuacán. Kremacja, charakterystyczna dla elit tej starożytnej metropolii, była natomiast nietypowa dla Majów. Te dowody – zdaniem Chase'ów – wskazują na istnienie kontaktów między Majami a mieszkańcami Teotihuacán na dziesięciolecia przed słynną „entradą” z 378 roku n.e., uważaną przez wielu archeologów za moment wkroczenia wpływów środkowomeksykańskich na niziny Majów. Chociaż odległość między Teotihuacán a Caracol wynosi niemal 1200 kilometrów, znaleziska sugerują, że kontakty te istniały znacznie wcześniej. W czasach Te’ K’ab Chaka podróż taka mogła zająć ponad 150 dni pieszo – dziś to prawie 24 godziny jazdy samochodem. Archeolodzy wskazują, że świadczy to o istnieniu złożonej sieci dyplomatycznej i handlowej, którą można by nazwać formą starożytnej globalizacji. Miasta oddalone o setki kilometrów nie tylko miały świadomość swojego istnienia, ale utrzymywały relacje – być może poprzez emisariuszy, sojusze polityczne czy wymianę dóbr i idei. To wnioski spójne z coraz większą liczbą dowodów na to, że Majowie stworzyli społeczeństwo o rozwiniętych strukturach politycznych i międzymiastowych powiązaniach. Odkrycie w Caracol i naukowy spór o jego znaczenie Nie wszyscy jednak są skłonni przyjąć tę interpretację bez zastrzeżeń. Dr Gary Feinman z Field Museum w Chicago, choć przyznaje, że odkrycie jest przełomowe, zaznacza w rozmowie z „NY Times”: „Mają dowody na związek z Teotihuacán, ale mechanizm tego związku – czy to osoby, czy idee – pozostaje niejasny. Ich interpretacje mogą być trafne, ale chciałbym zobaczyć to jasno przedstawione w publikacji naukowej, zanim będę mógł w pełni je ocenić”. Również dr Rosemary Joyce z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley podkreśla, że potrzebne są dalsze analizy – w tym testy DNA i izotopowe, które mogłyby dostarczyć informacji o pochodzeniu zmarłych, a także szczegółowe badania ceramiki, które pomogą określić, czy naczynia były importowane, czy wytworzone lokalnie na wzór zagranicznych. Jak twierdzą badacze, spory będą się toczyć przede wszystkim o ceramikę, jej pochodzenie i datowanie. To właśnie one staną się kluczem do zrozumienia, jak i kiedy doszło do kontaktów między odległymi centrami cywilizacji Mezoameryki. Mimo wątpliwości, coraz więcej badaczy skłania się ku tezie, że kontakty między Majami a innymi cywilizacjami – w tym Teotihuacán – były szerokie i długotrwałe. Dr Joyce podsumowuje: „Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że Teotihuacán poszukiwało relacji z wieloma miejscami jednocześnie, niż że dotarło tylko do jednego miasta i tam nagle wszystko się zmieniło”. Tymczasem Instytut Archeologii Belize planuje wyeksponowanie części artefaktów z grobowca, a zakończenie budowy nowej drogi do Caracol ma umożliwić większy dostęp do stanowiska. Jak podkreśla dyrektor instytutu, dr Melissa Badillo, znalezisko nadaje temu miejscu zupełnie nowy wymiar.
: Data Publikacji.: 13-11-25
: Opis.: Groźny wirus w Europie, pierwszy taki przypadek. „Prawdopodobne także w Niemczech” We Francji, w regionie Alzacji, u jednego z pacjentów lekarze zdiagnozowali gorączkę chikungunya. To tropikalna choroba wirusowa. Sęk w tym, że mężczyzna nie złapał jej w czasie podróży – Alphavirusem zaraził się w Europie. Grozi nam epidemia? Komar Aedes aegypti, zdjęcie ilustracyjne © Shutterstock / frank60 Chikungunya oznacza „człowieka zgiętego” lub „zgarbionego”. To dlatego, że osoby zakażone wirusem z rodziny Togaviridae, oprócz wysokiej gorączki (przekraczającej 39 stopni Celsjusza), odczuwają też silne bóle stawów (szczególnie kolanowych i skokowych). Wirusa przenoszą komary – głównie z gatunku Aedes aegypti (egipski) i Aedes albopictus (tygrysi). Jak dotąd chorobę złapać można było wyłącznie w Afryce i Azji, a także na wyspach Oceanu Indyjskiego. Sytuacja uległa jednak zmianie – tygodnik „Der Spiegel” pisze, że we Francji miał miejsce pierwszy, lokalny przypadek zakażenia gorączką chikungunya. Ministerstwo zdrowia Badenii-Wirtembergii ostrzega, że zarażenie się Alphavirusem będzie „prawdopodobne także w Niemczech” (warto przypomnieć, że kraj związkowy graniczy z Alzacją). Tego wirusa nie było w Europie. Zarażeni chikungunyą mogą odczuwać ból do końca życia. Dane niemieckiego krajowego urzędu zdrowia dają do myślenia. W 2024 roku w Badenii-Wirtembergii odnotowano trzy przypadki gorączki chikungunya. W 2025 r. jest ich o 500 procent więcej – 15. Najczęściej do zakażeń dochodzi poza Europą – na chorobę zapadają zwykle turyści, którzy odwiedzają Republikę Mauritiusu w południowo-zachodniej części Oceanu Indyjskiego. CHIKV nie jest śmiertelna (tak dramatyczne powikłanie dotyczy niewielkiego odsetka pacjentów). Od ukąszenia przez komara do pojawienia się pierwszych symptomów choroby (choć warto podkreślić, że może ona przebiegać także bezobjawowo) mija zwykle kilka dni. Pojawia się charakterystyczna gorączka, bóle mięśni, dreszcze i uczucie ogólnego osłabienia (braku siły). Zaobserwować można wtedy na ciele zarażonego wysypkę (plamisto-grudkową) – głównie na twarzy i dłoniach. Najgorsze są jednak nieznośne bóle stawów, które mogą utrzymywać się tygodniami, a nawet miesiącami. U 40 proc. osób mają charakter przewlekły (niektórzy cierpią na nie do końca życia). http://e-manus.pl/
: Data Publikacji.: 12-11-25
: Opis.: Przemarsz kolumny rosyjskich jeńców przez Augustów. Trzeci budynek po lewej to Dom Turka, 1915 r. © ze zbiorów Macieja Pietrzaka 20250711 AD. – To, co dziś widzimy w Ukrainie, wcześniej wydarzyło się w Augustowie. Historia potrafi niestety wracać – mówi prof. Krzysztof Ruchniewicz, dyrektor Instytutu Pileckiego. W rozmowie z Onetem opowiada o otwieranym właśnie Domu Pamięci Obławy Augustowskiej, zbrodni długo wypieranej i zapomnianej, a także o traumie, która nie zna cezury czasowej. – Te piwnice to nie tylko miejsce kaźni. To miejsce, w którym historia domaga się głosu – dodaje. 12 lipca w Augustowie zostanie otwarty Dom Pamięci Obławy Augustowskiej – pierwsza w Polsce placówka poświęcona tej zbrodni. 80. rocznica Obławy Augustowskiej przypada w cieniu wojny w Ukrainie – to bolesne echo historii, która nie została do końca rozliczona Prof. Krzysztof Ruchniewicz mówi o dziedziczeniu traum, emocjonalnym piętnie i próbie przywracania twarzy ofiarom – także tym bez imienia Wystawa w Domu Pamięci nie skupia się wyłącznie na ofiarach – pokazuje też sprawców, świadków, mechanizm zbrodni. Rozmowa dotyka też roli edukacji, terapii przez pamięć oraz zagrożenia, że historia może stać się zakładnikiem polityki Paweł Piotrowicz: Od Obławy Augustowskiej mija właśnie 80 lat. Czy bardziej przeraża pana jej skala – ponad siedem tysięcy zatrzymanych, w tym ponad pięciuset zamordowanych, licząc tylko tych, których nazwiska znamy – czy może fakt, że w PRL-u o tej zbrodni nie wolno było głośno mówić? Prof. Krzysztof Ruchniewicz: Jedno i drugie. Zbrodni tej dopuścił się Związek Radziecki, czyli nasz, w cudzysłowie, sojusznik – już trzy miesiące po kapitulacji III Rzeszy – wspierany przez polską milicję i wojsko. To jedna z największych sowieckich zbrodni powojennych wymierzonych w Polaków. I trudno nie zestawiać jej dziś z tym, co widzimy w Ukrainie – z Buczą i innymi miejscami rosyjskich zbrodni. Historia znowu się powtarza. Niestety. "Dom Turka" – z więzienia NKWD do muzeum. Jak Instytut Pileckiego przywraca pamięć o ofiarach Obławy Augustowskiej Kiedy w 1987 r. w Gibach odkryto groby – choć ostatecznie nie ofiar Obławy – temat na dobre pojawił się w przestrzeni publicznej. Rzecznik rządu Jerzy Urban w telewizji twierdził, że żadnej Obławy nie było. Milczenie PRL było porażające: przez dekady nie było żadnego upamiętnienia, żadnej oficjalnej reakcji. Czy można powiedzieć, że PRL bardziej bał się prawdy o Obławie Augustowskiej niż samej zbrodni? Myślę, że miało to związek z ówczesną pozycją Związku Radzieckiego jako "sojusznika". Wszystko, co mogło stawiać ZSRR w złym świetle, było tematem tabu. W PRL nie mówiło się o pakcie Ribbentrop–Mołotow, nie mówiło się o Katyniu, o deportacjach Polaków po 17 września 1939 r., o łagrach. I nagle mielibyśmy mówić o zbrodni, która wydarzyła się już po wojnie – w czasie pokoju – i to z udziałem Armii Czerwonej? To byłby wyłom w oficjalnej narracji, który burzyłby fundamenty całego systemu. Dlatego przez lata nie było żadnego potwierdzenia, żadnych publikacji, żadnej refleksji. Zbrodnia istniała tylko w pamięci rodzin – i w ich bólu. Ulica 3 Maja w Augustowie. Trzeci budynek po prawej stronie to Dom Turka. lata 30. XX w., fot. ze zbiorów Macieja Pietrzaka © ze zbiorów Macieja Pietrzaka Od 36 lat żyjemy w wolnej Polsce. Obława Augustowska – mimo swojej skali i tragizmu – wciąż jednak nie przebiła się do świadomości zbiorowej. Podobnie jest z innymi miejscami pamięci. Proszę spojrzeć na Piaśnicę – mordy na Pomorzu w 1939 r. – czy tzw. tragedię górnośląską, czyli deportacje mieszkańców Górnego Śląska w głąb ZSRR w roku 1945. Z jednej strony mamy do czynienia z wydarzeniem lokalnym, regionalnym – tak przynajmniej bywało traktowane. Z drugiej to przecież jedna z największych zbrodni popełnionych na Polakach po wojnie. A mimo to przez dekady temat był skazany na zapomnienie. W relacjach rodzin ofiar powtarza się ten sam motyw: cisza, wstyd, a nawet piętno bycia "bliskim bandyty". Można sobie tylko wyobrazić, jak niszczące było to nie tylko dla jednostek, ale dla całych społeczności. Bardzo trafna obserwacja. W wielu polskich domach ta pamięć została zamknięta w czterech ścianach. Kultywowano ją prywatnie, ale rzadko kiedy otwarcie. Bliscy bali się represji, nie znali losu swoich najbliższych. Nie mieli pewności, czy zostali zamordowani, czy może deportowani i wrócą – jak inni repatrianci – z głębi Związku Radzieckiego. Ta nadzieja – czasem złudna – trzymała ich przy życiu przez lata. Ale też nie pozwalała na domknięcie tej historii. To właśnie tworzyło niezagojoną ranę. Trauma nie kończy się na pierwszym pokoleniu – przechodzi dalej. Dopóki nie odnajdziemy grobów i nie domkniemy tej opowieści, ból będzie się powielał. Jak to możliwe, że wciąż nie wiemy, gdzie są pochowane ofiary? To jeden z najbardziej bolesnych aspektów tej historii. Proszę sobie wyobrazić tragedię rodzin, które od pokoleń nie wiedzą, gdzie spoczywają ich bliscy. I to nie jest wyjątkowy przypadek – w Polsce nadal mamy wiele takich rodzin, które nie znają losu swoich najbliższych z czasów II wojny światowej. Tu sytuacja jest szczególna – mimo dekad i rozmów z Białorusią, która odmówiła przeprowadzenia ekshumacji, wciąż nie znamy prawdy. To trauma, która trwa do dziś. I nie dziwię się, że wśród potomków ofiar to nadal żywa rana. Dla nich ta historia wciąż nie została dopisana do końca. Wciąż brakuje ostatniego rozdziału – grobu, kamienia, ciszy. Jakie w tym kontekście znaczenie ma otwarcie przez Instytut Pileckiego Domu Pamięci Obławy Augustowskiej? Nadajemy tej historii wymiar instytucjonalny, pokazujemy nie tylko samą zbrodnię, ale też wieloletnią walkę o jej upamiętnienie. Może właśnie dzięki temu Obława na stałe wejdzie do narodowej świadomości – jako część naszej wspólnej historii. Bardzo poruszające jest to, jak trudno było tę pamięć wydobywać. Mówili o tym tylko najbliżsi – w domach, po cichu, z obawą. Później dołączyli społecznicy, działacze opozycji, badacze. Ogromną rolę odegrała Solidarność, Ośrodek KARTA, a w Rosji Memoriał – Nikita Pietrow jako pierwszy odnalazł dowody w archiwach KGB Ta część opowieści – o walce z milczeniem, o wydzieraniu prawdy z niepamięci – też ma swoje ważne miejsce w naszej wystawie. Pokazuje, co dzieje się, gdy władza decyduje, że pewna historia ma po prostu… nie istnieć. Czy pamięta pan moment, kiedy zapadła decyzja, że to właśnie w Domu Turka powstanie Dom Pamięci Obławy Augustowskiej? Co pan wtedy poczuł? Decyzja zapadła na początku lat 20. XXI wieku. Nie byłem wtedy związany z IP, informacja dotarła do mnie dzięki mediom. Z powodu rodzinnej historii jestem wyczulony na wszelkie zabiegi dotyczące przewracania pamięci i upamiętniania ofiar represji nie mających swych grobów. Jak wszyscy wiemy, w tym czasie budynek stał opuszczony, zaniedbany, a przecież był świadkiem tragicznych wydarzeń – to właśnie tutaj znajdował się areszt NKWD i później UB. Instytut Pileckiego postanowił nie tylko go ocalić, ale nadać mu nowy sens – stworzyć miejsce pamięci. I co ważne, nie ograniczono się do samej Obławy. Na wystawie pokazujemy też życie codzienne mieszkańców regionu, dwie okupacje, a potem – bardzo szczegółowo – samą operację likwidacyjną z lipca 1945 r. oraz wieloletnią walkę o prawdę i pamięć. Dla mnie szczególnie poruszający jest moment przejścia między warstwą faktograficzną a symboliczną – to fragment wystawy, w którym pokazujemy augustowską przyrodę: jeziora, lasy… I jednocześnie czytamy nazwiska znanych ofiar. Osoba po osobie. To niezwykle mocne. To jakby cichy apel – że być może właśnie w tych lasach, w tej ziemi, kryją się ich ciała. Celowo odchodzimy od statystyk. Naszym celem było pokazanie, że każda z tych osób miała twarz, nazwisko i życie. Mówi pan o Murze Pamięci, na którym zapisanych jest 513 imion nazwisk ofiar. Jak rozumiem, zostawiliście przestrzeń, by móc dopisywać kolejne? Tak. Prace nad ich weryfikacją trwają – mówimy dziś o ponad stu osobach, których losy są badane. Mur Pamięci powstał nieco wcześniej niż sam Dom Pamięci, ale od początku zakładaliśmy, że będzie "otwarty". Ten pomnik ma też wymiar symboliczny. Jego forma nawiązuje do lasu – każde nazwisko to jakby kolejne drzewo. Chcieliśmy oddać hołd nie tylko ofiarom, ale i przestrzeni, która była niemym świadkiem tej tragedii. I jednocześnie przypomnieć, że to proces, który wciąż trwa. Pamięć o tych ludziach nadal się buduje – i to naszym obowiązkiem jest dopisać ich historie do końca. Dom Turka z pewnością wygląda dziś zupełnie inaczej niż w 2021 r., kiedy Instytut go zakupił. Co było największym wyzwaniem przy jego adaptacji? Najtrudniejsze było przekonujące zagospodarowanie oryginalnych pomieszczeń i stworzenie spójnej, czytelnej wystawy, z możliwością skupienia się na wybranym aspekcie – codzienności sprzed wojny, samej Obławie czy walce o pamięć. To miała być wystawa kameralna, ale z uniwersalnym przekazem – i to się udało. Nazwa "Dom Turka" pochodzi od tureckiego cukiernika, który prowadził tam przed wojną lokal Angora. A jednak właśnie w nim – od 1941 r. – NKWD urządziło katownię. Czy ten kontrast między potoczną nazwą a grozą historii nie wydaje się panu czymś szczególnie poruszającym? Właśnie ten kontrast ma ogromną siłę. Dlatego na naszej wystawie pokazujemy najpierw codzienność przedwojennego Augustowa – miasto wypoczynkowe, tętniące życiem, gdzie przyjeżdża się nie tylko odpocząć, ale i dobrze się bawić. I nagle w tę codzienność wkracza wojna, okupacja, a później – zbrodnia. Spokój zostaje brutalnie przerwany. To sprawia, że tragedia Obławy Augustowskiej jeszcze mocniej wybrzmiewa. Bo mamy do czynienia z budynkiem, który miał służyć radości, miłemu spędzaniu czasu, a zamienił się w scenę cierpienia i śmierci. Dziś mamy poczucie, że to właśnie na takich kontrastach buduje się siła przekazu historycznego. I że to miejsce daje nam szansę na coś więcej. Podobne "katownie" istnieją w całej Europie Środkowo-Wschodniej – w dawnych siedzibach Gestapo, NKWD i Stasi. Chcemy nawiązać współpracę z instytucjami, które nimi zarządzają, wymienić się doświadczeniami. A jednym z naszych konkretnych planów jest opracowanie nazwisk wypisanych na ścianach cel – czasem przez strażników, czasem przez samych więźniów. Chcemy te osoby przywrócić pamięci, opowiedzieć ich losy. To nasz kolejny krok. Chodzi o pewną narrację, o sposób mówienia o historii? Owszem. Od początku chcieliśmy, by to było coś więcej niż tylko ekspozycja. Dlatego równolegle z remontem budynku powstał też nowy pawilon z przestrzenią edukacyjną – salami do zajęć, warsztatów, konferencji. To daje ogromne możliwości: możemy organizować spotkania z uczniami i nauczycielami, seminaria, promocje książek. To miejsce ma żyć – i edukować. Sama wystawa stała to dopiero punkt wyjścia. Obok niej są dwie duże sale na ekspozycje czasowe, które pozwolą pogłębiać wątki tylko zasygnalizowane w głównej narracji. Każda wystawa to propozycja interpretacji. Chcemy ją rozwijać – we współpracy z rodzinami ofiar, lokalną społecznością, mieszkańcami Augustowa i okolic. Mam nadzieję, że Dom Pamięci stanie się ważnym punktem na mapie polskiej kultury – miejscem żywym, odwiedzanym, dyskutowanym. I że może też odegrać swoją rolę w dialogu polsko-litewskim, polsko-białoruskim. To przestrzeń, która może łączyć, a nie tylko przypominać. Placówka Wojsk Ochrony Pogranicza w Augustowie. Siedziba formacji mieściła się w Domu Turka 1989 r. © fot. Kazimierz Sobecki / Zbiory Instytutu Pileckiego Na wystawie znajdują się bardzo osobiste przedmioty – nożyce krawieckie, zdjęcia, maszyna do szycia. Czy któryś z tych artefaktów szczególnie pana poruszył? Takich przedmiotów jest wiele – i wszystkie działają bardzo silnie na wyobraźnię. Podobnie zdjęcia. Wiele pokazuje twarze konkretnych osób, ale są też setki nazwisk, którym nie potrafimy dziś przypisać wizerunku. To jedno z naszych największych wyzwań – przywrócić nie tylko imiona i nazwiska, ale też twarze, indywidualność, ślad życia. Te artefakty – pozornie zwyczajne – działają jak emocjonalne archiwum. Jak zapis koloru życia, które zostało brutalnie przerwane. Wystawa nie opowiada tylko o ofiarach. Pokazujecie także sprawców – ich nazwiska, sylwetki i role. To potrzebne, by zrozumieć cały mechanizm zbrodni. I by pamiętać, że historia nie pisze się sama. Ktoś ją tworzy, czasem wbrew sumieniu. Jeśli chcemy naprawdę zrozumieć, co się wydarzyło, musimy też mówić o sprawcach. Pokazać ich twarze, nazwiska i odpowiedzialność. To historia bólu i winy – dopiero wtedy obraz jest pełny. I dopiero wtedy możemy naprawdę pojąć, jak działał mechanizm, który doprowadził do tragedii Obławy Augustowskiej. Czy wasze muzeum może – w pańskim odczuciu – pełnić również funkcję terapeutyczną? Czy może pomóc w zabliźnieniu ran, które przez dekady były rozdrapywane w ciszy? Myślę, że trafnie pan to ujął. Od początku myślano o tym, by to było miejsce żywe – nie tylko edukacyjne, ale też otwarte na doświadczenie i refleksję. To przestrzeń, w której rodziny mogą odnaleźć ślad swoich bliskich i przekazać pamięć dalej. Chciałbym, by była też platformą wymiany doświadczeń, wspomnień i pamiątek. Co ciekawe – i dla mnie jako historyka również zaskakujące – wciąż nie mamy kompleksowego opracowania historii II wojny światowej w Augustowie, widzianej z perspektywy mieszkańców. Tego codziennego życia w cieniu okupacji. I to także jest coś, czym chcemy się w Instytucie Pileckiego w przyszłości zająć. Wystawa w Domu Pamięci ten temat sygnalizuje, ale potencjał jest znacznie większy. Wspomniał pan o Memoriale – rosyjskiej organizacji pozarządowej, zajmującej się badaniem i upamiętnianiem ofiar represji politycznych w ZSRR, a także obroną praw człowieka. To ona w latach 90. jako pierwsza dotarła w archiwach KGB do dokumentów potwierdzających, że doszło do Obławy Augustowskiej. To chyba jeden z wielkich paradoksów historii – że prawdę o jednej z najbardziej przemilczanych sowieckich zbrodni zaczęli odkrywać właśnie Rosjanie. To prawda. I warto o tym głośno mówić – zwłaszcza dziś, kiedy działalność Memoriału została w Rosji zakazana, a na aktywistów spadają represje. Ich rola była absolutnie kluczowa. Na szczęście Memoriał w pewnym stopniu funkcjonuje dalej – poza granicami Rosji. Również w Polsce mają swoich przedstawicieli i są dla nas naturalnym partnerem. Nikita Pietrow będzie zresztą obecny podczas otwarcia Domu Pamięci Obławy Augustowskiej – weźmie udział w jednej z debat. To bardzo ważne, bo historia nie zna narodowości, kiedy chodzi o prawdę i sumienie. W tym kontekście trudno nie zapytać, czy Dom Pamięci może być dziś także głosem ostrzegawczym. Wobec tego, co dzieje się w Ukrainie, wobec rosnącej fali dezinformacji i imperialnych ambicji Rosji… Zdecydowanie tak. Dla mnie nabiera szczególnego znaczenia właśnie teraz – w cieniu wojny w Ukrainie. Bo to, co dziś oglądamy na ekranach telewizorów – Bucza, Irpień, bombardowanie dzielnic mieszkaniowych, przemoc wobec cywili, zbrodnie na jeńcach – to już się przecież kiedyś wydarzyło. W Augustowie, w Suwałkach, w okolicznych wsiach groza wojny trwała i po jej formalnym zakończeniu. To nie jest tylko przeszłość. To są historie, które się powtarzają. I jeżeli mamy z nich wyciągać wnioski, to właśnie po to są takie miejsca jak Dom Pamięci – by ostrzegać, by budować odporność, by przypominać, że zło nie umiera. Czasem po prostu czeka, aż znów się nadarzy okazja. Program obchodów 80. rocznicy Obławy Augustowskiej zapowiada się bardzo bogato. Które wydarzenia są dla pana szczególnie ważne – i dlaczego? To trudny wybór, bo każde z tych wydarzeń ma swoją wagę i sens. Ale skoro jesteśmy instytutem badawczym, to zależało nam, by w programie znalazły się dwie debaty historyczne – tyle że nie w formie akademickich wykładów, a skierowanej do osób zainteresowanych rozmowy. Pierwsza z nich odbędzie się 13 lipca i będzie poświęcona właśnie popularyzacji tematu Obławy Augustowskiej oraz wystawie, którą przygotowaliśmy. Zaprosiliśmy do niej osoby, które przez lata pracowały nad przywróceniem tej historii – często samotnie, wbrew oficjalnemu milczeniu. Będą wśród nich m.in. Zbigniew Gluza, Nikita Pietrow z rosyjskiego Memoriału, prof. Rafał Wnuk, Danuta i Zbigniew Kaszowie oraz Barbara Bojary-Kazberuk. To będzie nie tylko wymiana wiedzy, ale też świadectw. Jestem przekonany, że dla widzów – także tych, którzy przyjdą jako potomkowie ofiar – to może być doświadczenie poruszające. I, mam nadzieję, ważne. A druga debata? Odbędzie się dzień później, 14 lipca. Jej tytuł to "Zmienna pamięć". Tym razem chcemy się pochylić nad zjawiskiem, które mnie osobiście bardzo porusza: dlaczego niektóre lokalne tragedie – mimo ogromnego ciężaru historycznego – nie przebiły się do ogólnopolskiej świadomości? Jak zbrodnia w Piaśnicy czy Tragedia Górnośląska, o których pan wspomniał na początku nasz rozmowy. Tak, zgadza się. To wydarzenia o wielkiej skali, a jednak niemal nieobecne w szkolnych podręcznikach czy w powszechnej pamięci. Dlatego zaprosiliśmy do rozmowy osoby, które od lat zajmują się tymi tematami – zarówno kierowników placówek, jak i naukowców. Chcemy zastanowić się, jak lokalna pamięć może stać się częścią narodowej i ponadnarodowej narracji. I jak sprawić, by takie miejsca jak Dom Pamięci Obławy Augustowskiej były nie tylko muzeum, ale także forum debaty, refleksji i ostrzeżenia. Bo ten dom – chcemy tego bardzo – ma być papierkiem lakmusowym. Pokazywać, gdzie jesteśmy dziś jako społeczeństwo i czego nie możemy zapomnieć, zwłaszcza patrząc na to, co dzieje się tuż obok, za naszą wschodnią granicą. Historia to narzędzie poznania – ale bywa też narzędziem walki. Jak nie dopuścić do tego, by pamięć o ofiarach – również tych z Obławy Augustowskiej – została wciągnięta w bieżącą grę polityczną? Kluczowe jest uświadomienie sobie, że nie istnieje jedna, jedyna pamięć – mamy do czynienia z polifonią pamięci. Nie z dowolnością, nie z kakofonią – tylko z różnorodnością doświadczeń, które musimy starać się zrozumieć i osadzić w szerszym kontekście. Dlatego nie chodzi o to, by jedne wydarzenia przeciwstawiać innym, forsować wybrane głosy przeciwko pozostałym, tylko by każdorazowo dostrzegać ich specyfikę i mówić o nich uczciwie – również w edukacji. Instytut Pileckiego pracuje nad materiałami, które mogą wspierać szkoły w rzetelnym opowiadaniu o takich historiach. Potrzebny jest dialog – także z Instytutem Pamięci Narodowej czy zagranicznymi instytucjami, które pielęgnują podobne miejsca pamięci. Marzy mi się, by piwnice Domu Turka, te dramatyczne świadectwa historii, kiedyś stały się częścią szerszego projektu – na przykład wspólnego europejskiego dziedzictwa wpisanego na listę UNESCO. Bo to, że te miejsca są naznaczone cierpieniem, nie oznacza, że nie wolno o nich mówić. Wręcz przeciwnie – właśnie dlatego mówić trzeba. Wyobrażam sobie, że Dom Pamięci Obławy Augustowskiej to dla pana bardziej początek nowego etapu niż symboliczne zwieńczenie pewnego wysiłku. I zarazem także domknięcie pewnych procesów, które zostały zapoczątkowane wcześniej, przez moich poprzedników, kierujących placówką. Instytut Pileckiego od początku miał trzy zasadnicze cele: badanie, popularyzowanie i upamiętnianie. I myślę, że to miejsce w naturalny sposób te trzy funkcje łączy. Daje nam nowe możliwości badawcze – choćby opracowanie biografii osób, których nazwiska znajdują się na ścianach piwnic. Wciąż mamy wiele białych plam, choćby jeśli chodzi o życie codzienne mieszkańców Augustowa w czasie wojny. To wszystko czeka na opisanie. Ale chodzi też o popularyzację – by mówić o tych wydarzeniach w sposób zrozumiały, dostępny, uczciwy. Wystawa stała to jedno, ale mamy też przestrzeń na ekspozycje czasowe, działania edukacyjne, współpracę z lokalną społecznością. Korzystamy też z podcastów, YouTube’a – różnych form, które pozwalają dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. I wreszcie pamięć – nie tylko pomnik, nie tylko muzeum, ale przestrzeń refleksji i terapii, która żyje, rezonuje i uczy – i pozwala przetwarzać traumę. To, co wydarzyło się w 1945 r., niesie echo do dziś – również wobec wojny w Ukrainie. Dlatego to miejsce – i jego przesłanie – są dziś tak bardzo potrzebne. Skoro Białoruś odmawia ekshumacji, czy Instytut Pileckiego ma jakieś konkretne strategie lub plany na przyszłość, aby przełamać tę impasową sytuację, nawet w obliczu obecnych napięć politycznych? To nie zależy od nas, nie zależy od żadnej instytucji naukowej czy muzealnej. Naszym zadaniem jest stałe przypominać o sprawie, rzetelna praca badawcza, by być gotowym do działania, gdy nastąpi polityczny przełom. Dojść do niego może jednak tylko w ramach walki samych Białorusinów o demokratyczne przemiany w ich ojczyźnie. Czy bez prawdy, bez odnalezienia grobów, bez symbolicznego domknięcia – możliwe jest prawdziwe pojednanie między potomkami ofiar i sprawców? To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można postawić. Bo pojednanie to nie proces polityczny, który można zadekretować – to głęboka, bardzo osobista decyzja. I nie każdemu będzie dana. Nie każdy będzie chciał lub potrafił się pojednać. Nie mamy też prawa tego wymagać. My jako Instytut nie mamy wpływu na ludzkie emocje, ale możemy coś równie ważnego: stwarzać przestrzeń do rozmowy. Możemy informować, dokumentować, budować mosty. To nie daje gwarancji pojednania – ale daje szansę, by ktoś kiedyś, może za rok, może za pokolenie, zrobił ten krok. I może to wystarczy. Prof. Krzysztof Ruchniewicz © mat. prasowe Krzysztof Henryk Ruchniewicz (ur. 27 stycznia 1967 we Wrocławiu) – historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, fotografik, bloger i podcaster. Od 2002 kierownik katedry historii najnowszej w Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, od 2024 dyrektor Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego.
: Data Publikacji.: 12-11-25
© Web Powered by Open Classifieds 2009 - 2025